Niemal zerowe odsetki z lokat. "Nie chcę tłumaczyć banków, ale to wynika z rachunku ekonomicznego"

Wszyscy chcieliby zarabiać na depozytach, więc pretensje pod adresem banków można zrozumieć. Ale instytucjom odpowiedzialnym za stabilność systemu finansowego zależy też, aby banki generowały choćby minimalny zysk - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Olga Szczepańska, dyrektor Departamentu Stabilności Finansowej Narodowego Banku Polskiego.

Mikołaj Fidziński, next.gazeta.pl: "Bandytyzm", "złodziejstwo", "kpina" - to kilka przykładów opinii Polaków na temat oprocentowania lokat czy kont oszczędnościowych w bankach rzędu np. 0,05 czy 0,01 proc. Już przed pandemią na depozytach bankowych nie można było zarobić kroci, a po uwzględnieniu inflacji wręcz się często traciło. Teraz to rozczarowanie u wielu osób sięga zenitu.

Olga Szczepańska, dyrektor Departamentu Stabilności Finansowej Narodowego Banku Polskiego: Dla banku podstawowym - choć oczywiście niejedynym - źródłem dochodu i zysku jest różnica między kwotami, które płaci za pieniądze otrzymane od deponentów, a tymi otrzymanymi za ich pożyczenie klientom, którzy chcą je inwestować albo przeznaczyć na konsumpcję.

Bank patrzy na to, ile może uzyskać z kapitału. Jeśli pieniądze nie zostaną przeznaczone na kredyty - z różnych powodów, bo na przykład nie ma na nie popytu albo projekty inwestycyjne są zbyt ryzykowne - to bank ma trzy wyjścia: może trzymać je na rachunku i praktycznie w ogóle nie mieć z tych środków oprocentowania, może za nie kupić bony pieniężne NBP, których oprocentowanie zostało obniżone do 0,1 proc. albo może kupić obligacje rządu, których rentowność też istotnie zmalała. Ten margines, luz w ustanowieniu oprocentowania na depozytach, jest więc coraz mniejszy. Nie chcę tłumaczyć postępowania banków, ale to po prostu wynika z rachunku ekonomicznego.

Wszyscy chcieliby zarabiać na depozytach, więc pretensje pod adresem banków można zrozumieć. Ale instytucjom odpowiedzialnym za stabilność systemu finansowego zależy też, aby banki generowały choćby minimalny zysk, żeby mogły zachować swoją stabilność. To nie muszą być strumienie pieniędzy, ale w dłuższej perspektywie banki nie mogą funkcjonować przecież bez zysku, bo to byłoby także zagrożenie dla depozytów.

O tym, ile wynosi to oprocentowanie bonów pieniężnych NBP, właśnie główna, referencyjna stopa NBP, która pomiędzy marcem a majem spadła z 1,50 proc. do 0,1 proc.? Spadła m.in. po to, aby kredyt był tańszy dla tych, którzy chcą inwestować.

Tak. To minimalny poziom oprocentowania, jaki banki mogą uzyskać jako alternatywę dla kredytów. W NBP bank dostanie tylko 0,1 proc. Gdyby był bardziej aktywny i zaproponował te pieniądze firmom, mógłby dostać więcej.

Dochodzimy więc do konkluzji - byłoby z punktu widzenia banku bez sensu, gdyby dawał Kowalskiemu za jego pieniądze na lokacie np. 1 proc., skoro pewny zysk z tych pieniędzy złożonych w NBP to tylko 0,1 proc. Dlatego banki zwykle płacą na depozytach obecnie 0,1 proc. albo mniej.

Krótko mówiąc - tak.

Ktoś może powiedzieć przewrotnie, że wszystkiemu winien jest Narodowy Bank Polski, że tak mało daje bankom.

My chcielibyśmy, żeby pieniądze z banków płynęły do przedsiębiorstw albo do gospodarstw domowych, które kupują mieszkania lub chcą zaciągnąć kredyt konsumpcyjny. Żeby pieniądz obracał się w gospodarce, pobudzając jej wzrost, a nie bezproduktywnie leżał na depozytach w NBP.

0,01 proc. na lokacie ma nas zmotywować, żebyśmy nie trzymali pieniędzy, ale kupili sobie nowy telewizor? Czy jednak przesadzam?

Generalnie nie ma w Pana stwierdzeniu przesady, bo jeśli otrzymujemy niską cenę w banku jako deponenci, to zaczynamy się zastanawiać, czy trzymać pieniądze na rachunku czy jednak kupić np. nowe mieszkanie albo samochód, bo w tym roku jest akurat bardzo niska rata.

Przechodząc z teorii do praktyki - to działa? Dane NBP wskazują, że - owszem - pieniądze gospodarstw domowych odpłynęły w sporej mierze z lokat, natomiast pojawiły się na kontach osobistych (ewentualnie oszczędnościowych)? Podobnie jest w przypadku środków firm, choć tutaj pewnie wzrost na rachunkach bieżących to także m.in. kwestia wpływu pieniędzy z Tarczy Finansowej PFR.

Tak, ale to zupełnie inna historia. Pieniądze z Tarczy na razie leżą na rachunkach, trwają pewnie procesy decyzyjne w przedsiębiorstwach. Trzeba przeczekać największą niepewność, trzeba mieć na regulowanie bieżących zobowiązań. Na efekty wykorzystania tych środków trzeba poczekać kilka miesięcy.

Natomiast ma Pan rację jeśli chodzi o strukturę środków "lokaty vs. depozyty bieżące". Od dłuższego czasu obserwujemy tendencję, że Polacy raczej trzymają środki na rachunkach bieżących, mniej na lokatach terminowych. Po wybuchu epidemii dodatkowo mocno wzrosła też ilość gotówki w obiegu. W marcu i kwietniu ludzie masowo wypłacali środki. Te pieniądze nie powróciły w całości na rachunki.

Jednak Polacy cały czas trzymają pieniądze w bankach ponieważ, mało jest u nas alternatywnych sposobów lokowania środków. Fundusze inwestycyjne też ucierpiały po wybuchu epidemii. Zaufanie do nich faluje - jak jest spokój i dobra sytuacja na rynku kapitałowym, to ludzie inwestują w fundusze. Jak tylko się zaczyna robić niepewnie, wycofują środki.

Mimo bardzo niskiego oprocentowania, depozyty w bankach cały czas rosną dynamicznie. 

Struktura się zmienia, ale sam trend wzrostu depozytów nie. Po prostu nie wydajemy tych pieniędzy, tylko "kitramy" na czarną godzinę. Pewnie w grę wchodzi też ogólna niepewność gospodarcza.

Jak najbardziej. Wiadomo też, że depozyty do równowartości 100 tys. euro są gwarantowane przez BFG, więc jest to bezpieczne i bardzo płynne aktywo gospodarstw domowych.

Co by było, gdyby któryś bank zaoferował nagle np. 2 proc. na depozycie? Oczywiście mam na myśli standardowe lokaty, nie promocyjne np. tylko dla nowych klientów i tylko po założeniu konta. Powstałby jeszcze większy zamęt na rynku, bo akcjonariusze byliby w szoku, a dziennikarze alarmowaliby, że coś tu nie gra?

W naszej sytuacji to w zasadzie nie mogłoby się wydarzyć. Rachunek ekonomiczny by się nie zgadzał i w dłuższym okresie byłoby to po prostu nie do utrzymania.

Poza tym obecnie mamy do czynienia z nadpłynnością w sektorze bankowym. Banki mają więcej depozytów do prowadzenia akcji kredytowej niż potrzebują. Obiektywnie nie ma więc powodu, dla którego miałyby oferować wysokie oprocentowanie. Chyba, że jakiś bank ma indywidualny problem z odpływającymi deponentami - wówczas może podnieść oprocentowanie. 

Nadpłynność sektora bankowego jest problemem od lat. Z czego on wynika?

Trzeba na ten problem spojrzeć makroekonomicznie. Polska jest krajem, do którego napływa kapitał z zagranicy. Przez wiele lat zgromadził się duży nawis. Cały czas jesteśmy "absorberem" środków unijnych, środki prywatne przypływały do Polski w związku z finansowaniem kredytów walutowych. Pieniądz z zagranicy był wymieniany na złote i podaż naszej waluty trochę autonomicznie nam rosła.

Te środki cały czas są w gospodarce, nie da się ich pozbyć. Narodowy Bank Polski absorbował je swoimi operacjami, sprzedając bony pieniężne. 

Teraz doszły do tego wydatki sektora rządowego polegające na finansowaniu Tarczy. Rząd sprzedawał obligacje na rynku, banki to kupowały, ale później część tych obligacji trafiała do NBP - czyli banki z powrotem dostawały gotówkę. 

W teorii niskie stopy procentowe powinny napędzać akcję kredytową, a przez to gospodarkę. W praktyce banki są nader ostrożne. Rosną wymogi dotyczące wkładu własnego, zaostrzane są kryteria oceny zdolności kredytowej, akcja kredytowa pogarsza się. Banki powinny odkręcić kurek z kredytami dla firm i gospodarstw domowych, zamiast go zakręcać?

W ostatnich miesiącach pojawiły się nawet wypowiedzi niektórych prezesów banków, że skończyły się dobre czasy kredytowania, że jest duże ryzyko kredytowe i banki wstrzymują się z finansowaniem zarówno gospodarki, jak i konsumpcji gospodarstw domowych.

My - mówię tu także o moim departamencie w NBP - rozumiemy ostrożność banków i odpowiednie zarządzanie ryzykiem. Zresztą zawsze do tego banki zachęcaliśmy. Natomiast problem polega na tym, aby nie było to podejście automatycznego "ucinania" wszystkich, którzy działają w konkretnej, bardziej ryzykownej obecnie branży - np. hotelarskiej, turystycznej itp. Na każdy projekt inwestycyjny należy patrzeć indywidualnie. Jedne biznesy lepiej sobie radzą w nowych uwarunkowaniach, inne gorzej. Zachęcamy, aby działy ryzyka i komitety kredytowe banków nie mówiły działom sprzedaży np. "nie przysyłaj mi w ogóle wniosków kredytowych z danej branży". 

Banki powinny w Pani opinii mocniej wejść w rolę "przekaźnika" pieniędzy w gospodarce?

Tak, takiego pasa transmisyjnego pomiędzy tymi, którzy mają pieniądze, a tymi, którzy ich potrzebują. 

W mojej ocenie banki otrząsną się po pierwszej reakcji na COVID-19. To jest przecież ich biznes i automatycznie odtrącanie wszystkich projektów nie jest dobre. Który bank zdobędzie dobre projekty, także swoją marżę za kredyt dostanie. Nie chodzi o to, żeby ślepo rozdzielać kredyty i później ponosić na tym straty, ale jeżeli akcja kredytowa jest prowadzona umiejętnie i z dobrym rozeznaniem biznesu, to wyjdzie to bankom tylko na dobre. 

Przy tej cenie pieniądza naprawdę warto zaciągać kredyt, i o to nam chodziło. Tylko żeby teraz ktoś chciał ten kredyt przyznać.

Żeby ten pas transmisyjny się nie zacinał...

Z drugiej strony, nie należy też ze spadku akcji kredytowej dla przedsiębiorstw wyciągać pochopnych wniosków, bo one mają jeszcze środki z Tarczy zgromadzone na ich rachunkach. Firmy nie będą więc teraz brały kredytu obrotowego, bo to jeszcze nie ten moment.

Kredyt mieszkaniowy też zachowuje się całkiem przyzwoicie. Natomiast odnotowujemy duży spadek kredytu konsumpcyjnego [dane Biura Informacji Kredytowej za lipiec wskazują na spadek o ponad 30 proc. rok do roku - red.]. 

Nie mogę też Pani, dyrektor Departamentu Stabilności Finansowej w NBP, nie zapytać o stabilność polskiego sektora bankowego. Zyski netto sektora są mniej więcej o połowę niższe niż rok temu. 

Ogromne znaczenie ma to, że w epidemię sektor bankowy wszedł mocny, z dużym wyposażeniem w kapitał. Dodatkowo, w marcu został zniesiony bufor ryzyka systemowego, to duży zastrzyk uwolnionego kapitału dla banków [po rekomendacji Komitetu Stabilności Finansowej i rozporządzeniu Ministra Finansów; resort finansów informował, że pozwoliło to uwolnić 30 mld kapitału - red.].

Ten kapitał może służyć dwóm celom. Po pierwsze - zwiększonej akcji kredytowej, chociaż tutaj po stronie kapitałów barier nie było. Ale po drugie - może też służyć do absorpcji strat. Widzimy to i nie można lekceważyć faktu, że banki będą musiały dokonywać odpisów na wyższe koszty ryzyka kredytowego.

"Swoje" robią też pewnie rezerwy na sprawy frankowe czy na zwrot kosztów kredytów spłacanych przed terminem, w związku z zeszłorocznym wyrokiem TSUE.

Tak, to też duża część tej zmiany wobec poprzednich okresów. 

Widzimy oczywiście duży spadek zysków banków - tak, jak Pan mówił, o około połowę, zobaczymy jak sytuacja będzie kształtować się do końca roku. Natomiast zwracam uwagę, że w Europie w wielu sektorach bankowych mamy już ujemne wyniki – m.in. we Włoszech, w Niemczech. U nas nie jest jeszcze tak źle. To jest pozytywne, że nasze banki jeszcze generują zyski. 

Oczywiście relatywnie sytuacja jest gorsza niż w zeszłym roku i należy się liczyć, że zyski będą zauważalnie niższe niż rok temu. Ale właśnie na takie sytuacje banki mają kapitały własne. Duża poduszka kapitałowa pozwala bankom działać z dużym komfortem. Oczywiście są słabsze punkty w sektorze, ale jeżeli mówimy o nim jako o całości, to tutaj nie widzimy zagrożeń.

Przewiduje Pani kłopoty jakichś banków albo dalszą konsolidację polskiego sektora bankowego?

Nasza ocena koncentruje się na całym sektorze. Pojedyncze banki i ich ocena to kompetencja Komisji Nadzoru Finansowego.

Zobacz wideo Kryzys uderzy w banki? „Na koniec to my za to zapłacimy”