Polska gastronomia schodzi do podziemia. Restauratorzy wolą otwierać lokale nielegalnie niż bankrutować

Mniej niż dziesięć minut zajęło mi znalezienie w Warszawie kilkunastu lokali gastronomicznych, które mimo zakazu przyjmują gości. Rok po wprowadzeniu pierwszego lockdownu między restauratorami a policją, sanepidem i rządem trwa gra w kotka i myszkę, w której stawką jest być albo nie być dla tysięcy miejsc łamiących covidowe obostrzenia.
Zobacz wideo Biznes od roku walczy z pandemią. Jakich rozwiązań szukają firmy?

Odrobina wysiłku i rekomendacje z mediów społecznościowych wystarczą, by w większości, nawet niedużych miast znaleźć pub, restaurację czy bistro serwujące posiłki nie tylko na dowóz czy na wynos. Z dala od rozgłosu, publicznych manifestów i strajków przedsiębiorców, za zasłoniętymi witrynami i zamkniętymi drzwiami, życie toczy się jak dawniej - bez maseczek i bez obostrzeń.

Informacje o otwartych lokalach krążą pocztą pantoflową, najczęściej wśród znajomych lub na profilach w social mediach.

- Zakopane: ktoś, coś? Otwarte restauracje? - pyta na Facebooku jeden z internautów. Pod wpisem kilka komentarzy z rekomendacjami lub prośby o kontakt w wiadomości prywatnej. Tak wyglądają dziś poszukiwania otwartych barów i restauracji.

Paweł OlechnowiczByły prezes Lotosu otrzyma 45 tys. zł odszkodowania od Skarbu Państwa

Dołączam do jednej z grup, w której w ciągu kilkunastu minut dostaję propozycje z sześciu miejsc: trzech restauracji, jednego pubu studenckiego i dwóch koktajlbarów. Otrzymuję też wytyczne: - Na miejscu płatność tylko gotówką, wchodzimy po 2-3 osoby - czytam w przesłanej mi wiadomości.

Speakeasy w czasach zarazy

Procedura ta przywodzi na myśl bary typu speakeasy. Nie te współczesne, lecz te z lat 20. i 30. XX wieku działające w USA w czasie prohibicji jako miejsca, w których można było, wbrew obowiązującym zakazom, napić się alkoholu. Aby się do nich dostać, należało posiadać rekomendacje, znać hasło lub kogoś, kto mógł nas wprowadzić do środka.

W 102 lata od wprowadzenia prohibicji w Stanach Zjednoczonych podziemna gastronomia działa znacznie sprawniej dzięki mediom społecznościowym i internetowi. Wszystko jednak musi odbywać się przy zachowaniu minimum dyskrecji. Żaden z lokali, które zaoferowały mi swoją gościnę, nie reklamuje swojego nieposłuszeństwa głośno. Powód jest prosty. Nikt nie chce narażać się na wizyty sanepidu i policji.

- Myślę, że 99 proc. właścicieli tego właśnie się obawia. Ja ich nie oceniam, nie mówię "robicie źle". Tu chodzi o to, by zapewnić stabilność finansową, by mieć pieniądze na prąd, pensje, dostawy. W miejscach takich jak restauracje czy kawiarnie ludzie są bardzo grzeczni. Rzadko zdarza się, że wejdzie do lokalu ktoś, kto jest "antycovidowcem", bez maseczki. Wystarczyłoby, żeby rząd nie traktował gastronomii tak, jakby ludzie jedząc w restauracjach pluli wirusem na cztery strony świata i siebie wzajemnie - tłumaczy Paweł Trzciński, który wraz z żoną jest właścicielem warszawskiej kawiarni Nancy Lee. Kilka tygodni temu lokal stanął przed widmem bankructwa, ale nadal funkcjonuje jedynie na wynos. Obsługiwania klientów stacjonarnie, przynajmniej na razie, właściciele nie rozważają.

Praca diagnostów w pandemii Diagności laboratoryjni chcą podwyżek. "Adekwatnie do wiedzy i kwaflifikacji"

Rebelianci ery lockdownu

Jak dziś wygląda codzienność restauracji, które zdecydowały się na jawne otwarcie biznesu dla gości pomimo zakazów? U Trzech Braci w Cieszynie udaje mi się zabukować stolik z mniej niż godzinnym wyprzedzeniem.

To pierwszy z lokali, który w styczniu zaprosił klientów do zjedzenia posiłku przy stolikach, narażając się na trwającą już wiele tygodni batalię z sanepidem, urzędem skarbowym i policją. Konto bankowe restauracji zostało kilka dni temu zajęte przez komornika na poczet grzywny. Nie jest to jedyne i zapewne nie ostatnie starcie cieszynian z urzędnikami. Obecnie, za pośrednictwem serwisu Zrzutka.pl, zbierają oni pieniądze, które mają im pomóc przetrwać.

Mniej więcej w połowie stycznia zbuntowani restauratorzy zaczęli zwierać szeregi w internecie. Pod hasztagiem #otwieraMY organizowali się przeciwnicy obostrzeń i zamykania gastronomii. Ten nieformalny ruch zrzesza dziś wszystkich, od krytyków poczynań rządu, po tych, którzy przez obostrzenia i restrykcje stracili oszczędności życia.

- Proszę zapytać, czy kogoś obchodziło to, że w zeszłym roku kazano nam zapłacić koncesję, z której przez pół roku nie mogliśmy korzystać? Co więcej, w tym roku, mimo, że rząd zamknął lokale, do końca stycznia koncesję też musimy zapłacić. Ludzie zainwestowali ogromne pieniądze, a dzięki tym bezprawnym działaniom wszystko idzie jak krew w piach - mówił mi jeszcze w styczniu tego roku Tomasz Kwiek, właściciel restauracji U Trzech Braci.

Wtedy on i wielu innych restauratorów wierzyło po cichu, że przed wiosną gastronomia powróci do normalnego funkcjonowania. Ale nie wróciła.

Jak działają inne rebelianckie lokale? Więcej przeczytasz pod tym linkiem. 

Artykuł został przygotowany przez redakcję miesięcznika "Food Service" i portalu Ouichef.pl. Więcej informacji o branży gastronomicznej na stronie: www.ouichef.pl.

Ilustracja: Shutterstock.com

Podpis do ilustracji: Polska gastronomia w czasie lockdownu schodzi do podziemia. Jak w czasie prohibicji w USA w latach 20 i 30. XX wieku...

Więcej o: