Dorzynanie klasy średniej? "Rząd obniża podatki, a krzyk jest taki, jakby podwyższał"

Grzegorz Sroczyński
- Te same osoby, które teraz krzyczą o "dorzynaniu klasy średniej", od lat pomstowały na wysoki klin podatkowy i niską kwotę wolną. Polski Ład to obniżka podatków, a nie podwyżka, wpływy budżetu centralnego zmniejszą się o siedem miliardów - z ekonomistą Nikodemem Szewczykiem z Instytutu Badań Strukturalnych rozmawia Grzegorz Sroczyński.
grafika: Gazeta.pl

Grzegorz Sroczyński: „Rząd planuje dorzynanie klasy średniej". „Rząd wszystko wydał, idą wielkie podwyżki podatków - tak ekonomiści oceniają Polski Ład".  „Podwyżki podatków związane z Polskim Ładem przyniosą więcej szkód niż pożytku, przyczynią się do wzrostu konsumpcji zamiast inwestycji, skomplikują system podatkowy -  oceniają eksperci". To kilka cytatów z mediów z ostatniego tygodnia. Czy wy, ekonomiści i eksperci, rzeczywiście jesteście zgodni, że Polski Ład to będzie straszna rzeź?

Nikodem Szewczyk: Najpierw należałoby odróżnić ekonomistów, którzy zajmują się tą dyscypliną akademicko, od ludzi, którzy uprawiają lobbing w mediach. Zacytował pan głównie tych drugich.

Zobacz wideo Emerytury w Polskim Ładzie a składki zdrowotne. Kto straci, a kto zyska? [Q&A]

„Rząd szykuje w ramach tzw. Polskiego Ładu historyczną podwyżkę podatków" – ocenia Konfederacja Pracodawców Lewiatan. 

To nieprawda. O tym w tej całej wrzawie w ogóle się nie mówi, ale to nie będzie podwyżka podatków, tylko obniżka. Zmiany proponowane przez rząd zmniejszają wpływy podatkowe państwa, zarówno budżetu centralnego, jak i samorządów. Więc jeśli pan pyta o dyskusje wśród ekonomistów, to ja na przykład uważam, że obniżanie podatków nie jest najlepszym pomysłem.

Bo?

Moment jest zły. Wciąż mamy na głowie pandemię, państwo czekają nowe wyzwania, potrzebujemy pieniędzy na ochronę zdrowia, edukację, transformację energetyczną. W dodatku z badań wiemy, że COVID-19 pogłębił nierówności społeczne w wielu wymiarach. Zamknięcie gospodarki, choć ratowało życie, było bardziej dotkliwe dla najmniej zamożnych. Proszę pomyśleć o tym, kto mógł pracować z domu, kto ma najlepszy dostęp do internetu i pieniądze na edukację domową dzieci. Obniżanie podatków i pozbawianie budżetu wpływów akurat w takim momencie jest ryzykowne, chociaż na szczęście to nie będzie duży ubytek. Główna zmiana w Polskim Ładzie polega na tym, że podatki - ogólnie odrobinę niższe - będą inaczej rozłożone pomiędzy różne grupy społeczne. Ale ta zmiana też jest raczej kosmetyczna.

Kosmetyczna?

Słychać o jakimś nieprawdopodobnym „skoku na klasę średnią", o jakiejś rewolucji podatkowej, a to nie jest duża zmiana. Jeszcze raz trzeba to powiedzieć: Polski Ład obniża wpływy podatkowe budżetu centralnego o około siedem miliardów złotych rocznie, czyli mniej niż procent wszystkich wpływów podatkowych. Niewiele. Nieco mocniej zmiany uderzą w samorządy - z ich puli ubędzie rocznie około dziesięciu miliardów złotych. Rząd obiecuje, że ten ubytek samorządom będzie rekompensował, ale nie przedstawił zasad.

Samorządy boją się, że rekompensatę dostaną tylko gminy i miasta pisowskie, a inne - nie.

Rozumiem te obawy. Pewnie można się po tym rządzie takich rzeczy spodziewać. Ale mówienie o „mordowaniu samorządów" poprzez pozbawienie ich dochodów to przesada. Dochody z podatku PIT to mniejsza część ogólnych dochodów samorządów, w dodatku przecież one nie znikają w całości, tylko będą nieco niższe z powodu podniesienia kwoty wolnej od podatku.

Reforma zmienia tak naprawdę dwie rzeczy. Po pierwsze, obniża klin podatkowy na umowie o pracę, czyli zmniejsza różnicę między tym, co pracownik dostaje na rękę, a tym, jaki jest koszt pracodawcy razem ze wszystkimi składkami. Klin podatkowy był u nas do tej pory tak naprawdę liniowy. Bez względu na to, ile się zarabiało na etacie, płaciło się mniej więcej tyle samo podatków i składek, czyli w okolicach 40 procent.

To dużo?

Zależy. Jeśli mówimy o niskich i średnich płacach, to jest to bardzo dużo w porównaniu z resztą Unii. Na Zachodzie dąży się do tego, żeby niższe zarobki były opodatkowane i oskładkowane minimalnie. Natomiast jeśli mówimy o płacach grubo powyżej średniej krajowej, to 40-procentowy klin podatkowy wcale nie jest wysoki. W wielu krajach Zachodu państwo zabiera ponad połowę wysokich pensji. 

Czyli u nas państwo wszystkim zabiera taką samą część pensji - biednym i bogatym?

Mniej więcej. System - mówię teraz o etatowcach na umowie o pracę - był dotąd w zasadzie liniowy.

Ale jak to liniowy? Przecież na etacie obowiązują dwie stawki podatku PIT - 17 i 32 proc.

Owszem. Ale obowiązuje też limit składek na ZUS. Ludzie z wysokimi dochodami co prawda wpadają w wyższy próg 32 proc., a przestają w pewnym momencie płacić składki emerytalne.

Teraz to się zmieni?

Nie. Ale teraz dzięki nowej kwocie wolnej - 30 tysięcy złotych rocznie - system stanie się minimalnie progresywny, to znaczy obciążenia najwyższych zarobków będą o kilka punktów procentowych wyższe niż obciążenia zarobków niższych.

I to dobrze?

Robią tak wszystkie kraje rozwinięte, zresztą tam progresja podatkowa zwykle naprawdę jest solidna. My dopiero zaczynamy iść w tę stronę i moim zdaniem to rozsądny kierunek.

Druga rzecz, która się zmienia w Polskim Ładzie, dotyczy działalności gospodarczej. Do tej pory mieliśmy w Polsce kuriozalną sytuację, że obciążenie działalności gospodarczej było degresywne. Im więcej przedsiębiorca zarabiał, tym mniejsze miał efektywne stawki obciążeń na rzecz państwa.

Jak to?

To dość proste. Samozatrudnieni dostali możliwość liniowego opodatkowania stawką 19 procent i płacenia wszelkich składek w formie ryczałtu, który wynosił około 1450 zł co miesiąc. Jeśli jako jednoosobowa firma ktoś zarabia 3000 zł miesięcznie, to sam ryczałt zabiera prawie połowę zarobków. Z kolei jeśli ktoś zarabia miesięcznie 140 tysięcy złotych, to ta kwota stanowi zaledwie jeden procent i staje się nieistotna.

To źle?

Bez sensu, żeby słabiej zarabiający przedsiębiorcy byli tak mocno obciążani. Po reformie klin podatkowy dla działalności gospodarczej spłaszczy się, to znaczy będzie podobny przy różnych poziomach dochodu. Moim zdaniem to nie jest wystarczająco duża zmiana, bo powinno się dążyć do choćby minimalnej progresji.

I to już? To cały Polski Ład?

W pewnym uproszczeniu - tak.

Kiedy pan to wszystko opowiada, wydaje się to kompletnie niekontrowersyjne. Ulżyć mniej zarabiającym - słuszne. Podnieść kwotę wolną - dotąd najniższą w Europie - słuszne. Tymczasem w necie roi się od komentarzy, że obecne zmiany podatkowe to zamach Kaczyńskiego na wolność, nawet gorszy od zamachu na sądownictwo. Pańskich poglądów politycznych nie znam…

Na pewno daleko mi do PiS-u. Publikuję swoje analizy między innymi w OKO.press.

No właśnie. To jak mamy traktować tę antypodatkową histerię w obozie opozycji? Co to w ogóle jest? Odjazd? Halucynacja?

Nie wiem.

Może opozycja powinna zostawić sobie energię na sprawy naprawdę ważne: rozwalanie sądownictwa czy kneblowanie TVN?

Pewnie tak. Zmiany podatkowe są dość skomplikowane i jeżeli potraktujemy wybiórczo elementy tej reformy, to rzeczywiście możemy zbudować opowieść, że podatki bardzo wzrosną. Prowadzący działalność gospodarczą, którzy osiągają wysokie dochody, rzeczywiście zapłacą sporo więcej.

Kolejny cytat: „Rząd chce oskubać najbardziej aktywnych i przedsiębiorczych Polaków, tymczasem oni by te pieniądze zainwestowali".

Zainwestowali? Nie do końca.

Wróćmy jeszcze do punktU startowego, czyli obecnego kształtu systemu podatkowego przed zmianami - ten system od dawna stoi na głowie.

Od kiedy?

Zaczęło się za rządów SLD na początku lat dwutysięcznych, kiedy działalność gospodarcza dostała potężne przywileje, m.in. możliwość opodatkowania liniowego. Ktoś, kto był profesjonalistą - np. ważnym pracownikiem działu IT w dużej firmie, gdzie zarabiał kilkanaście tysięcy miesięcznie - mógł założyć działalność gospodarczą i zamiast drugim progiem podatkowym, 32 proc., rozliczać się liniową stawką 19 proc. To była silna zachęta, żeby optymalizować swoje płatności. Powstały tysiące fikcyjnych firm jednoosobowych. Rząd się chwalił eksplozją polskiej przedsiębiorczości, a to częściowo była lipa.

Wiadomo, ile firm to wyłącznie optymalizacja dochodów?

Ostatnie szacunki, które znam, obejmują 2017 rok i wynika z nich, że co dziesiąta jednoosobowa firma - czyli prawie 170 tysięcy podatników - to kompletna fikcja. Te osoby nie prowadzą de facto działalności gospodarczej, tylko wystawiają jedną fakturę w miesiącu dla jednego klienta.

Czyli powinny być na etacie?

Tak. I płacić podatki jak reszta obywateli.

„Rząd na złość chce dowalić domiar najbardziej przedsiębiorczym" - czytam.

Ale nie chodzi o robienie na złość. Te same osoby, które teraz krzyczą o „dorzynaniu klasy średniej", od lat pomstowały na wysoki klin podatkowy i niską kwotę wolną. Rząd teraz realizuje te dwa postulaty, wokół których w zasadzie istnieje konsensus środowiska ekonomistów. Ale przecież potrzeba na to pieniędzy, bo obie te słuszne zmiany są kosztowne. Jeśli budżet ma to przeżyć, to skądś trzeba te pieniądze wziąć, no więc szuka się ich tam, gdzie one są - u lepiej zarabiających.

Dobrze. To jeszcze raz zapytam: skąd ten wrzask wokół - jak pan mówi - dość rozsądnej i niewielkiej zmiany, którą pewnie musiałby przeprowadzić każdy rząd?

Stąd, że zmiany podatkowe zawsze wywołują szum, naruszają interesy jakichś grup. 

Ale „dorzynanie klasy średniej"?!

Polski Ład nie likwiduje preferencji podatkowej dla działalności gospodarczej, bo samozatrudnienie albo - jak się mówi w środowisku biznesu - współpraca B2B, dalej będzie istnieć i dalej będzie można płacić preferencyjną stawkę podatku dochodowego. Zniknie jedynie ryczałtowa składka zdrowotna, teraz trzeba będzie zapłacić 9 procent od dochodu i nie będzie można tego odliczyć. To trochę zmniejszy różnicę między opodatkowaniem umowy o pracę i jednoosobowej działalności, mniej się będzie opłacać ucieczka z etatu do udawanej firmy. Teraz można dzięki temu płacić o około 25 punktów procentowych mniej w składkach i podatkach, a po reformie to będzie około 10 punktów procentowych. Ale najlepiej zarabiającym nadal to się będzie opłacać, więc moim zdaniem ta reforma nie jest wystarczająca.

Maciej Samcik, jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy ekonomicznych, ujawnił, jak to wygląda w realu: "Płacę 15-16 proc. efektywnego podatku, a gdybym nie mógł być na podatku liniowym, to pewnie płaciłbym 25-27 proc., więc jestem tak trochę w podatkowym raju" - przyznał na swoim blogu subiektywnieofinansach.pl.

No tak. Bo stawka liniowca to niby 19 procent, ale mając jednoosobową firmę można jeszcze sporo wrzucić w koszty, więc realnie płaci się około 15 procent.

Na etacie ktoś taki płaciłby 40 procent?

Tak. Różnica 25 punktów procentowych jest naprawdę ogromna i trzeba było coś z tym zrobić. Polski Ład nie rozwiązuje problemu optymalizacji podatkowej, raczej nakleja plaster na ten problem. Być może równocześnie pojawi się rozwiązanie nazywane „testem przedsiębiorcy", Ministerstwo Finansów co jakiś czas o tym przebąkuje.

Test przedsiębiorcy?

Administracja skarbowa mogłaby weryfikować wyrywkowo firmy jednoosobowe, czy rzeczywiście prowadzą działalność gospodarczą, mają kilku lub kilkunastu klientów, czy tylko wystawiają jedną fakturę w miesiącu na rzecz jednego pracodawcy.

Nie przechodzisz testu, nie masz prawa być przedsiębiorcą?

Tak. 

Pan jest zwolennikiem takich działań? Bo o teście przedsiębiorcy też czytam, że to „zamordyzm", „chińskie metody" i „koniec wolnego rynku".

Gdybyśmy nie mieli empirycznych dowodów, że co dziesiąta firma istnieje tylko po to, żeby optymalizować podatki, to rzeczywiście dawanie takich uprawnień administracji skarbowej byłoby na wyrost. Ale te dowody są. I coś z tym trzeba zrobić, bo to sytuacja patologiczna, że pozwalamy osobom bardzo zamożnym płacić 15 procent podatku. Niektóre korporacje chcą mieć specjalistów na etatach, bo uważają, że to mocniej wiąże pracownika z firmą, i nie zgadzają się na samozatrudnienie. I wtedy co? Ktoś taki płaci 40 procent, a jego kolega w firmie obok - 15 procent. Jeżeli kierujemy się jakimś elementarnym poczuciem sprawiedliwości podatkowej, powinniśmy to wyeliminować.

Po ostatniej prezentacji szczegółów Polskiego Ładu jedynie tabloidy były zadowolone. „Emeryci zarobią, Kaczyński straci" - napisał na czołówce „Fakt". Chodzi o to, że on ma siedem tysięcy emerytury, więc po zmianach dopłaci 150 zł podatku. Z kolei „Super Express" dał czołówkę: „Emeryci zyskają nawet 186 zł".

Tak. Prawie 90 procent emerytów na tej reformie zyska.

Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, mówi tak: „Polski Ład miałby sens, gdyby wspierał inwestycje poprzez zachęty inwestycyjne dla przedsiębiorców. Ale żeby to zrobić, nie można im odbierać pieniędzy, trzeba je zostawić". I dalej: „Nastąpi redystrybucja od ludzi aktywnych do emerytów. Korzyści emerytów wynieść mają aż 11,3 mld zł, podczas gdy większość rodzin w wieku produkcyjnym odniesie łącznie straty 6,2 mld zł". Co pan na to?

No cóż. Nie dało się nie dać emerytom.

Bo?

Głównie ze względu na to, że zasadniczym elementem tej reformy jest solidne podniesienie kwoty wolnej od podatku. Trzydzieści tysięcy rocznie - większość emerytów z automatu się na to łapie.

I to ma sens?

Emeryci nie są grupą, która jest najbardziej narażona na ubóstwo. Taką grupą są w Polsce dzieci. Ale to nie zmienia faktu, że przeciętna emerytura wynosi około 2500 zł, czyli dość mało. Średnie wynagrodzenie w gospodarce wynosi teraz prawie 5700 brutto, więc tzw. stopa zastąpienia - wysokość emerytury w porównaniu z ostatnią otrzymaną wypłatą - wynosi grubo poniżej 50 procent. Z badań ekonomicznych wiemy, że stopa zastąpienia powinna wynosić co najmniej 60 procent.

Ale co z tego wynika?

Że podwyżki dla emerytów da się uzasadnić, chociaż Jankowiak ma rację w tym sensie, że to nie jest grupa najbardziej potrzebująca. Nie wiemy, czy Polski Ład poprawia sytuację emerytów dlatego, że to elektorat PiS, czy robi to niejako przy okazji. Jeżeli podwyższamy kwotę wolną od podatku, to siłą rzeczy załapią się na to emeryci, którzy mają niskie emerytury. Chociaż tak się dziwnie składa, że kwota wolna - proponowane trzydzieści tysięcy rocznie - to idealnie przeciętna emerytura 2500 zł razy dwanaście miesięcy.

No właśnie.

Wszystkie partie od dawna mówią, że kwotę wolną trzeba podnieść, bo jest u nas skandalicznie niska. I to jest prawda. A nie da się tego zrobić z wyłączeniem emerytów. Jak uzasadnić, że nowa kwota wolna miałaby ich nie obejmować? Pomijając zasady sprawiedliwości społecznej, to byłoby polityczne samobójstwo.

Można podnieść kwotę wolną tylko dla pracujących?

Ja sobie takiej reformy nie wyobrażam.

A zarzut Jankowiaka, że rząd więcej pieniędzy zabierze najbardziej aktywnym Polakom i firmom, które by je przeznaczyły na inwestycje?

To jest naciągane.

Przecież mamy problem z poziomem inwestycji. Morawiecki obiecywał w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, że inwestycje wzrosną do 25 procent, a tymczasem mamy słabe 17 procent.

Stopa inwestycji jest niska w całej Unii Europejskiej, a w Polsce i na Węgrzech rzeczywiście spadła bardziej. Ale nie sądzę, żeby rozwiązaniem tego problemu miało być utrzymywanie preferencyjnych stawek podatkowych dla jednoosobowej działalności gospodarczej. Przecież pieniądze zaoszczędzone na podatkach przez fikcyjnych przedsiębiorców nie idą na inwestycje, tylko na konsumpcję: samochód, wakacje i tak dalej.

Gospodarka nie rozwija się dzięki zatrzęsieniu małych firm, tylko raczej dzięki firmom średnim i przede wszystkim dużym, które poprzez efekt skali są w stanie tworzyć wysoką wartość dodaną. W Polsce mamy dużo małych przedsiębiorstw, które w ogóle się nie rozwijają, tylko wegetują. Część z nich to właśnie fikcyjne samozatrudnienie. Jeżeli chcemy zwiększać stopę inwestycji, to drogą do tego nie jest na pewno dotychczasowy system podatkowy.

Dlaczego te inwestycje za PiS tak kuleją?

Nie wiadomo. To nie zostało dobrze zbadane, zresztą takie badania są dość trudne. Część badań zdaje się potwierdzać, że państwa rządzone przez populistów rozwijają się wolniej. Ale sporne pozostaje zdefiniowanie tych populistów. Ostatecznie ekonomiści nie są w stanie na sto procent określić przyczyny, dlaczego w krajach Europy Środkowo-Wschodniej stopa inwestycji stała się niższa niż na Zachodzie. Na pewno nie pomaga majstrowanie przez Ziobrę przy sądownictwie, ale jaki konkretnie to ma wpływ - nie wiemy.

Samorządy?

Stracą na Polskim Ładzie.

Twierdzą, że Polski Ład zabierze im 145 miliardów. I głośno protestują.

Stracą około stu miliardów w ciągu dziesięciu lat. To sporo, ale - jak już mówiłem - nie jest to armageddon. Jeśli polskie PKB będzie szybko rosło - a wiele na to wskazuje - to samorządowe wpływy z PIT za trzy-cztery lata powrócą kwotowo do tego samego poziomu. Poza tym znowu działa tu automat: jeśli podwyższamy kwotę wolną od podatku, co popierają wszystkie partie, no to jasne jest, że na tej operacji stracą samorządy, bo część wpływów mają z PIT. Rząd zapewnia, że te ubytki zostaną skompensowane jakąś „ulgą inwestycyjną" - do końca nie wiem, co to znaczy.

A co pana zdaniem w Polskim Ładzie jest złe?

Że to reforma mało ambitna. Jeśli miałbym ją oceniać w akademickiej próżni - nieuwzględniającej nastrojów społecznych i siły różnych grup nacisku - to bym powiedział, że Polski Ład nie wprowadza wystarczającej progresji do polskiego systemu podatkowego. W ten chwili mamy system podatkowy bliższy Rosji i Białorusi niż krajom Zachodu. I po zmianach Polskiego Ładu nadal tak będzie, chociaż nieco mniej. Jeżeli przeprowadzamy reformę, to trzeba to zrobić porządnie, bo kolejna dobra okazja na to może nie pojawić się zbyt szybko. Drugi mój zarzut do tej reformy jest taki, że to per saldo obniżka podatków. Pandemia pokazała, że usługi publiczne są cholernie ważne, musimy je porządnie dofinansować, mieć pieniądze na takie służby jak Sanepid. Ograniczenie wpływów budżetowych akurat teraz jest po prostu ryzykowne.

***

Nikodem Szewczyk (1996) jest ekonomistą i socjologiem. Zawodowo związany z Instytutem Badań Strukturalnych i Fundacją Instrat. Jego zainteresowania badawczo-naukowe dotyczą rynku pracy, nierówności społecznych i ekonomii sektora publicznego.

Grzegorz Sroczyński
Więcej o: