Jednym z ważniejszych tematów końcówki ubiegłego tygodnia była inflacja. W Polsce GUS podał, że w marcu wskaźnik cen był aż o 10,9 proc. wyższy niż rok temu. To największy skok od 22 lat.
Co więcej, miesiąc do miesiąca (tj. w porównaniu z lutym br.) inflacja wyniosła aż 3,2 proc. To najwyższy odczyt od stycznia 1996 r. Warto przypomnieć, że cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego to 2,5 proc., ale w skali roku. Słowem - ceny w ciągu miesiąca urosły mocniej, niż powinny urosnąć przez rok.
Już w środę 6 kwietnia przekonamy się, czy i jak te dane wpłynęły na Radę Polityki Pieniężnej. Ogłosi ona wówczas decyzję dotyczącą stóp procentowych. Należy przygotować się na kolejną podwyżkę - zapewne o 0,5-0,75 pp. Dziś referencyjna stopa NBP to 3,5 proc.
Inflacja to jednak nie tylko problem Polski. Również w piątek Eurostat podał dane dla strefy euro. Okazało się, że inflacja w marcu wyniosła tam aż 7,5 proc. rok do roku. To najwyższy odczyt w historii badań Eurostatu. Jeszcze w lutym inflacja wynosiła 5,9 proc.
Według wstępnych danych Eurostatu, w marcu inflacja przekroczyła 10 proc. w czterech krajach strefy euro: w Litwie (aż 15,6 proc.), Estonii (14,8 proc.), Holandii (11,9 proc.) i Łotwie (11,2 proc.). W trzech kolejnych wyniosła ponad 9 proc. (Hiszpania 9,8 proc., Słowacja 9,5 proc., Belgia 9,3 proc.).
Inflacja to oczywiście poważny problem dla gospodarstw domowych, ale dla finansów publicznych ma swoją dobrą stronę. Jako że konsumpcja w Polsce ciągle ma się mocno, czyli Polacy chętnie wydają pieniądze. Poza tym szybko rośnie nam też i gospodarka tak realnie, czyli bez uwzględnienia inflacji (w 2021 r. 5,7 proc.). Dodając do tego inflację oznacza to, że nasz nominalny produkt krajowy brutto rósł w 2021 r. bardzo mocno (w dwucyfrowym tempie), zdecydowanie szybciej niż nasz dług publiczny.
Gdy podzieli się te dwie wartości za 2021 r. (dług publiczny przez nominalny PKB), to wyjdzie wartość 53,8 proc. Czyli - w 2021 r. dług publiczny Polski wyniósł 53,8 proc. PKB. Taką właśnie liczbę podał w piątek Główny Urząd Statystyczny, a ekonomiści uznali ten wynik za bardzo dobry. Rok wcześniej dług publiczny wynosił 57,1 proc. PKB.
W okresie pandemii i popandemicznym Komisja Europejska patrzy na poziomy zadłużenia przez palce, ale zasadniczo za taki dopuszczalny próg długu publicznego uznaje 60 proc. PKB. W 2021 r. od tej granicy się wyraźnie odsunęliśmy.
Deficyt finansów publicznych poprawił się z kolei do 1,8 proc. PKB w 2021 r. z 6,9 proc. w 2020 r.
Z drugiej strony, dane za 2022 r. zapewne już nie wykażą aż takiej poprawy, o ile w ogóle jakąś wykażą.
W ustawie budżetowej zaplanowano deficyt w 2022 r. na 2,8 proc. PKB, ale naszym zdaniem będzie on wyraźnie wyższy ze względu na nieoczekiwane koszty związane z walką z inflacją, kryzys migracyjny oraz obniżkę podatku PIT. Dlatego spodziewamy się wzrostu deficytu do 4,5 proc. PKB. Przy nominalnym wzroście PKB rzędu 10 proc. dług w ujęciu do PKB może lekko się obniżyć
- oceniają ekonomiści Santander Banku.
Jeśli już jesteśmy przy zadłużaniu się, to wskazówką dla inwestorów zagranicznych co do wiarygodności danego kraju jest jego rating. W jego zakresie w piątek 1 kwietnia decyzję podjęła jedna z trzech głównych agencji ratingowych - S&P. Niespodzianki nie było - agencja potwierdziła rating Polski na poziomie A minus dla długoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej oraz A dla długoterminowych zobowiązań w walucie krajowej. Perspektywa ratingu pozostała na poziomie stabilnym.
Agencja z jednej strony wskazała na zagrożenia dla polskiej gospodarki. Jest nim oczywiście przede wszystkim wojna w Ukrainie. Analitycy S&P obniżyli prognozę wzrostu dla Polski na 2022 rok o 1,4 pp. do 3,6 procent. Agencja zauważyła też, że Polska jest głównym celem dla uchodźców z Ukrainy. Według S&P wydatki na mieszkania i usługi społeczne dla uchodźców w samym tylko 2022 roku wyniosą nawet 2 procent PKB.
Z drugiej strony S&P uważa, że silna gospodarka, wykwalifikowana kadra pracownicza, dobrze zarządzany dług publiczny, rozważna polityka pieniężna oraz transfery środków z Unii Europejskiej - w tym ukierunkowane na wsparcie dla państw przyjmujących uchodźców - pozwolą zminimalizować te skutki dla Polski bez ryzyka pogorszenia wiarygodności kredytowej.
Według S&P podniesienie oceny ratingowej Polski jest możliwe, gdyby po ustąpieniu skutków konfliktu Polska utrzymała wzrost gospodarczy i zwiększyła poziom dochodów bez tworzenia nierównowagi fiskalnej. Z drugiej strony rating mógłby znaleźć się pod presją, gdyby negatywny wpływ konfliktu na Ukrainie był większy i bardziej długotrwały niż obecnie spodziewany, co skutkowałoby znacznym spowolnieniem gospodarczym w średnim okresie. Ponadto obniżenie ratingu byłoby możliwe w przypadku mniejszych transferów środków z UE w wyniku napięć politycznych między Polską a władzami Unii.
Agencja S&P nie jest jedynym ośrodkiem analitycznym, który tnie prognozy dla polskiej gospodarki na 2022 r. Inna agencja ratingowa - Fitch - w marcu obniżyła swoją prognozę z 4,3 proc. do 3,3 proc.
Z 4 proc. do 3,3 proc. spadł też przewidywany wzrost polskiego PKB u ekonomistów PKO BP, choć jednocześnie wskazują oni, że jest to prognoza konserwatywna i nie wykluczają, że polska gospodarka będzie rosła nawet w 4-procentowym tempie. Zresztą podobny ogląd sytuacją mają np. ekonomiści Citi Handlowego, którzy podnieśli nawet swoją prognozę z 3,6 proc. do 3,9 proc. i też nie wykluczają, że nawet ta prognoza zostanie przekroczona.
3,5-4-procentowy wzrost gospodarczy to oczywiście niezły wynik, ale warto też zwrócić uwagę, że na wynik za cały rok rzutować będą w dużej mierze dane z pierwszego, zakończonego właśnie kwartału. Danych za ten okres jeszcze nie ma, ale prognozy wskazują, że nasza gospodarka mogła urosnąć w tym czasie o 6-7 proc. rok do roku. W kolejnych kwartałach dane mogą być już dużo gorsze, choć oczywiście wiele zależy m.in. od przebiegu wojny w Ukrainie.
Całoroczny wynik PKB w bardzo dużej mierze wynika z tego, co działo się z gospodarką na początku roku. Jeżeli wzrost gospodarczy na początku roku jest wysoki, a później nagle następuje recesja, to całoroczny wzrost wciąż będzie wyraźnie dodatni. Dlatego na całoroczny PKB trzeba patrzeć z rezerwą
- wskazuje główny ekonomista "Pulsu Biznesu" Ignacy Morawski.
Wojna w Ukrainie, inflacja i nakierowane na jej tłamszenie podwyżki stóp procentowych (które chłodzą też gospodarkę) - to wszystko czynniki, które napawają niepokojem o tempo wzrostu polskiego PKB w kolejnych miesiącach i latach. W ostatnich tygodniach pojawiło się też kilka innych danych wskazujących, że nastroje w gospodarce siadają.
W piątek 1 kwietnia firma IHS Markit poinformowała, że tworzony przez nią indeks PMI dla polskiego przemysłu spadł w marcu do 52,7 punktów z 54,7 punktów w lutym. Wprawdzie wynik powyżej 50 punktów oznacza, że firmy częściej planują ekspansję niż spadek aktywności, to jednak PMI Polski jest najniżej od 14 miesięcy.
Wybuch wojny na Ukrainie wpłynął destabilizująco na sytuację w polskim sektorze przemysłowym. Produkcja i nowe zamówienia spadły z powodu zrozumiałych obaw klientów, a handel z sąsiednimi krajami zza wschodniej granicy mocno ucierpiał
- wyjaśniają autorzy raportu.
Niepokojąco wyglądał także bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej, który 23 marca opublikował GUS. Jego wartość spadła do -39 pkt, tj. poziomu najniższego przynajmniej od 2004 r. BWUK na poziomie poniżej 0 wskazuje, że większość konsumentów jest nastawiona pesymistycznie do własnej sytuacji finansowej i ogólnej sytuacji ekonomicznej kraju (w minionych oraz nadchodzących 12 miesiącach).
Ekonomiści PKO Banku Polskiego tłumaczą spadek BWUK do poziomów nienotowanych od lat szokowym wpływem wojny na nastroje konsumentów. Zwracają jednak uwagę, że ów szok był jednak mniejszy niż wpływ pandemii w kwietniu 2020. O ile bowiem teraz bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej spadł miesiąc do miesiąca o 11,3 punktów, o tyle gdy wybuchła pandemia, wskaźnik runął o ok. 40 punktów.