Nie, kolejne numery banknotów z bankomatu nie są dowodem, że "drukują na potęgę"

Co pewien czas w mediach społecznościowych można natknąć się na zdjęcia kilku banknotów z kolejnymi numerami seryjnymi. Zwykle opatrzone są one sugestią, iż jest to dowód na dodruk pieniądza przez rząd czy NBP. To błędne myślenie. Nawet jeśli w gospodarce dochodzi do "dodruku" pieniądza, to drukarki mają z tym niewiele wspólnego.
Dostaję dziesiątki takich zdjęć. Na banknotach kolejne numery seryjne. Drukują pieniądze na potęgę!

- napisała kilka dni temu na Twitterze posłanka Koalicji Obywatelskiej Marta Wcisło, publikując zdjęcie trzech banknotów o nominale 200 zł z kolejnymi numerami.

Co jakiś czas wpisy takie jak posłanki się powtarzają - zarówno ze strony polityków (poniżej podobne zdjęcie opublikowane w 2020 r. przez senatora Stanisława Gawłowskiego), jak i innych osób.

Dlatego sprawę warto wyjaśnić raz na zawsze. Czy rząd albo NBP "dodrukowują" pieniądze - w sensie tworzenia ich dodatkowej podaży - o tym za chwilę. Ale najważniejsza sprawa jest taka: nawet jeśli to robią, to kolejne numery seryjne banknotów nie są na to dowodem.

  • Więcej o gospodarce przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Adam GlapińskiInflacja w Polsce najwyższa w XXI wieku. Drastyczne wzrosty cen

Dlaczego czasem wyciągamy z bankomatów banknoty z kolejnymi numerami?

W zasadzie nie ma tu wielkiej filozofii. Jedną z funkcji NBP jest wymiana zniszczonych banknotów na nowe. Potem te nowe banknoty trafiają do obiegu, m.in. gdy są wypłacane przez Polaków z bankomatów czy kas banków. A że przecież nikt nie bawi się w tasowanie banknotów, to zdarza się, że dostajemy kilka czy kilkanaście z kolejnymi numerami seryjnymi. I "jeszcze pachnącą farbą". 

Do tego NBP na bieżąco reaguje na zapotrzebowanie na gotówkę ze strony banków (a one z kolei po prostu ze strony społeczeństwa). Ilość gotówki w obiegu zwykle idzie w ślad za łączną podażą pieniądza w gospodarce (czyli, poza gotówką, także pieniądzem bezgotówkowym, tj. m.in. depozytami gospodarstw domowych i firm, ale także np. ZUS czy instytucji samorządowych). Obecnie wynosi ona ok. dwóch bilionów zł. A podaż pieniądza rośnie w zasadzie stale i jest to efekt normalnego w gospodarce procesu kreacji pieniądza.

W nowoczesnej gospodarce to banki komercyjne tworzą pieniądz. Gdy pojawia się jakiś dodatkowy popyt - np. na zakup nieruchomości - to bank komercyjny, zgodnie oczywiście z pewnymi regulacjami, udziela kredytu. Automatycznie wraz z tym kredytem tworzy się nowy depozyt. To normalna sytuacja w gospodarce

- wyjaśnia w rozmowie z Gazeta.pl ekonomista dr Michał Możdżeń, adiunkt w Katedrze Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, współzałożyciel Polskiej Sieci Ekonomii. Jak dodaje, pieniądz jest kreowany zawsze w odpowiedzi na pewien popyt nań.

Ten popyt może być zgłaszany zarówno przez gospodarstwa domowe i firmy (poprzez kredyty), jak i przez rząd. Gdy rząd chce pożyczyć pieniądze, to pożycza je od systemu bankowego poprzez sprzedaż obligacji. Działa tu bardzo podobny mechanizm

- wskazuje ekonomista.

To ważne, bo może wywrócić myślenie części osób. Banki komercyjne nie udzielają kredytów z tego, co zbiorą w depozytach od innych klientów. Jest na odwrót - udzielając kredytów, banki tworzą depozyty i kreują dodatkowy pieniądz, który krąży po gospodarce. Jeśli ktoś tworzy w Polsce pieniądz z powietrza czy z niczego, to robią to banki komercyjne. Tak to po prostu działa i nie ma w tym nic zdrożnego. 

embed

A wracając do gotówki - zdarzają się też okresy tzw. runów na bankomaty, gdy w poczuciu zagrożenia ludzie chcą mieć więcej gotówki w domu pod poduszką. Mieliśmy w ostatnich latach dwa takie wydarzenia - wybuch pandemii koronawirusa i lockdown wiosną 2020 r. oraz inwazja Rosji na Ukrainę 24 lutego br. Polacy rzucili się do bankomatów, banki odpowiedziały więc na to, zgłaszając zwiększone zapotrzebowanie na gotówkę do NBP. Można powiedzieć, że NBP wtedy mocniej podkręcił drukarkę banknotów czy głębiej sięgnął do zapasów. To te "nieprzebrane ilości fizycznej gotówki", o których prezes Glapiński mówił w marcu 2020 r., właśnie w trakcie takiego runu po wybuchu pandemii.

Ale - co kluczowe - zwiększenie gotówki w obiegu odbywa się na zasadzie konwersji depozytów banków w NBP na fizyczny pieniądz, a nie druku bez pokrycia. Tak samo jak gotówka z bankomatu nie bierze się znikąd, a po prostu wypłacona kwota zmniejsza nasze dostępne saldo na rachunku bankowym.

embed

Na marginesie, patrząc w dane NBP z ostatnich miesięcy widać wręcz, że ilość gotówki (w obiegu i kasach banków) wręcz delikatnie spada (z rekordowych ok. 391,6 mld zł w kwietniu br. do ok. 377,5 mld zł w lipcu). Słowem - w ostatnim czasie wręcz fizyczna gotówka jest częściej ściągana z rynku niż trafia nań nowa, z ledwie doschniętą farbą. 

Skąd w ogóle skojarzenia z dodrukiem pieniądza? Trop wiedzie do 2020 r.

Ale pewnie znacznie ważniejsze niż to, dlaczego z bankomatów zdarza nam się wypłacać pliki banknotów z kolejnymi numerami seryjnymi, jest pytanie, skąd w ogóle pojawia się w tym kontekście skojarzenie z "dodrukowywaniem" pieniędzy.

Tu można tylko gdybać, ale być może pewną rolę odgrywa nieintuicyjność procesu kreacji pieniądza i tego, że toczy się on w zasadzie cały czas. Czasem mają z tym coś wspólnego instytucje publiczne w tym sensie, że banki komercyjne kreują pieniądz także w odpowiedzi na zapotrzebowanie rządu czy jego agend - np. Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego - i także przy wykorzystaniu instrumentów banku centralnego. Ale, po pierwsze, tak po prostu działa gospodarka, nie tylko za PiS. Po drugie, zdecydowanie nie jest to jedyna forma kreacji (czy, jak kto woli, "dodruku") pieniądza. Można generalnie powiedzieć, że podaż pieniądza zmienia się także endogenicznie i jest związana z sytuacją w gospodarce.

Nieco inne pojęcie "drukowania" pieniędzy czy "zadrukowywania" kryzysu pojawiło się w 2020 r. przy okazji programu luzowania ilościowego zaordynowanego przez NBP. Choć trzeba pamiętać, że to działanie odbywało się w dużo bardziej finezyjny sposób niż poprzez podkręcenie drukarek z banknotami.

Po wybuchu pandemii rząd musiał pożyczyć bardzo duże kwoty na tarcze antykryzysowe. Musiał zasypać nimi dziury w budżetach firm i gospodarstw domowych, bo w przeciwnym wypadku lockdown skończyłby się m.in. masowymi bankructwami, dużym wzrostem bezrobocia i zubożeniem społeczeństwa. Czy podjęte wówczas decyzje z perspektywy czasu były słuszne, czy pomoc rozdysponowywano prawidłowo itd. - to inny temat.

W każdym razie rząd, Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Polski Fundusz Rozwoju emitowały obligacje, które obejmowały m.in. banki komercyjne. Następnie NBP w ramach tzw. operacji otwartego rynku skupywał te papiery od banków. Banki komercyjne zamieniały wskutek tego obligacje na rezerwy w banku centralnym. W ten sposób NBP dostarczał bankom płynność, którą te mogły wykorzystać m.in. do udzielania kredytów albo do skupywania kolejnych obligacji skarbowych lub gwarantowanych przez Skarb Państwa (poza tym świadomość, że będzie można odsprzedać NBP część obligacji, sprawiała, że banki komercyjne chętniej włączały się w cały proces). Skala operacji otwartego rynku NBP przekroczyła poziom 140 mld zł. 

Efektem tych działań było to, że rząd zdobył pokaźne środki na tarcze antykryzysowe. Łącznie w ramach działań PFR, BGK, ZUS, rządu oraz Agencji Rozwoju Przemysłu rozdysponowano ponad 160 mld zł. Te środki zwiększyły depozyty firm i gospodarstw domowych. 

Część komentatorów przekonuje, że luzowanie ilościowe zaordynowane przez NBP w latach 2020-2021 (obecnie bank centralny zawiesił tę operację) oznaczało, że na rynek wpuszczono ponad 140 mld "pustego pieniądza". "Pustego", bo bez pokrycia np. w większej podaży dóbr. Inni przekonują, że konia z rzędem temu, kto patrząc w portfel albo na konto, pozna, które pieniądze są "puste", a które "pełne". A jeśli już posługiwać się taką terminologią, to "wypełnieniem" tych pieniędzy były efekty sfinansowanych dzięki nim tarcz, m.in. złagodzenie załamania gospodarczego i uniknięcie znaczącego wzrostu bezrobocia. W każdym razie - rząd w formie tarcz wpuścił na rynek te środki (które wcześniej "stworzyły" mu banki komercyjne, którym z kolei przestrzeń ku temu dał NBP). Czy było to "drukowanie pustego pieniądza", czy nie - niech każdy oceni sam.

Prawdą jest, że podręcznikowym efektem ubocznym tych działań był wpływ na inflację. Rząd (czy generalnie - rządy, bo podobna taktyka była stosowana w wielu krajach) napchał w kryzysie covidowym nasze i firm portfele środkami pomocowymi. Gdy pojawił się popandemiczny optymizm i wzrost popytu, na którym na niektórych rynkach nie nadążała podaż, ulało się to w inflacji.

Myślenie o "pustym pieniądzu" sprowadza się do tego, że w sytuacji ograniczeń podażowych, jeśli przy pomocy transferów sfinansowanych deficytem budżetowym zwiększymy płynność firm i gospodarstw domowych (czyli "dosypiemy" pieniądza na rynek), to może doprowadzić to do sytuacji, w której więcej pieniędzy będzie "goniło" za mniejszą czy taką samą ilością dóbr. To nie jest żadna magia

- mówi dr Możdżeń. Choć jednocześnie uczciwie trzeba przypomnieć, że o ile czynniki popytowe odgrywały pewną rolę w wywołaniu inflacji w 2021 r., dokładając się do problemów z łańcuchami dostaw i podażą energii, o tyle jednak teraz mamy do czynienia raczej z czynnikami podażowymi (m.in. z efektami kryzysu energetycznego), a po części także "importowaniem" inflacji z zagranicy.

Wydaje mi się, że jest trochę słuszności w takiej intuicji ludzi, że to "zadrukowanie" odbiło nam się inflacyjną czkawką. Problem w tym, że to nie jest fenomen Polski. Choćby Polska "nadrukowała" nie wiem ile, to inflacji globalnie by nie wytworzyła. W 2020 r. mieliśmy rozdany beznadziejny deal, jak klasyczna gospodarka półperyferyjna. Mieliśmy do wyboru albo bardzo dużą recesję, albo wysoką inflację. Gdybyśmy wybrali bardzo dużą recesję, czyli nie zwiększyli deficytu sektora finansów publicznych w istotnym stopniu, to i tak byśmy mieli inflację, bo przyszłaby do nas z zewnątrz

- wskazuje dr Możdzeń.

Pieniądze (zdjęcie ilustracyjne)Inflacja superbazowa już blisko 12 proc. 'Nie ma żadnych dobrych wieści'

Rząd wydaje setki miliardów złotych. Skąd bierze kasę na to wszystko?

Innym punktem, który może wzmagać poczucie, że rząd czy NBP na potęgę drukują pieniądze, jest dość hojna polityka fiskalna rządu. A może nawet nie tylko "hojna", co często wręcz niefrasobliwa, przypominająca rzucaniem pieniędzmi na oślep, niemal w panice. Przykładów takich działań znalazłoby się wiele, ostatni to choćby dodatek węglowy z mnóstwem dziur, ale także we wspomnianych tarczach antykryzysowych znalazły się rozwiązania z perspektywy czasu zbyt szczodre. Ale też z drugiej strony m.in. obecnie w kryzysie energetycznym duże są oczekiwania społeczne wobec rządu, aby ten łagodził skutki wzrostów cen energii czy surowców. Skądś musi brać na to pieniądze.

W każdym razie to bardzo ważny punkt, bo w zasadzie jeśli rząd będzie na coś potrzebował pieniędzy, to je sobie "ogarnie". Dużo ważniejsze jest to, żeby wydawał je rozsądnie.

Gdy w 2016 r. ruszał program 500 plus - w ówczesnej wersji kosztujący ok. 20 mld zł rocznie (w rozszerzonej w 2019 r. łącznie ok. 40 mld zł) - ta kwota dla wielu osób była szokiem. Tymczasem tylko w ostatnich tygodniach i miesiącach na rozwiązania osłonowe w obliczu inflacji i kryzysu energetycznego rząd rozdysponował lub zapowiedział wydatki rzędu ok. 150 mld zł. Do tego dochodzą choćby zapowiedziane wydatki zbrojeniowe.

Pojawia się proste pytanie: skąd rząd ma na to pieniądze? A od niego już prosta droga do najprostszej diagnozy: drukarka drukuje, aż furczy.

Taka "ludowa" intuicja może wskazywać, że rząd próbuje nam wszystkim dać transfery, więc skądś musi te pieniądze brać. Być może jest myślenie, że NBP kontroluje podaż pieniądza i od tego robi się inflacja. A skoro prezes Glapiński politykuje i widać, że wspiera rząd, to na pewno dodrukowuje pieniądze, żeby np. ukryć deficyt rządu. Ale tego tak się nie da zrobić

- mówi dr Możdżeń w rozmowie z Gazeta.pl.

Skąd więc rząd ma i będzie miał kasę? Po pierwsze - przynajmniej na razie nieco szybciej od założeń rosną wpływy podatkowe. Trochę w tym efektu inflacji (w VAT), trochę wzrostu wynagrodzeń (PIT), trochę dobrych wyników przedsiębiorstw w pierwszej połowie roku (CIT). W każdym razie - rząd ma więcej, niż zakładał.

Ale po drugie - bo rząd po prostu te środki planuje pożyczyć: m.in. od banków komercyjnych (a więc te - zgodnie z wyjaśnionym wcześniej mechanizmem - "stworzą" mu dodatkowe środki), choć też od obywateli (obligacje oszczędnościowe) czy od inwestorów zagranicznych. 

Jeśli już więc chcemy mówić o "drukowaniu" pieniędzy, to zostaną one wykreowane właśnie w ten sposób - banki komercyjne odpowiedzą na popyt na pieniądz ze strony rządu. Można oczywiście w opisie tego procesu przypominać strukturę właścicielską największych banków komercyjnych w kraju (i związaną z tym presję polityczną na pewne ruchy), ale też tak po ludzku obligacje skarbowe to dla nich niezły interes.

Inna sprawa, że np. ekonomiści Credit Agricole nie wykluczają, że w 2023 r. NBP znów ruszy ze skupem obligacji, powtarzając działania z lat 2020-2021 i pomagając zrobić bankom przestrzeń dla finansowania wydatków rządu. Jeśli to się stanie, znów pojawią się głosy, że prezes Adam Glapiński wypuszcza na rynek "pusty pieniądz".

Formalnie plan pożyczkowy rządu na 2023 r. opiewa na kwotę ok. 270 mld zł brutto (tj. o ok. 15 proc. więcej niż w 2022 r.). Na tę kwotę składa się 65 mld zł deficytu budżetowego, łącznie ok. 42,5 mld zł pozostałych potrzeb pożyczkowych oraz deficytu środków europejskich, a także ponad 160 mld zł długu do zrolowania (czyli zapadającego w 2023 r., który trzeba będzie "odnowić").

Jednocześnie bardzo możliwe, że ostatecznie potrzeby rządu znacznie większe - m.in. wskutek przedłużenia tarczy antyinflacyjnej na 2023 r., dodatkowych działań osłonowych w kryzysie energetycznym, a także przedwyborczych transferów (ekonomiści Credit Agricole spekulują np. o waloryzacji 500 plus do 700 zł albo o 14. i 15. emeryturze). 

Wpływ tych działań (zarówno tych stricte osłonowych, jak i tych bardziej socjalnych) na inflację jest wieloraki, ale można przypuszczać, że ich efektem będzie w dłuższym horyzoncie przeciągnięcie okresu wyraźnie podwyższonej inflacji i odsunięcie kolejnych problemów w czasie. Kłopoty gospodarcze (a możliwe, że i zwykła wyborcza kiełbasa) zostaną "zadrukowane" w tym sensie, że rząd będzie zwiększał deficyt (a więc zapotrzebowanie na pieniądz). 

Rząd mocno zwiększa dług, ale na razie dramatu nie ma

A nieco na marginesie - jeśli już jesteśmy przy zadłużaniu się sektora publicznego. "Za czasów PiS", tj. pomiędzy końcówkami 2015 i a drugim kwartałem br., dług publiczny (dług sektora instytucji rządowych i samorządowych) wzrósł nominalnie o ok. 530 mld zł. Ale wciąż jego wysokość w odniesieniu do PKB pozostaje w dość stałych ryzach, a to jest ta miara, która interesuje rząd i rynki najmocniej (odsetki od długu trzeba spłacać, ale sam dług cały świat po prostu roluje).

Na koniec 2021. dług do PKB wyniósł 53,8 proc. Według prognoz rządu z projektu ustawy budżetowej na koniec 2022 r. sięgnie 52,2 proc., a na koniec 2023 r. 53,1 proc. Choć bardzo możliwe, że ostatecznie te liczby będą nieco wyższe, bo już po przedstawieniu projektu budżetu rząd zapowiedział kolejne działania (m.in. regulację cen energii dla gospodarstw domowych i firm).

Słowem - jeśli ktoś uważa, że rząd powinien prowadzić bardziej ostrożną politykę fiskalną i uważniej oglądać każdą wydawaną złotówkę, ma do tego pełne prawo i mnóstwo argumentów na poparcie swoich racji. Ale mimo tego na razie statystyki nie potwierdzają, aby PiS prowadził nas na skraj katastrofy budżetowej.

embed
  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina
Zobacz wideo O ile może wzrosnąć rachunek za gaz, jeśli nie będzie interwencji rządu?
Więcej o: