Okres zagrożenia w energetyce. Były szef URE o tym, czy Polsce grozi blackout. "Ludzie odpalili farelki"

- Należy brać pod uwagę możliwość wprowadzenia ograniczeń - tak Maciej Bando, były prezes Urzędu Regulacji Energetyki, komentuje wprowadzenie okresów zagrożenia przez Polskie Sieci Energetyczne. Czy to oznacza, że Polsce grozi blackout?

Tuż przed weekendem Polskie Sieci Elektroenergetyczne ogłosiły tzw. okresy zagrożenia. Po raz pierwszy w historii okazało się, że poziom nadwyżki produkcji energii w systemie spadł poniżej ustalonego poziomu. Specjalistyczny serwis biznesalert.pl uspokajał, że zastosowana procedura jest standardowa, ale w debacie publicznej powróciły pytania o ryzyko blackoutu. 

Zobacz wideo Michał Kamiński gościem Porannej Rozmowy Gazeta.pl (27.09)

Czy zabraknie prądu? "Należy brać pod uwagę możliwość wprowadzenia ograniczeń"

Maciej Bando, były prezes Urzędu Regulacji Energetyki, który m.in zatwierdza taryfy dla odbiorców indywidualnych, w rozmowie z portalem WNP przyznaje, że zagrożenie blackoutem będzie się powtarzać. Jego zdaniem ogłoszenie okresów zagrożenia to "pogrożenie palcem wytwórcom energii, żeby nie próbowali oszczędzać węgla i żeby nie odstawiali bloków pod pretekstem awarii czy konieczności nagłego, nieplanowanego przeglądu". O tym, że polskiemu sektorowi energetycznemu brakuje surowca, wiadomo od miesięcy. 

Były szef URE twierdzi, że obecnie mówimy nie o totalnej awarii energetycznej, ale o problemach. - Trudno mi powiedzieć, czy nam grożą, ale sytuacja w polskiej i europejskiej energetyce jest taka, że należy brać pod uwagę możliwość wprowadzenia ograniczeń - stwierdził. 

Zdjęcie ilustracyjne'Okres zagrożenia' w elektroenergetyce w Polsce. Pierwszy raz w historii

Skąd problemy w energetyce? 

Zdaniem Macieja Bando wprowadzenie okresu zagrożenia może oznaczać, że ludzie ogrzewają się za pomocą piecyków elektrycznych. - Ludzie odpalili farelki i naturalna redukcja poboru, która występuje wraz z ograniczeniem pracy przemysłu, została zasypana przez odbiorców indywidualny - wyjaśnił. 

Czy oznacza to, że Polskę czeka blackout? Starszy analityk ds. energetycznych Robert Tomaszewski z Polityki Insight uspokaja: "Blackoutu nie będzie". "Po to budowany był rynek mocy, by nasz system energetyczny był gotowy na takie sytuacje. Nie zmienia to faktu, że uruchamianie stanu zagrożenia przed trudnym sezonem grzewczym nie jest kojącą informacją dla rynku" - czytamy na Twitterze. 

Jak wyjaśniał w rozmowie z Gazeta.pl zamiast blackoutu czeka nas narastający kryzys. - Prąd będzie, ale po astronomicznych cenach w hurcie, które prędzej czy później uderzą nas wszystkich - ocenił. - Musimy liczyć się z tym, że prąd - podobnie jak gaz i węgiel - będzie ekstremalnie drogi. Wydaje się też, że Polska ma odpowiednie rezerwy węgla, jeśli chodzi o elektroenergetykę. Problemem jest sektor komunalno-bytowy i małe ciepłownie, które do tej pory obficie korzystały z rosyjskiego węgla. W czwartek usłyszeliśmy, że premier nakazał dwóm państwowym spółkom zakupić cztery i pół mln ton węgla dla gospodarstw domowych. Pokazuje to, że rząd nie ma pewności, czy surowca starczy nam tej zimy - stwierdził ekspert. 

rachunki za prąd - zdjęcie ilustracyjneRadom. Ceny prądu wzrosły dziewięciokrotnie. "To wyrok"

Więcej o: