Prawo i Sprawiedliwość od lat podkreśla, że ziemia powinna trafiać do zwykłych polskich rolników. W 2016 roku rząd przyjął nawet ustawę, która określa zasady sprzedaży i dzierżawy gruntów. Te, które są w zasobie Państwa, nie mogą trafiać do każdego. Ci, którzy nie są rolnikami wystarczająco długo, nie są mieszkańcami danej gminy, muszą ustąpić lokalnym rolnikom.
To, co wydarzyło się z 250 hektarami ziemi, może być jednak dowodem na to, że bliskie stosunki z władzą niektórym rolnikom służą bardziej. Wirtualna Polska opisuje sprawę Zbigniewa Ajchlera, jednego z najbogatszych posłów, który co prawda nie należy do PiS, ale często podnosi w Sejmie rękę tak, jak życzyłaby sobie tego partia. Polityk prowadzi jednak i inną działalnośc - jest prezesem dwóch spółdzielni rolnych w Wielkopolsce. Jest też producentem trzody chlewnej.
W przepisach przyjętych przez PiS jest furtka. Pierwszeństwo, by ziemię dzierżawić, ma co prawda lokalny rolnik. Ale jeśli chce ją poddzierżawić, ograniczeń już nie ma. Wystarczy zgoda lokalnego KOWR. I chociaż ponowna dzierżawa miała być kołem ratunkowym, by ziemia, której nie chcą lokalni, mogła być uprawiana, to przepis stał się sposobem na faktyczne omijanie sedna ustawy o obrocie ziemią.
To właśnie ten sposób na faktyczne użytkowanie ziemi miały wykorzystać spółdzielnie, którymi przewodniczy Ajchler. Ziemia trafiła do niego w ramach wniosku o poddzierżawę. Według portalu KOWR nie ogłosił przetargu na ziemię, którą wcześniej zarządzała spółka powiązana z państwem, inni rolnicy nie mieli więc nawet szans się o nią starać.
WP twierdzi, że po tym, jak o grunty zaczęła pytać, te wróciły pod skrzydła. Nie zarządza nimi spółdzielnia posła, ale nie trafiły też pod uprawę do lokalnych rolników.
- Po waszym tekście o hektarach dla Kaczmarczyków zrobiło się gorąco. Zaczęło się przeglądanie umów w KOWR, zaczęły wypadać trupy z szafy. Jednym z nich była umowa poddzierżawy dla Ajchlera. Nie było mowy, żeby ją przedłużyć, bo byłaby afera - przyznaje polityk PiS w rozmowie z serwisem.
We wrześniu media donosiły bowiem, że Norbert Kaczmarczyk, który wysławił się swoim weselem, ominął wprowadzone przez PiS prawo i pomógł "upolować" ziemię swojemu bratu.