Skaczecie z radości, bo inflacja trochę spadła? Ściągniemy was na ziemię. Spójrzcie na ceny

Inflacja w listopadzie wyniosła 17,4 proc. rok do roku - podał w środę GUS w tzw. szybkim szacunku. To oznacza, że inflacja spadła - w październiku sięgnęła 17,9 proc. Absolutnie nie jest to jednak sygnał, że ceny spadają. Wręcz przeciwnie - wciąż szybko rosną. Inflacja beznamiętnie zżera nasze dochody i oszczędności, i ostrzy sobie zęby na więcej. Po prostu apetyt delikatnie jej się pogorszył.

Na takie dane czekaliśmy od lutego br. To wówczas ostatni raz inflacja w Polsce była niższa niż miesiąc wcześniej. Wtedy jednak statystyki były "na dopingu" - rząd uruchomił tarczę antyinflacyjną 2.0., więc (na krótko) spadła inflacja.

Teraz żadnych sztucznych wspomagaczy nie było - według szybkiego szacunku GUS inflacja w listopadzie wyniosła 17,4 proc., czyli mniej niż w październiku (17,9 proc.). Ostatni raz inflacja spadła sama z siebie w czerwcu 2021 r. Od tego czasu tylko i tylko rosła (z jednym jednak, lutowym, wyjątkiem). Gwoli ścisłości - dziś poznaliśmy szybki szacunek, który może jeszcze podlegać korekcie w połowie grudnia. Zwykle jednak ewentualna zmiana to +/- 0,1 pp., więc spadek inflacji w listopadzie nie jest zagrożony.

A teraz najważniejsze - oczywiście zawsze fajniej, gdy inflacja spada, a nie rośnie. Ale środowy odczyt absolutnie nie zmienia faktu, że jesteśmy głęboko w... poważnym problemie.

  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Inflacja zaczęła hamować (zdjęcie ilustracyjne)Inflacja wreszcie w dół. Ekonomista: "Daleko do odtrąbienia sukcesu"

1. Inflacja spada, ale ceny wciąż silnie rosną

Inflacja to tempo wzrostu cen. Odczyt 17,4 proc. oznacza, że badany przez GUS koszyk dóbr i usług podrożał aż o 17,4 proc. przez rok - czyli między listopadem 2021 a listopadem 2022 r. 

Gdy GUS podawał przed miesiącem inflację za październik 17,9 proc., to oznaczało to, że od października 2021 r. do października br. ceny badane przez GUS średnio wzrosły o 17,9 proc.

Słowem - spadło tempo wzrostu cen, ale w żadnym wypadku same ceny - ani względem stanu sprzed roku, ani choćby sprzed miesiąca! Można powiedzieć, że trochę zwolniliśmy w szaleńczej jeździe po autostradzie (z 17,9 proc. do 17,4 proc.) - tyle że bezpieczna prędkość (określona celem inflacyjnym Narodowego Banku Polskiego, czyli optymalnym dla gospodarki poziomem inflacji) to beznadziejnie dalekie 2,5 proc. 

Albo inny przykład - cel inflacyjny 2,5 proc. to tak, jak temperatura 36,6 stopni, czyli oznaka zdrowia. Spadek inflacji z 17,9 proc. do 17,4 proc. to trochę tak, jak spadek temperatury np. z 40 stopni do 39,8. Innymi słowy - pacjent jest nadal poważnie chory.

Oczywiście, można i warto przypominać, że choroba inflacji toczy całą Europę i wiele innych zakątków świata. Można wskazywać, że w dużej mierze tę chorobę ulokował u nas Putin. Według analiz NBP około dwie trzecie inflacji w Polsce pochodzi z zewnątrz, m.in. z szoku energetycznego wywołanego przez Rosję. Ale nie zmienia to faktu, że po prostu ceny w Polsce wciąż rosną w błyskawicznym tempie, niewidzianym dotychczas w XXI wieku. 

Wzrost cen o 17,4 proc. w normalnych okolicznościach (gdyby inflacja rok do roku cały czas wynosiła 2,5 proc., ile wskazuje cel inflacyjny NBP) osiągnęlibyśmy w ok. 6,5 roku. Udało nam się to zrobić w rok. Trudno, żeby był to powód do radości.

Gwoli wyjaśnienia - nie postulujemy absolutnie, aby inflację natychmiast zbić do 2,5 proc. - to aberracja, która kosztowałoby polską gospodarkę potężne i wieloletnie załamanie. Pokazujemy po prostu, jaki poziom inflacji jest uznawany za dobry i jak daleko od niego wciąż jesteśmy.

Zobacz wideo 10 zł za litr paliwa? Derski: Jest to prawdopodobne
  • Więcej o gospodarce przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

2. Inflacja miesięczna wcale nie taka niska

Inflacja roczna to tak naprawdę "zbiór" tego, ile ceny rosły co miesiąc przez ostatnich 12 miesięcy. W listopadzie, według dzisiejszych danych GUS, były one wyższe niż w październiku o 0,7 proc. 

Uważny czytelnik od razu zauważy, że tak naprawdę wystarczyłoby jakieś 3,5 miesiąca wzrostów cen w takim tempie, żeby "wyrobić" normę na cały rok (czyli dobić do celu inflacyjnego 2,5 proc.). Gdyby ceny rosły w tempie 0,7 proc. miesiąc do miesiąca przez cały rok, to inflacja roczna sięgnęłaby ponad 8,7 proc., a więc wciąż byłaby ponad trzy razy wyższa od tej zdrowej dla gospodarki. 

Choć oczywiście, patrząc bardziej optymistycznym okiem, wzrost cen o 0,7 proc. przez miesiąc to jeden z najniższych odczytów w ostatnich miesiącach.

embed

3. Inflacja bazowa wciąż rośnie

Złą wiadomością jest też to, że według prognoz ekonomistów (szczegółowe dane poznamy w połowie grudnia) wzrosła inflacja bazowa - z 11 proc. do ok. 11,3 proc. Inflacja bazowa to wzrost cen z pominięciem cen żywności i energii - najbardziej zmiennych, najbardziej podatnych na szoki. 

Sam NBP wyjaśnia na swojej stronie, że inflacja bazowa "przybliża średniookresowy i długookresowy trend wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych w gospodarce".

Co oznacza wzrost inflacji bazowej przy spadku "głównego" wskaźnika inflacji? Ano to, że może i wzrost cen nośników energii przystopował, ale podłoże inflacyjne w Polsce wciąż jest bardzo żyzne i przedsiębiorcy zwykle nadal chętnie podnoszą ceny swoich towarów i usług (często tłumacząc to - słusznie lub nie - wzrostem kosztów swojej działalności). Ból inflacyjnego ciosu wciąż rozlewa się po całym ciele gospodarki.

4. Wysoka inflacja pozostanie z nami na lata

Ekonomiści nie mają też wątpliwości, że z podwyższoną inflacją będziemy mieli do czynienia przez lata. Prezes NBP w zasadzie nie ukrywa, że taka jest taktyka. Można by wprawdzie dławić inflację szybko, ale kosztem silniejszego pogorszenia koniunktury. Plan jest z kolei taki, żeby iść jak po linie złotym środkiem - aby gospodarka jako tako ciągnęła, a inflacja spadała stopniowo.

Centralna ścieżka najnowszej projekcji NBP wskazuje, że inflacja powróci do poziomów jednocyfrowych jesienią 2023 r., a średniorocznie wyniesie 13,1 proc. (wobec 14,5 proc. w 2022 r.). W 2024 r. średniorocznie inflacja ma sięgnąć 5,9 proc., a w 2025 r. 3,5 proc.

Gdyby ten scenariusz się sprawdził, to oznaczałoby to, że de facto przez cztery lata - od 2021 do 2024 r. włącznie - skumulowana inflacja sięgnęłaby ponad 44 proc. Kiepsko, co nie?

5. Twoje pieniądze tracą na wartości w błyskawicznym tempie

Inflacja 17,4 proc. w listopadzie oznacza, że straciliśmy dwie pensje w roku (o ile oczywiście nie dostaliśmy podwyżki). Z tego punktu widzenia to, czy inflacja wynosi 17,9 proc. czy 17,4 proc., ma marginalne znaczenie. 

Bardzo silnie tracą też osoby z oszczędnościami. Uwzględniając 19-procentowy podatek Belki, rok temu trzeba było ulokować czy zainwestować pieniądze na 21,5 proc., żeby realnie nie stracić. Tymczasem dane NBP wskazują, że rok temu średnie oprocentowanie lokat rocznych nie wynosiło nawet 0,8 proc. Z kolei WIG, czyli główny indeks warszawskiej giełdy, w ciągu roku spadł o niemal 17 proc. (nawet mimo trwających od połowy października wzrostów).

Inny przykład? Proszę bardzo. Inflacja 17,4 proc. oznacza, że za to, co rok temu można było kupić za 500 plus, dziś trzeba by zapłacić 587 zł. Albo - patrząc w drugą stronę - dzisiejsze 500 plus jest warte tyle, co rok temu ok. 426 zł. 

Gdyby sięgnąć wstecz od momentu uruchomienia 500 plus (tj. od kwietnia 2016 r. w pierwotnej wersji - z progiem dochodowym na pierwsze dziecko), to świadczenie jest dziś warte już ok. 358 zł. Gdyby miało zostać zwaloryzowane w ten sposób, aby miało taką samą wartość jak gdy program startował, musiałoby sięgnąć już niemal 700 zł - już o ponad 100 zł więcej, niż gdyby inflacja cały czas była idealnie w celu inflacyjnym NBP.

embed
Więcej o: