Rafineria w Czechowicach-Dziedzicach była jednym z największych zakładów przemysłu naftowego w Polsce. Przez wiele lat dostarczała paliwa i oleje do całego kraju. Jednak 26 czerwca 1971 roku, 52 lata temu, stała się miejscem jednej z największych katastrof PRL-u. Tego dnia, około godziny 19:00, nad miastem przechodziła burza. Jeden z piorunów uderzył w tak zwany kominek oddechowy zbiornika ropy nr 251, który nie był wyposażony w "pływający dach", zapobiegający gromadzeniu się mieszaniny wybuchowej nad powierzchnią ropy naftowej. W zbiorniku znajdowało się około 10 tys. ton surowca, który natychmiast się zapalił.
W rejonie zbiornika znajdowały się inne zasobniki z ropą, acetonem, benzenem, toluenem, olejami parafinowymi i etyliną, a także pompownia i bocznica kolejowa z cysternami. Płonąca ropa rozlała się na dużym obszarze i stanowiła zagrożenie dla całego zakładu i okolicznych budynków mieszkalnych.
Natychmiast rozpoczęto akcję gaśniczą, w której uczestniczyły wszystkie jednostki straży pożarnej z zakładu i okolicy, wojsko, milicja i ochotnicy. Zużyto tony proszku gaśniczego i tysiące litrów piany, sprowadzonej nawet z NRD. Mimo to ogień nie ustępował i rozprzestrzeniał się na kolejne obiekty.
Do tragedii doszło po godzinie 1:00 nad ranem, kiedy eksplodował płonący zbiornik. Płomienie pochłaniały ludzi, sprzęty i samochody. Zginęły wtedy 33 osoby, w tym strażacy, żołnierze i pracownicy rafinerii. Zapalił się też kolejny zbiornik nr 252. W końcu i on eksplodował.
Walka z ogniem trwała jeszcze przez trzy dni. Do akcji gaśniczej przyłączyli się strażacy z całej Polski i ówczesnej Czechosłowacji. W sumie wzięło w niej udział około 1500 strażaków zawodowych i 1000 ochotników. W czasie akcji śmierć poniosło jeszcze czterech strażaków, a ponad sto osób zostało rannych lub poparzonych. Łączna liczba ofiar sięgnęła 37.
Z ogniem i jego skutkami walczono jeszcze długo. 30 czerwca o godzinie 19:30 stwierdzono żarzenie się związków piroforycznych w zbiorniku numer 251. Niestety, 1 lipca o godzinie 0:10 doszło do gwałtownego zapalenia się ropy. Pożar udało się opanować dopiero o godzinie 3:15. Na szczęście zbiornik numer 253, w którym znajdowało się 7000 ton odgazowanej ropy, uratowano. Mimo to zbiorniki tliły się jeszcze przez kolejne dwa dni, aż do 2 lipca.
Po katastrofie w Czechowicach-Dziedzicach przeprowadzono wiele badań, które miały na celu zwiększenie bezpieczeństwa w przemyśle naftowym. Wprowadzono sporo nowych zasad i procedur, które miały zapobiegać podobnym wypadkom w przyszłości. Jednym z najważniejszych postanowień było wprowadzenie "pływających dachów" na zbiornikach z ropą, które zapobiegają gromadzeniu się wybuchowej mieszaniny nad powierzchnią ropy.
Przyczyny pożaru badała specjalna komisja, która stwierdziła, że doszło do niego przez nieprzestrzeganie przepisów bezpieczeństwa i brak odpowiedniego sprzętu gaśniczego. Nie wskazano jednak winnych ani nie ukarano nikogo za tragedię. Wiele osób na wysokich stanowiskach straciło jednak pracę. Władze postanowiły odbudować zniszczoną rafinerię. Prace rozpoczęto już po kilkunastu dniach od ugaszenia pożaru. Zmodernizowano też systemy bezpieczeństwa i wyposażenie gaśnicze.
Katastrofa w Czechowicach-Dziedzicach to z pewnością jedna z największych tragedii przemysłowych w historii Polski. Mimo że od tamtej pory wiele się zmieniło i wprowadzono wiele nowych zasad i procedur, to wciąż należy pamiętać o tym, jak ważne jest bezpieczeństwo w przemyśle naftowym.