Czy praca w McDonald's jest trudna? Spytaliśmy o to pracowników. "Nie miałem już siły podnieść głowy"

Kacper Kolibabski
- Niektórzy pracownicy liczą swój staż w liczbie promocji na drwale, które przepracowali - mówi nam jeden z pracowników McDonalda, opisując, jak trudny jest ten okres. Po tym jak influencerka Julia von Stein zwyzywała pracownika jednego z McDonaldów, postanowiliśmy spytać, czy praca w tej sieci fast food jest trudna. Okazuje się, że to zależy.

Julia von Stein jest projektantką trumien, znaną m.in. z udziału w programach "Królowe życia" i "Diabelnie boskie". Przed kilkoma dniami opublikowała w mediach społecznościowych nagranie z wizyty przy okienku McDrive restauracji McDonald's. Ze względu na sporą liczbę wulgaryzmów nie umieszczamy nagrania w tym tekście. McDonald's Polska wydało w poniedziałek oświadczenie w tej sprawie. "Sytuacja miała miejsce w restauracji jednej z organizacji franczyzowych. Po otrzymaniu informacji o zdarzeniu podjęliśmy działania. W pierwszym kroku skupiliśmy się na wsparciu zespołu restauracji. Podkreślamy, że w McDonald’s nie ma zgody na obrażanie, krzyki i jakąkolwiek formę przemocy wobec zespołu" - czytamy.

Zobacz wideo Czy Rosjanie będą tęsknić za McDonald's?

Czy praca w McDonald's jest ciężka?  

Często słyszy się o trudach pracy w McDonald’s. W okresie sezonowych czy okresowych promocji wzmożenie ruchu jest tak duże, że pracownicy mają problemy, by wyrobić się z zamówieniami. Pracownicy McDonald’s w USA w mediach społecznościowych apelowali wręcz do klientów, by się opamiętali i nie kupowali Happy Meala dla dorosłych w takich ilościach. Przy okazji przywrócenia sosu syczuańskiego, znanego z seriali Rick and Morty, dochodziło w lokalach McDonald's do sytuacji, które wymagały interwencji policji. Zdarzają się też klienci, którzy wchodzą na lady, by zdobyć popularność na TikToku. W Polsce zrobił to popularny już raper Malik Montana.

W związku z aferą z udziałem Julii von Stein postanowiliśmy spytać obecnych i byłych pracowników polskiego McDonalda o ich odczucia wobec miejsca pracy. Zmieniliśmy jednak ich imiona, by mogli zachować anonimowość. Wyjątkiem jest Grzegorz Szczerski, który w czerwcu tego roku założył pierwszy związek zawodowy w McDonaldzie w Polsce.

Jak mówi, McDonald's ciągle wprowadza promocyjne kanapki. Ale w Polsce tabaka, jak nazywa się okres dużego ruchu w gastronomii, tak naprawdę jest tylko, gdy do oferty wchodzi kanapka drwala. - Wprowadzanie kanapki drwala jest przeżyciem, które ciężko mi porównać do czegokolwiek innego. Ogromne tłumy gości, restauracja postawiona w stan pełnej sprawności, najlepsi ludzie jakich dało się sprowadzić, a mimo to są ogromne kolejki - mówi Szczerski. 

Niektórzy pracownicy liczą swój staż w ilości promocji na drwale, które przepracowali. Mojego pierwszego dnia z drwalem, gdy przyjmowałem zamówienia na kasie, nie miałem siły podnieść głowy pod koniec zmiany. Gdy skończyliśmy i wydaliśmy ostatnie zamówienie poczułem ogromną ulgę

- mówi związkowiec.  

Za pyskówki z klientem mogą cię zwolnić 

Marzena trafiła do McDonalda w Piasecznie pod Warszawą, w gastronomii ma 13 lat doświadczenia. Po przejściu szkoleń mianowano ją więc menedżerką. Z pracą bardzo szybko się pożegnała, bo już po dwóch miesiącach. Powodem była kłótnia z awanturującym się klientem (a raczej gościem, bo jak zwrócili mi uwagę moi rozmówcy, McDonald's wymaga by ich tak nazywać), który zamówił zestaw 2forU i domagał się miejsca siedzącego przy stoliku. Kierowniczka gościnności poinformowała jednak, że musi poczekać lub usiąść na zewnątrz, bo wszystkie miejsca są zajęte.  

To zaczął się drzeć, że jest klientem i tak ma być traktowany. Rzucał ku***mi. Podeszłam jej pomóc, to mnie też zwyzywał. Krzyczał, że jak takie osoby, niewykształcone, śmierdzące fajami, mogą go obsługiwać. Przyszła kierowniczka i oczywiście nas zwolniła, bo jak to wygląda dla firmy?

- opowiada Marzena.  

Dopytywałem więc, co było podstawą zwolnienia? - Brak kultury. Klient nasz pan. Kierownik może sobie wszystko napisać. Żaden pracownik nie potwierdzi, bo boi się o zwolnienie. Zwłaszcza, że tam są głównie obcokrajowcy - mówi Marzena. I jak dodaje, takie awantury z udziałem gości zdarzały się "bardzo często", choć nie były regularne - czasem były dwie dziennie, a czasami żadnej przez tydzień.  

 - Najlepiej jak siedzisz na okienku i przyjmujesz kasę na drive'ie, jesteś sam. Nikogo z tobą nie ma - uważa Marzena. Sytuacja z Julią von Stein pokazuje jednak, że również na tym stanowisku mogą spotkać nas nieprzyjemności.  

Nie taki zły kontakt z klientem jak go malują? 

Mariusz zaczynał jako szeregowy pracownik, w McDonaldzie wytrzymał trzy miesiące. Praca była dla niego przytłaczające i musiał zrezygnować, ale do tego jeszcze wrócimy. On kontakt z gościem opisuje krótko i dosadnie: "był dobry".  

Piotr w lubelskim McDonaldzie zagościł na dłużej, przez rok obskoczył tam kilka stanowisk. Wytłumaczył, że na kuchni nie miał w ogóle kontaktu z gośćmi, a gdy pracował na sali, rozmawiał z nimi sporadycznie. Uroki pracy z klientem już takie są, że czasem trafi się jakiś zawadiaka i awanturnik. Ale Grzegorz Szczerski widzi pewną zależność. 

Kontakt z gośćmi jest zazwyczaj w porządku, chociaż to też zależy od specyfiki restauracji. Z moich obserwacji wynika, że w restauracjach galerianych goście są milsi i bardziej wyrozumiali, natomiast w tych przy dworcach częściej zdenerwowani i w pośpiechu

- mówi Szczerski, który pracuje w Galerii Avenida w Poznaniu.  

Podobne obserwacje, które mogą potwierdzać słuszność tej tezy idą od Romana, który pracował w McDonaldzie przy dworcu między 2019 a 2021 rokiem. - Kontakt z klientem bywał różny. Jako że pracowałem w Maku na dworcu, było u nas pełno ludzi bezdomnych [w kryzysie bezdomności - red.] żebrzących, a późnym wieczorem pijanych - mówi Roman. - W momentach kiedy goście są agresywni, jako pracownicy Maka mieliśmy zakaz wdawać się w dyskusje, dla swojego bezpieczeństwa. W sytuacjach w których gość zachowywał się agresywnie mieliśmy obowiązek wezwać ochronę - menedżer ma do tego guzik, który nosi zawsze przy sobie - dodaje.   

Roman zaczynał jako szeregowy pracownik, z czasem awansował na menedżera, a w końcu na kierownika. Jak mówi, to wpływało na to jak reagował na awanturujących się gości. - Wiadomo, dumny, młody, zdrowy chłop w koszuli menedżerskiej często woli nie wzywać ochrony, tylko wypraszać ludzi samodzielnie, nawet jak są pijani - mówi.  

Tłumaczy też, że jeśli chodzi o klientów, "definitywnie najgorzej" mieli ludzie pracujący na kasie. Dodał jednak, że były to osoby, które czuły się dobrze w rozmowach z "dziwnymi" gośćmi i potrafiły rozładować sytuację tak, że nie trzeba było nikogo wzywać. Kłótnie z klientami Roman określił jako "codzienność". Jako najgorsze ocenia sytuację, gdy odmawiali klientom zwrotu pieniędzy za zimne zamówienie. Jak tłumaczy, restauracja wydawała ciepłe jedzenie, ale klienci często budzili się i odbierali je dopiero po kwadransie, gdy już wszystko wystygło. Roman twierdzi, że w takich sytuacjach menedżer musiał wysłuchiwać, jakim to jest oszustem.  

Grzegorz Szczerski zwraca z kolei uwagę na klientów, którzy się nie witają, przez co czuje się traktowany przedmiotowo. - Najczęstszym problemem wśród gości jest brak zwykłego przywitania na początku. Osobiście nie jestem fanem zbytniego spoufalania się z gośćmi, jednak, gdy ktoś podchodzi do mnie, rzuca tylko pieniądze na kasę i dyktuje co chce albo bez słowa skanuje kod promocyjny, czuję się jakby nie traktował mnie jak człowieka, który wykonuje swoją pracę. Jednak pomimo zwykłego niemiłego uczucia mi osobiście nie sprawia to kłopotu - mówi związkowiec z McDonalda.  

Dodaje, że w jego opinii "najgorszymi gośćmi są osoby, które traktują pracowników z wyższością, uprzedmiotowiają i traktują jakby wszystko im się należało". Jak mówi, najczęściej przykre sytuacje prokurowały osoby po czterdziestce, ale były to pojedyncze przypadki. Dlatego też ostatecznie kontakt z gośćmi ocenia na plus, a konflikty uważa za sporadyczne. 

Marzena wyjaśnia, że za kontakt z klientem odpowiada kierownik, skargi nie trafiały do menedżerów. Ale mimo tego, awantury się zdarzały, a nikt nigdy jej nie szkolił z tego, jak rozwiązywać problemy z gośćmi.

Roman, gdy awansował na menedżera otrzymał szkolenie z zarządzania, które przypominało mu zajęcia na studiach. Jednak kwestię szkoleń z radzenia sobie z gośćmi nazywa raczej umowną. - Każdy ma inny styl działania i jest to dopuszczalne. W razie kłopotów każdy mógł teoretycznie pogadać z personelem, ale raczej mało kto to robił - wskazuje Roman. On sam mówi, że potrafił wysłuchać klienta i przeprosić, jeśli miał rację, nawet jeśli gość "zachowywał się jak orangutan". Potem po prostu szedł "zwentylować się na papierosie", gdzie z innymi pracownikami nabijali się z "dzikich klientów".  

Grzegorz Szczerski potwierdza, że ze strony McDonalda czy franczyzobiorców nie ma wsparcia psychologa po kontakcie z nieprzyjemnymi klientami i trzeba po prostu rozmawiać ze znajomymi z pracy.

Pomocy psychologicznej brak i zostaje tak naprawdę tylko rozmowa z zaufanym kolegą lub koleżanką

- mówi. I dodaje, że "zazwyczaj sytuację konfliktowe z gośćmi rozwiązuje sam pracownik lub osoba wyżej od niego w hierarchii, najczęściej menedżer".  

 - W McDonald’s jest kilka strategii radzenia sobie z gościem, są one raczej ogólnikowe i większość osób, które schowałyby swoją dumę do kieszeni i okazały skruchę, zastosowałoby je intuicyjnie. Niestety nie mogę ich dokładnie opisać, ponieważ nie chciałbym przypadkiem zdradzić know-how firmy. Ich skuteczność zależy jednak głównie od tego na kogo się trafi, na jedną osobę zadziałają, na inną nie, w większości przypadków wystarczy naprawić pomyłkę - wyjaśnia związkowiec.  

Goście restauracji są najróżniejsi - od stałych bywalców poprzez turystów zza granicy. Ludzie są naprawdę różni i zazwyczaj mili

- podsumowuje Szczerski.  

Franczyza franczyzie nierówna 

Z rozmów z pracownikami McDonalda wynika, że wiele zależy od zespołu, a więc od kierownictwa i właścicieli. Warto bowiem pamiętać, że jak często zauważają zagraniczni dziennikarze – McDonald sprzedaje franczyzy, nie burgery. W Polsce na ponad 520 lokali, 90 proc. jest prowadzona przez 90 niezależnych przedsiębiorców - mówiła w połowie sierpnia w rozmowie z horecatrends.pl Anna Borys, impact team director w McDonald’s Polska. Sieć zapewnia markę, dostawy, struktury, ale za personel i pensje odpowiada franczyzobiorca. Niech świadczy o tym choćby grzywna przyznana nie McDonaldowi, a samemu franczyzobiorcy w tym roku w w USA, w Louisville. To nie cała korporacja musiała zapłacić za wykorzystywanie do pracy 10-letnich dzieci, a właśnie franczyzobiorca.

Franczyza franczyzie nierówna, tak samo jak zespół zespołowi. A w McDonaldzie rotacja jest obecna. - W McDonald co jakiś czas zmienia się zespół, aczkolwiek ja za bardzo nie zwracałem na to uwagi, więc nie pamiętam jak często to miało miejsce. Różne zespoły się trafiały, wszystko zależało od dnia więc poniekąd to była loteria jak będę się czuł w pracy, bo zdarzały się naprawdę fajne zespoły, ale też i te nieco mniej fajne, a także średnie" - mówi Piotr.  

Wiele więc zależy od McDonalda, do którego trafimy. Mariusz nie jest osobą neurotypową, ma Aspergera. W McDonaldzie zatrudnił się w klasie maturalnej i źle wspomina te trzy miesiące. Trafił na szorstkich menedżerów, którzy nie chcieli przesunąć go z sali na inne stanowisko, mimo że miał na to zgodę. Uważał tez, że kierownik gościnności za dużo od niego wymagał. Ostatecznie nie przedłużono mu umowy, nie dostał też paska wynagrodzenia. Jedyny pozytyw jaki stamtąd wspomina to dodatkowe 15 min przerwy, dzięki czemu mógł wyciszyć się, gdy czuł, że doszło u niego do przeciążenia sensorycznego.  

Marzena też nie miała szczęścia, swoją kierowniczkę określiła jako "wredną". - Nie obchodziło jej, że autobus się spóźnił czy nie przyjechał - mówi. Nie trafiła też na słownych właścicieli. Mimo że obiecali przenieść ją do lokalu bliżej jej domu, to tego nie zrobili. Musiała więc telepać się autobusami z przesiadkami i jechać kilkanaście kilometrów do pracy. Gdy kończyła 12-godzinną zmianę o 23.30, z pracy musiał odbierać ją mąż, bo komunikacja miejska już nie kursowała. Marzena nie była też zadowolona z wypłaty. - Nawet wypłata nie była wysoka. wiec nie ma co się strzec na te 5500 zł brutto co obiecują, bo dostaniesz 2800 zł na rękę i radź sobie. Ja wtedy miałam 3900 brutto, to zawsze jakoś o 200 zl mniej wychodziło niż powinno - mówi. - Nie wróciłabym za żadne pieniądze - podsumowuje Marzena.  

Stawka godzinowa była niższa od najniższej krajowej, może i niewiele, no ale była niższa. Do dziś nie potrafię powiedzieć dlaczego tak było i dlaczego tak jest. Przynajmniej w McDonaldach w moim regionie, bo nie wiem jak jest w innych 

- Piotr też narzeka na pensję.  

Na pracę w McDonaldzie z początku nie narzekał natomiast Roman. W McDonaldzie dostał swoją pierwszą umowę o pracę i podkreśla, że pracując tam "przeżywał drugą młodość". Podkreśla jednak, że był zmotywowany do tej pracy. Sam prosił kierownictwo o szkolenia na nowych stanowiskach. Nie zawsze chętnie mu pomagano i musiał czasem wiercić dziurę w brzuchu menedżerom. Gdy sam awansował zrozumiał, że takie sytuację mogą burzyć plan dnia i wprowadzać chaos, a menedżer musi wiedzieć, co się dzieje w lokalu, bo klienci nie mogą czekać za długo na zamówienia. Sytuacji z klientami nie oceniał jako trudnych i jak mówi, prawdziwe problemy zdarzały się rzadko. - Raz musiałem dzwonić na pogotowie, bo pracownik zemdlał przy grillu w lato i uderzył się głową w podłogę. Nagły brak prądu w lokalu, zastopowanie produkcji, wyrzucanie na straty dużej ilości produktów - to są prawdziwe problemy - mówi Roman.  

Wszystko wydawało się w porządku, ale tylko do czasu, gdy restaurację przejął nowy franczyzobiorca. Mimo że Roman był do niego nastawiony pozytywnie - w przeciwieństwie do innych, jak mówi - szybko się rozczarował.  

Nie dogadywałem się z nową kierowniczką, uważałem że źle traktuje pracowników. Wymagała żebym bezpośrednio kablował jej każdą pomyłką, do której doszło. Straszyła zwolnieniami i chwaliła się jak to ona z domu ogląda kamery i zerka czy wszyscy pracują. Dla mnie było to chore

- mówi Roman.  

W końcu przyszedł moment w którym musiał złożyć wypowiedzenie. Postanowił zrobić to to tydzień po dostaniu umowy na czas nieokreślony. Gdy ją podpisywał czuł się, jakby nowi właściciele "robili mu łaskę" tą umową. Mówili mu, że powinien być wdzięczny, bo w wieku 20 lat dostał umowę na czas nieokreślony na stanowisku kierowniczym. - Ja jednak zawsze miałem inne podejście i uważałem że umowy polegają na współpracy i w momencie zwolnienia się nie tracę żadnej szansy, to oni tracą zaj*****ego pracownika - podsumowuje Roman.  

Nie musisz odchodzić, może założyć związek 

Internetowi docenci lubią radzić, że jeśli praca ci nie pasuje, to możesz ją zmienić. Czasami to prawda i warto poszukać sobie nowego miejsca, ale w niektórych przypadkach lepiej jest zawalczyć o dobre warunki. Na to zdecydował się Grzegorz Szczerski, gdy w czerwcu zakładał pierwszy związek zawodowy pracowników w polskim McDonaldzie.  

- W McDonaldzie na początku pracowało mi się bardzo dobrze, w naszej restauracji była bardzo dobra atmosfera, którą chwaliły nawet osoby przychodzące na support (wsparcie z innej restauracji, gdy brakuje ludzi lub jest duży ruch). Zarobki były małe, ale atmosfera w pracy zupełnie to wynagradzała. Jednak w innych restauracjach, gdzie atmosfera nie była tak dobra, pracowało się nie najlepiej, menedżerowie często nie mieli ludzkiego podejścia, a instruktorzy i liderzy gościnności nie za bardzo byli nastawieni na pomoc. Pracownicy chodzili więc przygaszeni i przygnębieni - mówi związkowiec.

U nas atmosfera też się zmieniła wraz z zmianą kierownika. Kilka miesięcy po tym uznaliśmy, że trzeba założyć związek by ratować nasze miejsce pracy oraz zawalczyć o lepsze zarobki

- mówi Szczerski.  

Więcej o: