"Gazeta Wałecka" opisała historię Marysi, której dziadek ma sad z wiśniami. Tegoroczne zbiory przerosły jego oczekiwania. Z pomocą przyszła jego wnuczka, która pomogła mu oberwać owoce, a później sprzedawała na parkingu przed sklepem spożywczym, który również należy do jej dziadka. Na jego zapleczu jest toaleta, więc uznano, że w ten sposób sprzedaż będzie prowadzona higienicznie. Wcześniej też zadbano o sterylne zapakowanie owoców. W ciągu dwóch dni dziewczynce udało się sprzedać kilkanaście kilogramów owoców i zarobić pieniądze na wycieczkę, co było jej celem. Trzeciego dnia wszystko jednak wywróciło się do góry nogami.
Zamiast klientów stanowisko odwiedziły dwie urzędniczki Inspekcji Sanitarnej z Wałcza w towarzystwie kierowcy i policyjnego patrolu. Z informacji, które podają lokalne media, zostali wezwani na czyjeś zgłoszenie. Wystraszona dziewczynka od razu zadzwoniła do rodziców. Jej mama relacjonuje, że cała kontrola trwała dwie godziny, a urzędniczki "bardzo chciały ukarać jej dziecko, dzwoniły do bardziej doświadczonych kolegów i szukały paragrafów". Znalazły. Jej ojcu, który reprezentował Marysię, zarzucono, że zatrudniona przez niego córka nie posiadała orzeczenia lekarskiego do celów sanitarno-epidemiologicznych oraz brak procedur opartych na systemie HACCP w zakładzie. W związku, z czym nałożono mandat w wysokości 100 złotych, mimo że rodzice Marysi prosili, by skończyło się na upomnieniu.
Mandatu jednak nie przyjęto i złożono odwołanie do Inspekcji Sanitarnej w Wałczu. Tłumaczono w nim, że przecież dziewczynka nie była zatrudniona, więc nie musiała posiadać badań lekarskich. Nie podpisywała żadnej umowy, a zarobione pieniądze były na jej użytek. Miała też pisemną zgodę rodziców na sprzedaż. Podkreślono też, że procedury HACCP dotyczą przedsiębiorców, a nie okazjonalnej sprzedaży owoców czy warzyw. Odwołanie jednak odrzucono, a sprawę skierowano do sądu. Rodzice będą walczyć o sprawiedliwość dla córki.
- Nasza córka jest nieśmiała. Cieszyliśmy się, że się przełamała i zechciała zająć się sprzedażą tych wiśni, co ją początkowo stresowało. Przygoda z pierwszą pracą tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że lepiej się nie wychylać, nie starać, że łatwiej jest brać pieniądze od rodziców - opowiada jej mama w rozmowie z "Gazetą Wałecką". - Tyle się mówi o tym, jaka młodzież jest roszczeniowa, że żąda wszystkiego od rodziców, że do niczego się nie garnie, że spędza czas z telefonem, a kiedy już podejmie pracę, zderza się brutalnie z machiną urzędniczą - dodaje.
Historia Marysi szybko poniosła się po lokalnych mediach. Niektórzy chcieli nawet urządzać zbiórkę dla dziewczynki, ale to nie o pieniądze chodzi. "Rodziców Marysi stać na to, żeby dać dziecku kieszonkowe. Sprzedaż owoców miała na celu przekazanie nastolatce pewnych wartości: szacunku dla pieniędzy, zaradności, otwarcia się na kontakt z ludźmi. Nieprzyjęcie mandatu nie było związane ze złą sytuacją materialną, rodzice Marysi chcieli w ten sposób wyartykułować brak zgody na takie działanie służb" - wyjaśnia "Gazeta Wałecka".