W miniony weekend w Argentynie odbyły się wybory prezydenckie (obok parlamentarnych). Po przeliczeniu niemal wszystkich głosów wiadomo, że odbędzie się druga tura. Wbrew sondażom, pierwszej rundy nie wygrał Javier Milei, określany jako argentyńska mieszanka Donalda Trumpa, Jaira Bolsonaro oraz Borisa Johnsona. Zgarnął 30 proc. głosów, podczas gdy na jego głównego przeciwnika, Sergio Massę zagłosowało 36,6 proc. wyborców. Trzecia była konserwatywna eksministerka bezpieczeństwa Patricia Bullrich, z wynikiem 23,8 proc. - podaje "The Guardian". Wyścig prezydencki rozstrzygnie się w drugiej turze, 19 listopada.
Jak pisze BBC, argentyńskie sondaże ciągle okazują się niedokładne. Najpierw w sierpniu nie przewidziały poparcia dla Javiera Milei'ego oraz jego wygranej w prawyborach. A przed weekendowym głosowaniem prognozowały, że to on uzyska największy wynik w pierwszej turze - zwraca uwagę dziennikarz Tomasz Surdel.
Javier Milei sprzeciwia się pensji minimalnej i popiera politykę zaciskania pasa jeszcze bardziej rygorystyczną niż wymagania Międzynarodowego Funduszu Walutowego. A to właśnie między innymi surowe warunki pożyczek od tej instytucji utrzymują Argentynę od dekad w permanentnym kryzysie. Za Argentyńczykami już kilka bankructw, a dziś inflacja sięga niemal 140 proc.
Milei ponadto chce zdolaryzować całą gospodarkę i "wysadzić" bank centralny. Postuluje też usunięcie ministra edukacji, zdrowia oraz prac publicznych, które zastąpiłby prywatnymi inwestycjami. Przypomina więc częściowo w swoich poglądach Sławomira Mentzena. Milei sam siebie opisuje jako anarchokapitalistę oraz mówi, że jest "przede wszystkim za wolnością", choć France24 nie podaje, co polityk ma na myśli (wolność może być od czegoś i do czegoś, np. wolność od mowy nienawiści i hejtu lub wolność do małżeństw niezależnie od płci). Kandydat na prezydenta jest w wielu sprawach konserwatystą: chce zakazać aborcji i usunąć ze szkół edukację seksualną. Sam jest bezdzietny, nie ożenił się i mieszka z pięcioma psami rasy mastiff. Cztery z nich nazwał po słynnych ekonomistach: Milton (jak Milton Friedman), Murray (jak Murray Rothbard), Robert oraz Lucas (jak Robert Lucas).
W drugiej turze zmierzą się zatem Javier Milei oraz Sergio Massa. Ten drugi to dobrze znany Argentyńczykom peronista, człowiek z obozu, który od dekad dominuje w tym kraju. Peroniści to kontynuatorzy polityki socjalnej Juana i Evy Peron. Argentyna jest krajem z rozbudowanymi programami pomocy społecznej oraz publicznymi subsydiami i jednocześnie ze sporym udziałem państwowego interwencjonizmu. Coraz więcej Argentyńczyków jest jednak sfrustrowanych taką polityką społeczną, bo nie przynosi ona poprawy i nie pozwala wyjść z permanentnego kryzysu. Stąd też rosnąca popularność Javiera Milei'ego.
Wątpliwe, by Sergio Massa pokierował Argentynę w nowym kierunku, ponieważ jest to aktualny minister gospodarki. Gospodarki, która ciągle jest w kryzysie. Jak pisze BBC, Massa w swojej kampanii skupił się na obronie ruchu peronistów oraz znaczenia związków zawodowych. Przekonywał, że dług w MFW to zasługa jego centro-prawicowych poprzedników.
Massa to kandydat centrolewicowej koalicji rządzącej obecnie w Argentynie. Czyli Argentyńczycy są wkurzeni na obecny rząd za potężny gospodarczy kryzys i… głosują na kandydata mającego być kontynuacją obecnej polityki. (...) To człowiek obecny w argentyńskiej polityce od 30 lat, zamieszany w wiele afer korupcyjnych
- pisze dziennikarz Tomasz Surdel.
Niezależne, kto wygra wybory, czeka go wyjątkowo trudna misja. Sytuacja jest tragiczna, bo wysoka inflacja sprawiła, że dziś aż 40 proc. Argentyńczyków żyje w ubóstwie. "To wygląda jak misja nie do wykonania. Bardzo mało prawdopodobne, że Sergio Massa lub ktokolwiek inny zdoła naprawić gospodarkę Argentyny w krótkim czasie" - mówił w sierpniu na łamach "Financial Timesa" Alberto Ramos, szef ekonomistów na Ameryką Łacińską w Goldman Sachs. W drugiej turze kluczowy może okazać się przepływ głosów od Patricii Bullrich, która jest konserwatystką, bliżej jej więc do Javiera Millei'ego niż Sergio Massy. Ostatecznie bowiem prawie 54 proc. Argentyńczyków głosowało na kandydatów opozycji. Sergio Massę czeka więc trudne wyzwanie.
Co ciekawe, w Argentynie głosowanie w wyborach jest obowiązkowe, podobnie jak w Boliwii, Brazylii, Chile, Ekwadorze, Peru, Urugwaju, Paragwaju, Hondurasie, Meksyku i Kostaryce - pisze Tomasz Surdel. Argentyna jest jednak jednym z kilku krajów, w którym za niespełnienie tego obowiązku grozi kara. Mandat po wielu latach inflacji jest symboliczny, bo w przeliczeniu na złotówki to tylko 60 groszy, a w przypadku recydywy 6 zł. Jednakże osoby, które nie głosują, mogą zostać wpisane do rejestru przestępstw i wykroczeń. To uniemożliwia przez trzy lata pracę w administracji publicznej, a osobom, które już są tam zatrudnione, grozi w takim przypadku zwolnienie.
Jeszcze ciekawsza jest kara dla tych, którzy nie poszli na wybory i nie zapłacili mandatu. Nie obsłużą ich wcale urzędy państwowe i regionalne. Chcesz odnowić paszport lub prawo jazdy - niemożliwe. Chcesz zawrzeć małżeństwo - nie da rady. Uzyskać jakieś zaświadczenie - też nie
- pisze Surdel. Z głosowania zwolnione są osoby chore, te które przebywają ponad 500 km od miejsca zamieszkania, obywatele powyżej 70. roku życia oraz niepełnoletni (głosować można od 16. roku życia, ale do urny trzeba iść obowiązkowo dopiero po uzyskanie pełnoletności - w wieku 18 lat). Kary unikną też osoby, którym oddanie głosu uniemożliwia praca w sektorze publicznym.