Inflacja w październiku w Polsce wyniosła 6,5 proc. rok do roku - podał we wtorek GUS w tzw. szybkim szacunku. Był to odczyt mniej więcej spodziewany przez ekonomistów (konsensus prognoz w ankiecie "Parkietu" wynosił 6,6 proc.).
Z jednej strony, te 6,5 proc. to najniższy wynik od września 2021 r. To także o 1,7 punktu procentowego mniej niż we wrześniu (wtedy 8,2 proc.) i o blisko 12 punktów procentowych mniej niż na lutowym szczycie (18,4 proc.). Z drugiej oczywiście wciąż znacznie ponad akceptowalne ramy celu inflacyjnego NBP (1,5-3,5 proc.) - choć prezes Glapiński od miesięcy uspokaja, że jego misją jest ograniczanie inflacji nie za wszelką cenę, ale przy jednoczesnej dbałości o wzrost gospodarczy i niski poziom bezrobocia.
Niestety, prognozy ekonomistów wskazują, że październikowym odczytem okres szybkiej i łatwej dezinflacji prawdopodobnie się kończy. Możliwe jest zejście inflacji w okolice 4 proc. wczesną wiosną 2024 r. (pod warunkiem podtrzymania tarcz antyinflacyjnych), ale - jak prognozuje w rozmowie z Gazeta.pl Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku - "gdzieś od połowy 2024 roku będzie wyraźnie widać, że inflacja nie została opanowana". Według niego inflacja za rok może wciąż sięgać 6-8 proc. - Okres łatwej dezinflacji powoli kończy się, a jej tempo wyraźnie osłabnie w 2024 roku - mówi też Ernest Pytlarczyk, szef ekonomistów Pekao (choć jego prognoza na 2024 r. nie jest tak słaba jak mBanku - oczekuje na koniec 2024 r. inflacji w okolicach 4,5 proc.).
Październik był najprawdopodobniej ostatnim miesiącem w najbliższym czasie, w którym inflacja rok do roku spadała. Dużą niewiadomą pozostaje także przełom roku, bowiem nie jest jasne jak nowy rząd podejdzie do kwestii VAT na żywność i cen energii dla gospodarstw domowych. Kwestia stopniowego "odmrażania" tych cen jest jednak nieunikniona i jeżeli nie nastąpi to na początku roku, będzie musiało nastąpić w kolejnych kwartałach
- komentuje Mikołaj Raczyński, dyrektor zarządzający platformy Portu. Zwraca uwagę, że ostatnie miesiące były okresem, w którym na inflację istotny wpływ miały decyzje polityczne.
"Nadchodzące miesiące przyniosą niewielki wzrost inflacji" - prognozuje z kolei Jakub Rybacki, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Ceny paliw ponownie zaczną rosnąć zgodnie z tendencjami na rynku globalnym. Początek sezonu grzewczego przynosi również wzrost kosztów ogrzewania. Przy bieżącym stanie prawnym, w styczniu stawki VAT na żywność wrócą na standardowe poziomy. Podniesie to inflację o 0,8 punktu procentowego na początku roku. Spodziewamy się, także wzrostu kosztów elektryczności i gazu o przynajmniej 20 proc. wraz z końcem zamrożenia cen energii – to doda kolejne 1,5 punktu procentowego
- pisze Rybacki. Dodaje, że przez kolejne kwartały 2024 r. inflacja będzie obniżać się stopniowo.
Tempo wzrostu cen usług pozostanie wysokie z uwagi na rosnące koszty pracy. Także grupa towarów, w przypadku których inflacja ustabilizowała się jest niewielka. Odsetek wydatków, gdzie ceny wzrosły w przeciągu roku o 2 proc. i mniej, wynosi obecnie 15 proc. W standardowych warunkach te wielkości sięgają 40-50 proc.
- komentuje Rybacki.
Mimo dużego spadku inflacji w październiku, niekoniecznie pozytywy widzą ekonomiści mBanku.
Pewnym zaskoczeniem (dla rynku) - tym razem w górę - jest inflacja bazowa w okolicy 7,9-8 proc. rok do roku. Tak jak się spodziewaliśmy, rozpęd cenowy wrócił do poziomów sprzed inżynierii inflacyjnej. Mimo presji deflacyjnej w towarowym PPI [inflacja producencka - red.] trzymamy się mocno na poziomie +0,5 proc. miesiąc do miesiąca (to okolice ~6 proc. rok do roku po annualizowaniu). Wygląda bardzo lepko. A przed nami ożywienie
- ostrzegają. O "niezbyt korzystnej" strukturze inflacji i powrocie inflacji bazowej do wysokiej dynamiki miesiąc do miesiąca wspominają też ekonomiści ING Banku Śląskiego. Przypomnijmy, że inflacja bazowa to inflacja z pominięciem cen energii i żywności. Przyjmuje się, że ona trochę lepiej pokazuje taki fundamentalny rozpęd cen w gospodarce (cenami energii - także paliw - można trochę łatwiej manipulować, są też dużo bardziej zależne - podobnie jak ceny żywności - od czynników zewnętrznych, jakich jak pogoda czy geopolityka).
Z danych GUS wynika, że w październiku ceny w Polsce urosły względem września o 0,2 proc. Oczywiście, część towarów i usług konsumpcyjnych podrożała mocniej, część wręcz potaniała, ale generalnie koszyk inflacyjny GUS podrożał o 0,2 proc. przez miesiąc. To niewiele, gdyby w takim tempie ceny rosły przez cały rok, bylibyśmy idealnie w celu inflacyjnym NBP (2,5 proc. rok do roku).
Z drugiej strony, wzrost cen miesiąc do miesiąca GUS odnotował pierwszy raz od kwietnia. Potem przez pięć kolejnych miesięcy - od maja do września włącznie - urząd meldował, że jego koszyk inflacyjny nie drożał (a wręcz potaniał łącznie o 0,6 proc.). Po części był to efekt sezonowości na rynku warzyw i owoców (w wakacje tanieją, co mocno ogranicza inflację), częściowo przedwyborczymi decyzjami politycznymi - jak m.in. poszerzeniem grona beneficjentów programu darmowych leków i obniżkami cen paliw. Choć oczywiście dynamika cen generalnie też spowolniła (uspokoiły się ceny energii, żywności i wielu innych towarów).
Wzrost cen o 0,2 proc. miesiąc do miesiąca w październiku zakończył więc passę, którą bardzo lubił chwalić się prezes NBP Adam Glapiński, odliczający od ilu miesięcy ceny w Polsce nie urosły. NBP wciąż będzie się mógł chwalić na fasadzie swojej siedziby oraz w mediach, że ceny w Polsce w ostatnich kilku miesiącach "prawie nie rosną", no ale już jednak wykres nie będzie tak spektakularny.
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: