Ukraińscy przewoźnicy praktycznie przejęli polski rynek transportowy, po tym jak dopuszczono ich do wykonywania przewozów dwustronnych i tranzytowych umową transportową z UE bez zezwoleń na przewóz rzeczy. To pozwoliło im obniżyć koszty przewozów. Polskie firmy są natomiast kilkukrotnie droższe i nie mogą zejść ze stawek, bo transport przestałby im się opłacać, biorąc pod uwagę, że muszą uzyskać wszystkie zgody wymagane przez UE.
Przewoźnicy z tego powodu od dwóch tygodni blokują przejścia graniczne z Ukrainą. Chcą, by Ukraińcy, tak jako oni, znów musieli uzyskać zezwolenia na transport. Protesty zmusiły rząd do rozmów. Przed weekendem doszło do spotkania kierowców ciężarówek z przedstawicielami polskiego i ukraińskiego resortu infrastruktury. Ale nie udało się wypracować porozumienia. - Mają wszystkie przywileje unijne, a zarazem żadnych obowiązków - stwierdza jeden z polskich przedsiębiorców, którzy domagają się przywrócenia zezwoleń na przewozy komercyjne dla przedsiębiorstw z Ukrainy - mówił jeden z protestujących.
Rząd obwinia za protesty na granicy Unię Europejską oraz Ukrainę. - Decyzja Komisji Europejskiej, aby to Unia Europejska podpisała umowę z Ukrainą zapadła niezależnie od naszych opinii, bo takich nie zasięgano. UE podpisała umowę z Ukrainą, (...) skutkiem, której obowiązek posiadania zezwoleń przez transportowców z Ukrainy, którzy wjeżdżają do Polski, został zawieszony. Do momentu podpisania tej umowy obowiązywały zezwolenia, które symetrycznie pozwalały realizować kontrakty przewozowe przez polskich przedsiębiorców na Ukrainie i ukraińskich w Polsce - mówił w Sejmie minister infrastruktury, Andrzej Adamczyk. I owszem, ułatwienia dla ukraińskiego tranzytu weszły w życie na mocy porozumienia Unii Europejskiej z Ukrainą. Tyle że Polski rząd również poparł umowę. A gdy w tym roku przedłużano ją do 2024 r., na posiedzeniu Rady UE zrobiono to bez żadnej dyskusji. W tworzeniu umowy brali m.in. udział przedstawiciele Polski, potem musieli zaakceptować ją ambasadorzy wszystkich krajów (więc także i Polski), a następnie ministrowie UE.
"Na każdym z tych etapów przedstawiciele władz w Warszawie mogli próbować coś ugrać w Brukseli dla polskich przewoźników" - zwraca uwagę Katarzyna Szymańska-Borginion. Korespondentka RMF FM w Brukseli widziała dokumenty, z których wynika wszystko powyższe. "Jej rozmówcy mówią także, że jeżeli pojawiła się nieuczciwa konkurencja ze strony ukraińskich przewoźników, to polskie służby powinny temu skutecznie przeciwdziałać. I wyłapywać tych, którzy dokonują np. przewozów kabotażowych bez zezwolenia. Zgodnie z umową o transporcie drogowym z Ukrainą kabotaż (a więc przewozy na trenie jednego kraju przez przewoźnika z innego kraju) nadal wymaga zezwoleń" - czytamy na stronach internetowych radia RMF FM.
Zdaniem RMF FM, niektórzy przedstawiciele Komisji Europejskiej uważają, że polskie władze nie robią wszystkiego, by rozwiązać problem i zakończyć protest polskich przewoźników. A powinny znaleźć rozwiązanie, bo zdaniem KE są zobowiązane do zapewnienia przepływu towarów z Ukrainy tzw. korytarzami solidarności. "Polskie władze, na mocy prawa UE, mają obowiązek zapewnić swobodny ruch ukraińskich ciężarówek na przejściach granicznych" - przekazał w ubiegłym tygodniu RMF24 rzecznik Komisji Europejskiej.
Niewiele też da się zrobić z obecną sytuacją, bo przywracając zezwolenia złamalibyśmy unijne prawo. To groziłoby natomiast procedurą przeciwnaruszeniową, która mogłaby skończyć się pozwem do TSUE. Komisja popiera natomiast postulat polskich przewoźników, aby na przejściach granicznych stworzyć osobne pasy dla powracających z Ukrainy pustych ciężarówek.