Potencjalnym emigrantom do Wielkiej Brytanii za chwilę będzie znacznie trudniej tam trafić dzięki wizie pracowniczej. Brytyjski rząd chce ściąć migrację - tę legalną. "Ludzie martwią się brakiem mieszkań, miejsc w szkołach i u lekarza" - mówił James Cleverly, szef brytyjskiego MSW, przedstawiając swój pomysł. Przekonywał, że tak kompleksowego pakietu migracyjnego w Wielkiej Brytanii jeszcze nie było.
Metodą ograniczenia migracji mają być podniesione wymagania dotyczące ubiegających się o wizę pracowniczą. Zgodnie z nowymi zasadami, które mają wejść w życie wiosną przyszłego roku, większość pracowników wykwalifikowanych będzie musiała zarabiać prawie połowę więcej niż obecnie, by dostać się do programu wizowego (wyjątkiem jest m.in. ochrona zdrowia, w której Wielka Brytania - i nie tylko zresztą - ma spory problem ze znalezieniem chętnych do pracy). Minimalna pensja, która będzie wymagana do dostania wizy pracowniczej wzrośnie z 26 200 funtów do 38 700 funtów rocznie - w przeliczeniu na naszą walutę to prawie 200 tysięcy złotych.
To nie wszystko. Wzrósł także wymagany dochód w przypadku wiz rodzinnych - także do kwoty 38 700. To oznacza, że już pracującym w Wielkiej Brytanii migrantom trudniej będzie sprowadzać do tego kraju członków swoich rodzin.
Jak stwierdził James Cleverly, po wprowadzeniu zmian, na Wyspy nie będzie mogło przyjechać 300 tysięcy osób, które były w stanie migrować tam legalnie w tym roku. Brytyjski rząd ogłosił plan niedługo po najnowszych danych, które wskazały, że w ubiegłym roku migracja netto (różnica między imigrantami a emigrantami, czyli tymi, którzy do kraju przyjechali, a tymi, którzy wyjechali) sięgnęła rekordowych 745 000 osób. Konserwatyści, którzy są u władzy w Wielkiej Brytanii od 2010 roku, od lat obiecują ścięcie migracji. Takie deklaracje składali kolejni premierzy: David Cameron (jego obietnica mówiła o obniżeniu migracji netto do poniżej 100 tysięcy - dziś poziom niewyobrażalny), Theresa May i Boris Johnson. Liz Truss nie zdążyła, za krótko była na stanowisku szefowej rządu. Teraz czas na gabinet Rishiego Sunaka.
Tutaj warto zauważyć, że kwestia migracji była jednym z głównych zagadnień podnoszony podczas kampanii za brexitem z 2016 roku. Tymczasem po tym, jak Wielka Brytania wyszła z Unii Europejskiej, migracja wystrzeliła do rekordowego poziomu.
Plan przedstawiony przez Jamesa Cleverly'ego nie wszystkim się podoba - i nie chodzi tutaj o potencjalnych migrantów. Krytykują zarówno związkowcy, jak i przedstawiciele różnych branż gospodarki, nie tylko państwowej opieki zdrowotnej, ale i sektorów prywatnych. Rząd gra w ruletkę - tak alarmuje związek zawodowy UNISON, wybijając braki pracowników w sektorze opieki na osobami starszymi. Według szefowej Age UK, organizacji zajmującej się seniorami, w ubiegłym roku to pracownicy spoza Wielkiej Brytanii "uratowali ten sektor".
Cytowana przez Reutersa Kate Nicholls z organizacji UKHospitality stwierdziła, że zmiany "tylko pogłębią niedobory, z jakimi borykają się firmy z branży hotelarsko-gastronomicznej". Jak dodała, "pilnie potrzebujemy systemu imigracyjnego, który będzie adekwatny do założonych celów i będzie odzwierciedlał zarówno potrzeby biznesu, jak i rynku pracy. Obecny system nie spełnia żadnego z tych celów".
Krytyczne oczywiście są także opozycyjne siły polityczne. "Konserwatyści to chaos. Bez planu dla gospodarki, bez planu na imigrację" - mówiła w Parlamencie Yvette Cooper z Partii Pracy. Z kolei Szkocka Partia Narodowa przekonuje: Szkocja potrzebuje imigrantów, a w wyniku zmian ucierpi jej służba zdrowia.