Konsekwencje ["działań nielegalnych, a wręcz siłowych wobec NBP" - red.] mogą być dalekosiężne. Może to wpłynąć na premię za ryzyko, czyli obsługa polskiego długu będzie droższa. Budżet będzie miał mniej środków na inne cele
- powiedziała w rozmowie z TV Republika prof. Marta Kightley, pierwsza wiceprezes Narodowego Banku Polskiego. Dodała, że "dostaje sygnały ze strony inwestorów zagranicznych, że Polska będzie postrzegana jako kraj niestabilny" (jeśli będzie można "wyprowadzić prezesa NBP ot tak" - jak sugerowała w pytaniu dziennikarka Republiki Katarzyna Gójska).
W tym miejscu ważne zastrzeżenie. Ewentualna próba zawieszenia lub usunięcia z urzędu prezesa NBP Adama Glapińskiego może mieć (choć nie musi) opisane przez Kightley konsekwencje. De facto wiele zależy od stopnia determinacji ekipy rządzącej w "walce" z Glapińskim. Niemniej przynajmniej w ostatnich miesiącach nie mówi się o siłowych działaniach wobec Narodowego Banku Polskiego - a takie sugerowała dziennikarka TV Republika. Przynajmniej na poziomie deklaracji premier Tusk zapowiada, że w sprawie Glapińskiego decyzje będą podejmowane "gdy będziemy mieć stuprocentową pewność, że to nie naruszy polskich interesów". Dodatkowo prawo mamy w Polsce takie, że nie da się "wyprowadzić prezesa NBP ot tak".
Próba postawienia Glapińskiego przed Trybunałem Stanu jest kontrowersyjna, podobnie jak część argumentów za tym, które pojawiają się w przestrzeni publicznej. Nie jest natomiast nielegalna: procedura ta jest opisana w polskim prawie. Owszem, pojawiały się w poprzednich latach ze strony części polityków (głupie) wypowiedzi o "wyprowadzeniu" Glapińskiego z NBP, ale ostatnio nic nie wskazuje na próby aż takiej siłowej konfrontacji.
Ewentualnie prawne kontrowersje mogą się natomiast pojawić się w momencie, gdy Sejm będzie przyjmować uchwałę o postawieniu prezesa banku centralnego przed Trybunałem Stanu. Zgodnie ze styczniowym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, przepisy umożliwiające przyjęcie tej uchwały bezwzględną większością głosów (czyli np. 231 głosów przy 460 głosujących posłach) są niezgodne z Konstytucją RP. TK sugerował większość 3/5 głosów, a to oznaczałoby, że przeciw Glapińskiemu musiałaby zagłosować przynajmniej część posłów PiS.
Konsekwencją przyjęcia uchwały byłoby automatyczne zawieszenie w czynnościach prezesa NBP (jego obowiązki przejęłaby właśnie pierwsza wiceprezes Marta Kightley). Tyle że to zawieszenie nie utrzymałoby się niemal na pewno w TSUE. Przepisy unijne jasno wskazują, że możliwość odsunięcia szefa banku centralnego na podstawie samego głosowania polityków (a nie prawomocnego wyroku) godzi w jego niezależność.
Pierwsza wiceprezes NBP odniosła się do jednego z potencjalnych zarzutów wobec Glapińskiego, które pojawiają się w przestrzeni publicznej. Chodzi o skup przez NBP z rynku wtórnego obligacji w czasie pandemii COVID-19. Zdaniem części polityków, w ten sposób finansował bezpośrednio budżet państwa, co jest zakazane przez Konstytucję. Abstrahując od tego, że potrzeba dużo gimnastyki, żeby uznać to działanie za niezgodne z Konstytucją, to Kightley zwróciła uwagę na inny aspekt.
W trakcie pandemii gospodarka była w bardzo głębokiej recesji. Należało gospodarkę ratować. NBP zdecydował wtedy o skupie aktywów, dzięki czemu wyszliśmy z kryzysu niemal suchą stopą. Proszę sobie teraz wyobrazić, że prezesowi NBP stawia się za to zarzuty. W przyszłości inni będą się bali podejmować decyzje ratujące gospodarkę
- przestrzegała.
Jednocześnie wspomniany zarzut nie jest jedynym, który wymienia się w kontekście Glapińskiego. Wielu komentatorów zauważa, że wypowiedzi prezesa NBP m.in. o tym, że Donald Tusk jest wysłannikiem Brukseli, którego celem jest "zrealizowanie niemieckiego planu", nie dają się pogodzić z godnością urzędu prezesa NBP. A to już oznacza sprzeniewierzenie się przepisom Konstytucji.
Z "odbiciem" NBP przez koalicję rządząca sytuacja jest prawnie skomplikowana. Może się okazać, że - przynajmniej dopóki prezydentem jest Andrzej Duda - rząd będzie skupiał się na "gonieniu króliczka" niż jego złapaniu. Tak jak wspomniano, w świetle styczniowego wyroku Trybunału Konstytucyjnego samo postawienie Glapińskiego przed Trybunałem Stanu i zawieszenie go w czynnościach byłoby uznane za bezprawne. Mielibyśmy więc chaos, w którym NBP i PiS przekonywaliby, że obowiązki prezesa dalej pełni Glapiński, a koalicja rządząca - że "Glapa" został zawieszony. Dodatkowo to zawieszenie niemal na pewno zostałoby podważone przez Trybunał Sprawiedliwości UE jako godzące w niezależność banku centralnego. A nawet gdyby Glapiński uznał swoje zawieszenie, to i tak bankiem centralnym rządziłaby w tym czasie jego najbliższa współpracowniczka, pierwsza wiceprezes Marta Kightley,
Z ewentualnym odwołaniem Glapińskiego po niekorzystnym dla niego wyroku Trybunału Stanu też mogłoby być różnie. Zgodnie z ustawą o NBP, odwołanie nie jest bowiem w takiej sytuacji automatyczne, ale zależy od woli prezydenta. Dodatkowo, to również prezydent wskazuje kandydata na prezesa NBP. Owszem, tę osobę musi poprzeć potem Sejm, ale powołanie szefa banku centralnego wymaga współpracy Sejmu i prezydenta. Dlatego przynajmniej dopóki w Pałacu Prezydenckim rządzi sojusznik Glapińskiego, zmiana warty w NBP bez gigantycznej chryi wydaje się niemożliwa.
Zgodnie z deklaracją przewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych Janusza Cichonia, wstępny wniosek o pociągnięcie prezesa NBP Adama Glapińskiego do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu Koalicja Obywatelska planuje złożyć do końca marca. Cichoń nie zdradził, jakie konkretnie zarzuty zostaną zawarte w dokumencie.
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: