Co się dzieje z polską gospodarką. Pokazali dokument. "No i wszystko jest jasne"

W 2025 r. inflacja w Polsce będzie najwyższa w całej UE - prognozuje Komisja Europejska w swoich wiosennych prognozach. Jednocześnie i tak zrewidowała je w dół. Za to na tle innych krajów UE mocno rosnąć ma nasza gospodarka.
Zaprzysiezenie rzadu Donalda Tuska
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

4,3 proc. - tyle ma wynieść średnioroczna inflacja HICP w Polsce w 2024 r., według najnowszych, wiosennych prognoz Komisji Europejskiej. To oczywiście znacznie mniej niż w 2023 r. (10,9 proc.), ale mimo wszystko tylko w Rumunii przewidywana inflacja będzie wyższa (5,9 proc.). Co więcej, w 2025 r. mamy już nie mieć sobie w tej kwestii równych - średniorocznie nasza inflacja ma sięgnąć 4,2 proc.

Jednocześnie zauważyć należy, że i tak prognozy inflacyjne KE dla Polski zostały wyraźnie zrewidowane w dół. Zimowa projekcja Brukseli przewidywała, że w 2024 r. będziemy mieć średnią inflację 5,2 proc., a w 2025 r. 4,7 proc. Wtedy jednak KE zakładała, że w lipcu ceny energii zostaną urynkowione, tymczasem rząd planuje jednak ich dalsze mrożenie, tylko na wyższym niż dziś poziomie. Bruksela zwraca też uwagę na relatywnie wysoką inflację w usługach, napędzaną m.in. wzrostami wynagrodzeń.

W marcu inflacja HICP w Polsce wyniosła 2,7 proc. Kwietniowe dane poznamy w piątek 17 maja. Inflacja HICP ma nieco inną metodologię niż CPI, wyliczaną przez GUS (ta w marcu wyniosła 2 proc., w kwietniu 2,4 proc.). Jej zaletą jest to, że pozwala porównywać odczyty i prognozy pomiędzy krajami UE. 

Zobacz wideo Miłosz Motyka: W rządzie zrobimy wszystko, by energia atomowa popłynęła w sieci za 9 lat

Gospodarka Polski ma być europejskim przodownikiem

Na szczęście solidnie ma nam rosnąć gospodarka. Komisja Europejska prognozuje nam wzrost PKB o 2,8 proc. w 2024 r. i o 3,4 proc. w 2025 r. To ciut więcej niż zimą - wtedy projekcja mówiła kolejno o 2,7- i 3,2-procentowym wzroście gospodarczym. Należy też zauważyć, że w 2024 r. szybciej niż Polsce PKB ma rosnąć tylko Chorwacji, Rumunii i Malcie, a w 2025 r. Malcie, Węgrom i Irlandii. 

Komisja Europejska pisze mniej więcej to samo, co większość ekonomistów.

Oczekuje się, że głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego w 2024 r. będzie konsumpcja prywatna, czemu będą sprzyjać szybko rosnące płace, dodatkowe wsparcie społeczne ze strony rządu zwiększające dochody do dyspozycji, poprawa nastrojów konsumentów i wygasająca presja inflacyjna

- pisze w prognozie dla Polski. W 2025 r. do konsumpcji jako nowy motor wzrostu gospodarczego mają dołączyć inwestycje dzięki finansowaniu z UE (KPO + środki z nowego budżetu).

Dobre dla Polski są też prognozy bezrobocia - wciąż mamy być tu w ścisłym, unijnym czubie. W 2024 r. mamy mieć stopę bezrobocia 3 proc., w 2029 r. 2,9 proc. To poziomy, które mamy już obecnie. W tym roku nieco niższe bezrobocie KE przewiduje tylko Czechom (2,8 proc.), w 2025 r. już nikomu. 

Deficyty general government Polski będą w unijnej czołówce

W czwartym obszarze prognoz KE Polska też nie wtopiła się w tłum, nie jest "typowym średniakiem". Chodzi o przewidywany deficyt sektora general government (deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych). W 2024 r. ma on wynieść nad Wisłą 5,4 proc., mniej tylko niż w Słowacji i Rumunii. Na 2025 r. Bruksela prognozuje nam też wysoki deficyt: 4,6 proc., niższy tylko niż w Słowacji, Francji, Włoszech i Belgii.

Wysokie deficyty Polski to m.in. efekt wzmożonych wydatków na obronność i ochronę zdrowia, choć zdaniem Ministerstwa Finansów wynikają też z rozrzutności poprzedników. Komisja Europejska poza wydatkami na obronność pisze m.in. o dalszych (choć już mniejszych) kosztach wsparcia dla odbiorców energii oraz podniesieniu 500 plus do 800 zł i podwyżkach płac nauczycielskich i w budżetówce.

Prognozy z Brukseli dla Polski potwierdzają to, o czym i tak mówi się od miesięcy: zapewne nie ma dla Polski ratunku przed tzw. procedurą nadmiernego zadłużenia. W największym skrócie: będzie ona nieco wiązała ręce ministrowi finansów.

Procedura kojarzy nam się bardzo źle, bo poprzednio gdy Polska była nią objęta podniesiono m.in. wiek emerytalny oraz stawki VAT. Tym razem nie powinna aż tak boleć. Nie ma się co bać np. podwyżek podatków albo likwidacji programów społecznych, niemniej rząd nie będzie mógł sobie pozwolić na szastanie pieniędzmi. - Wprawdzie uniknie zaciskania pasa, ale będzie miał znacznie mniej przestrzeni na jakieś nowe programy - oceniał niedawno dr Jakub Sawulski, główny ekonomista Fundacji Instrat. Można się domyślać, że gdyby sytuacja finansów publicznych była lepsza, rząd nie spieszyłby się np. z podnoszeniem VAT-u na żywność już od kwietnia albo z częściowym odmrażaniem cen prądu od lipca. Z drugiej strony z tego powodu część reform, nad którymi pracuje rząd (np. wakacje ZUS albo obniżka składki zdrowotnej od przedsiębiorców), dziwi ekonomistów. Zdaniem wielu to wydatki nawet nie priorytetowe, co po prostu zbyteczne. 

Więcej o: