Polska Fundacja Narodowa (PFN) powstała na przełomie 2016 i 2017 roku za rządów Zjednoczonej Prawicy i zasłynęła z zakupu jachtu "I love Poland". Do funduszu założycielskiego fundacji, wynoszącego 97,5 mln zł, dołożyło się 17 spółek Skarbu Państwa. Ale po zmianie władzy w Polsce część spółek postanowiła wstrzymać wpłaty - informuje tvn24.pl.
W statucie fundatorzy zobowiązali się do corocznych wpłat na działalność PFN w łącznej kwocie prawie 49 mln zł. Pieniądze miały być wpłacane do końca stycznia każdego roku. Spółki Skarbu Państwa zobowiązały się przelewać pieniądze do 2026 r. Ale jak ustalił serwis tvn24.pl, po zmianie władzy część spółek w tym roku nie dokonała wpłaty.
"W tym roku spółka Polskie Koleje Państwowe nie przekazywały i nie planują przekazywać środków finansowych [chodzi o 2,5 mln zł - przyp. red.] na rzecz Polskiej Fundacji Narodowej" - powiadomił rzecznik prasowy PKP SA Michał Stilger. Przelewu dla PFN nie wykonały również: Polska Grupa Zbrojeniowa (kwota 3,5 mln zł), Giełda Papierów Wartościowych (1,5 mln zł), Grupa Azoty (3,5 mln zł) i Enea (3,5 mln zł).
Enea tłumaczyła w oficjalnym komunikacie pod koniec maja, że "po wnikliwych analizach oraz konsultacjach prawnych" zdecydowała o "wycofaniu się z finansowego wspierania działalności i realizacji celów Polskiej Fundacji Narodowej". Spółka stwierdziła, że "nie jest zobowiązana do dokonywania wpłat na działalność fundacji oraz kwestionuje m.in. sposób wydatkowania przez Fundację środków finansowych przekazywanych przez Fundatorów, w tym Eneę".
Pod koniec lutego 2024 r. były prezes Polskiej Fundacji Narodowej Marcin Zarzecki oraz dwóch wiceprezesów Michał Góras i Cezary Jurkiewicz złożyli rezygnację ze stanowisk. Tydzień wcześniej minister kultury i dziedzictwa narodowego Bartłomiej Sienkiewicz odwołał Radę PFN.
Według "Rzeczpospolitej" przed odejściem z PFN trzem członkom zarządu miały zostać zmienione obowiązujące wówczas warunki umowy o pracę. Informatorzy przekazali gazecie, że aneksy do umowy dawały im gwarancję gigantycznych odpraw. - Wcześniej mieli "słabe" zabezpieczenie, ponieważ nie dopuszczali przegranej w wyborach i nikt o to nie dbał - powiedział jeden z nich w rozmowie z "Rz".
Według nieoficjalnych doniesień członkowie zarządu przed zmianą zapisów w umowach mieli trzymiesięczny zakaz konkurencji i po 25 proc. wynagrodzenia przy pensji członka zarządu w wysokości ok. 34-36 tys. zł miesięcznie. "Oznacza to, że po rezygnacji wzięliby mniej więcej równowartość jednej pensji. Czy prawdą jest, że po zamianach miał zostać wydłużony im zakaz konkurencji do 12 miesięcy z pełną miesięczną pensją, co daje w przybliżeniu ok. 400 tys. zł?" - czytamy.