Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego, zauważył, że według szacunków w zeszłym roku wskaźnik urodzeń w Polsce wyniósł 1,11. To nie tylko najmniej w Europie, a także trzeci najniższy odczyt w gronie państw należących do OECD. Niższy mają jedynie Chile i Korea Południowa. Na wykresie opublikowanym przez Kubisiaka widać też, jak bardzo współczynnik dzietności zmniejszył się, także w naszym kraju, w porównaniu z 1990 rokiem. Wtedy jeszcze wyraźnie przebijał u nas 2, zapewniając tzw. zastępowalność pokoleń.
O co w ogóle chodzi? W największym uproszczeniu współczynnik urodzeń, inaczej TFR (z ang. total fertility rate) wskazuje, ile przeciętnie dzieci urodzi kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego (15-49 lat). Wskazanie minimalne dla zastępowalności pokoleń, czyli sytuacji, w której w społeczeństwie nie będzie ubywać ludności, to 2,1. Daleko, daleko od tego, co obecnie obserwujemy w Polsce. Ale nie tylko u nas. Według danych Eurostatu za 2022 rok żaden z krajów UE nie miał tego wskaźnika na tym poziomie. Ale teraz my bijemy negatywny rekord.
Andrzej Kubisiak w swoim wpisie powołał się na dane serwisu Birth Gauge, śledzącego globalne trendy demograficzne. Nieco ponad tydzień temu serwis ten pokazał dane dotyczące omawianego wskaźnika - brakuje odczytów dla kilku państw europejskich (Malta, Cypr, Luksemburg, Ukraina, Białoruś), ale większość jest już uwzględniona. Na ten moment wygląda to tak, że w żadnym z nich współczynnik dzietności nie był niższy. Także w Hiszpanii, gdzie wyniósł on, podobnie jak rok wcześniej 1,12. W Polsce według szacunków tego serwisu, spadł do wspomnianego 1,11 z 1,16 w 2023 roku. Zapewne "przebije" nas Malta, gdzie w 2023 roku dzietność wyniosła zaledwie 1,07 oraz Ukraina (1,0), ale nie zmienia to faktu, że jesteśmy w czasie demograficznego kryzysu.
Bardzo słabo współczynnik dzietności wygląda jeszcze np. we Włoszech, Litwie i Estonii. Trudno patrzeć tutaj kluczem np. wschód-zachód, bo znacznie wyższy niż my współczynnik dzietności notują m.in. Bułgaria (1,72), Słowenia (1,51), Słowacja (1,45) i Węgry (1,38). Dlaczego Polska wyróżnia się tak negatywnie?
- Dzietność w każdym kraju to zawsze wynik łącznego oddziaływania wielu czynników jednocześnie. W Polsce mamy po prostu zbieg okoliczności wysokiego odsetka osób pracujących na umowy na czas określony, niskiej dostępności mieszkań dla młodych i ich niskiej powierzchni, małej dostępności pracy na część etatu, znaczącej różnicy w wykształceniu między kobietami a mężczyznami utrudniającej w ogóle zbudowanie związku i jeszcze kilku innych rzeczy - wylicza Mateusz Łakomy, ekspert ds. demografii, autor książki "Demografia jest przyszłością. Czy Polska ma szansę odwrócić negatywne trendy?".
Jego zdaniem, przynajmniej część z tych przyczyn zależy od polityki państwa. W tym rynek mieszkaniowy, który wisi na politycznej tapecie od wielu miesięcy (jak nie lat). Kolejny rząd przedstawia kolejne pomysły mające zwiększyć dostępność mieszkań, także dla rodzin, i kolejny taki pomysł spotyka się z krytyką i zarzutami o potencjał napędzania wzrostów cen nieruchomości.
- Niedostępność własnego mieszkania to jedna z najważniejszych barier dla dzietności w Polsce. Dla dzietności ważne jest, by własne mieszkania mieli już bardzo młodzi dorośli, dwudziestoparolatkowie. Tymczasem widzimy, że w Polsce w ostatnich latach znacząco wzrósł odsetek gniazdowników, czyli młodych dorosłych mieszkających razem z rodzicami, który jest wyraźnie wyższy niż średnia UE. Dobrze zaprojektowane wsparcie zwiększające dostępność kredytów może istotnie pomóc części młodych dorosłych pozyskać własne "M", ale ważne, by było ono m.in. dobrze zsynchronizowane z podażą mieszkań. Z drugiej strony wiemy, że część młodych nie ma szans na osiągnięcie zdolności kredytowej nawet przy wsparciu, więc potrzeba istotnie zwiększyć dostępność mieszkań na niedrogi, bezpieczny najem. Ta część rynku w Polsce bardzo kuleje, bo najem w Polsce, jeśli jest dostępny, to na zasadach rynkowych, podatnych na znaczne wahania wysokości czynszów i niepewność co do stabilności zamieszkania. To nie są dobre warunki do myślenia o dzieciach - zauważa.
Są i tacy eksperci, którzy podkreślają, że dzietność spada i będzie spadać, bo nawet gdyby Polki zaczęły nagle rodzić więcej dzieci, to kobiet w wieku rozrodczym już mamy po prostu za mało. I teraz to, co możemy zrobić, to dostosować społeczeństwo, rynek pracy, ochronę zdrowia i gospodarkę w ogóle do nowej demograficznej rzeczywistości.
- Zainteresowanie dzietnością było w dużej mierze związane z tym, że polityka demograficzna państwa na tym się głównie koncentrowała, co wyraźnie pokazywał dokument "Strategia demograficzna 2040". Wyższy współczynnik dzietności był postrzegany jako taki święty graal. To było trochę takie myślenie: zmieńmy tylko to, a reszta konsekwencji starzenia się ludności sama znajdzie swoje rozwiązanie - mówił mi w grudniu prof. Paweł Strzelecki, wicedyrektor Instytutu Statystyki i Demografii SGH. - Wychodzę z założenia, że jeżeli z dzietnością niewiele się da zrobić i generalnie na świecie jest z tym duży problem, to trzeba się skupić na tym, do czego można i trzeba się przygotować. A można zmienić właśnie politykę społeczną czy gospodarkę w ten sposób, aby była lepiej przystosowana do starzejącego się społeczeństwa - uważa ekspert - dodawał.
Na koniec 2024 roku liczba ludności naszego kraju wynosiła 37,49 mln, o około 147 tys. mniej niż rok wcześniej - to oficjalne dane GUS. Urodziło się około 252 tys. dzieci (w terminologii stosowanej przez GUS to tzw. urodzenia żywe) - o 20 tys. mniej niż rok wcześniej i najmniej w całym okresie powojennym. Zmarło około 409 tys. osób. Współczynnik przyrostu naturalnego wynosi -4,2 na 1000 ludności. Współczynnik dzietności mamy zaś niewystarczający dla zapewnienia zastępowalności pokoleń od trzech dekad.
Czytaj też więcej o ostatnich danych demograficznych GUS: Równia pochyła. Jest nas już mniej niż 37,5 mln. Ponure dane GUS oraz tekst z komentarzami prof. Strzeleckiego: Kraj starych ludzi. "Wysokość emerytur będzie się dostosowywać w dół".