Najpierw "czarne zero" Merkel, potem drugi szok chiński. A teraz Niemcy idą głosować

Maria Mazurek
- Bardzo często używa się przykładu stanu motoryzacji jako konsekwencji ostatnich 10-15 lat rządów. Za Angeli Merkel wprowadzono politykę tzw. czarnego zera - zauważa Aleksandra Kozaczyńska z OSW. Teraz niemieckie problemy "zagłosują" w kluczowych wyborach.
Niemcy przed wyborami. Na zdjęciu lider CDU i kandydat na przyszłego kanclerza Friedrich Merz.
Fot. REUTERS/Carmen Jaspersen

Wybory w Niemczech odbędą się w najbliższą niedzielę, 23 lutego. To największa gospodarka Europy i jednocześnie pogrążona w stagnacji, stojąca przed poważnymi problemami. To, co dzieje się w Niemczech, także w niemieckiej polityce, nie pozostaje bez wpływu na resztę UE, jest także pilnie śledzone w Polsce. Według sondaży, największe poparcie ma CDU - chadecy, której liderem jest Friedrich Merz. Jest ono jednak niewystarczające (30 proc.) do samodzielnych rządów. CDU będzie zapewne musiała stworzyć szeroką, stworzoną z wielu partii koalicję rządową, co może być czasochłonnym wyzwaniem. Najpewniejszym scenariuszem jest współpraca z socjaldemokratyczną SPD (16 proc. według ostatniego sondażu). Dużo emocji budzi populistyczno-prawicowa AfD, która zbiera około 20 proc. poparcia. Na Zielonych chce głosować 13 proc. badanych, na Partię Lewicy 7 proc., a na liberałów z FDP 5 proc. 

Zobacz wideo Niemcy są już trzeci rok w kryzysie gospodarczym

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: To już ostatnia prosta przed wyborami w Niemczech - największej gospodarki Unii Europejskiej. Według badań, dla wyborców w tym kraju najważniejszą kwestią jest migracja. A co z gospodarką?

Aleksandra Kozaczyńska, analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich: W przypadku migracji największy wpływ na debatę i narrację mają zamachy przeprowadzane przez imigrantów w ostatnich tygodniach i miesiącach. Jednak tematy gospodarcze są nadal bardzo ważne - na liście zagadnień w debacie przedwyborczej znajdują się na drugim miejscu. A to dlatego, że Niemcy nadal nie wyszły ze stagnacji gospodarczej po pandemii, a większość społeczeństwa nie jest do końca zadowolona z pracy obecnych obecnego rządu - również jeśli chodzi o politykę gospodarczą. Ale i temat migracji narastał w ostatnich latach w Niemczech również z powodów ekonomicznych. Kwestia zasiłków i kosztów integracji migrantów - to pojawiało się w debacie publicznej.

Poza Niemcami bardzo dużo emocji budzi - i przyciąga uwagi - wysokie poparcie dla AfD, to około 20 proc. W jakim zakresie może ona mieć wpływ na przyszły rząd?

Biorąc pod uwagę ostatnie protesty po "wspólnym" głosowaniu chadeków i AfD, widać, opór społeczny wobec współpracy z tą partią, choć w tym przypadku akurat o współpracy trudno było mówić: chodziło o głosowanie w taki sam sposób za jedną z uchwał i projektem ustawy. Niemniej, kordon sanitarny wokół AfD się utrzymuje, żadna inna partia nie chce rozważać wchodzenia z nią w koalicję. Najsilniejsza w sondażach CDU będzie raczej szukać współpracy z SPD i Zielonymi. AfD oczywiście będzie mieć pewien wpływ w Bundestagu jako prawdopodobnie największa partia opozycyjna.

W Niemczech szykuje się zatem szeroka koalicja. Jaki jest pomysł liderów sondaży, potencjalnej przyszłej koalicji rządzącej, na wyjście gospodarki niemieckiej z marazmu?

Chadecy są uważani za partię, która jest najbardziej merytoryczna pod kątem gospodarczym. CDU zwraca uwagę m.in. na obniżenie podatków od osób fizycznych i prawnych. W przypadku tych drugich, czyli firm, chce ostatecznie zejść do poziomu 25 proc., stopniowo przez cztery lata. Partia postuluje też ograniczanie nadmiernych, jej zdaniem, wydatków na świadczenia socjalne. Poza tym, Friedrich Merz, lider tej partii, który ma największe szanse na urząd kanclerza, w ostatnich wypowiedziach dawał sygnał, że ugiął się w temacie odejścia od tzw. hamulca zadłużenia. A w swoim programie chadecy proponowali utrzymanie tego hamulca.

Czyli ograniczenia niemal do zera możliwości zadłużania się państwa: do 0,35 proc. PKB długu netto na poziomie federalnym oraz do zera w budżetach landowych.

Tak, owe 0,35 proc. PKB to kilkadziesiąt miliardów euro rocznie, nie jest to jak na tak wielką gospodarkę szalona kwota. Merz ostatnio zwrócił uwagę, że jest tutaj pole do dyskusji. A potencjalni koalicjanci, czyli SPD i Zieloni, są za tym, żeby zreformować hamulec zadłużenia ze względu na m.in. inwestycje publiczne.

No właśnie, bo jak rozumiem oba te ruchy, podatkowy i dotyczący długu, mają służyć pobudzeniu inwestycji w niemieckiej gospodarce?

Dokładnie tak, chodzi o inwestycje. SPD i Zieloni proponują też premie od inwestycji. To ulgi podatkowe na poziomie 10 proc. oraz utworzenie publicznych funduszy inwestycyjnych, w przypadku SPD początkowo sięgających 100 mld euro, których środki przeznaczano by na m.in. dogorywającą infrastrukturę publiczną i edukację. Oba ugrupowania postulują też zaostrzenie progresji podatkowej. Bardzo ważnym tematem w przypadku Niemiec jest też biurokracja. Aż 22 proc. czasu pracy w firmach jest wykorzystywane na obowiązki sprawozdawcze. To są potężne koszty i dla firm, i w części dla gospodarki. W tym przypadku w zasadzie panuje jednomyślność, wszystkie partie proponują zmniejszenie biurokracji, także na poziomie unijnym. Biurokracja zniechęca do inwestowania w tym kraju, a firmy niemieckie między innymi z tego powodu skłaniają się do przenoszenia działalności poza granice RFN.

Poza tym, dużym problemem w Niemczech są wysokie ceny energii, partie proponują ich obniżenie poprzez redukcję akcyzy na prąd czy opłat sieciowych. Wyzwaniem są też koszty siły roboczej. To jest złożony problem, a jednym jego elementów jest silnie starzejące się społeczeństwo. Pojawiały się propozycje, ze strony CDU i AfD, by wyłączyć spod podatku zarobki emerytów do określonej kwoty, co ma powiększyć zasób siły roboczej - chodzi o to, by emeryci włączali się w rynek pracy.

A co z motoryzacją? Problemy tego sektora są postrzegane jako pigułka kłopotów całej niemieckiej gospodarki. Jak ten temat wygląda w kampanii?

Przemysł motoryzacyjny w Niemczech mierzy się z wieloma problemami, prowadzenie działalności jest drogie, do tego pojawiają się czynniki zewnętrzne. A motoryzacja to najważniejsza branża niemieckiego przemysłu. Bardzo często używa się przykładu jej stanu jako konsekwencji ostatnich 10-15 lat rządów. W debacie politycznej wspomina się, że w tym okresie w Niemczech mało inwestowano. Za rządów Angeli Merkel wprowadzono politykę tzw. czarnego zera, starano się zlikwidować zjawisko deficytu publicznego, państwo nie wykładało środków na inwestycje, w konsekwencji niemiecka gospodarka ogólnie jest niedoinwestowana, w tym branża motoryzacyjna. Innym wątkiem problemów jest przespanie rewolucji w tym sektorze, czyli przestawienia się na samochody elektryczne.

W tym kontekście pojawia się kwestia Chin, ważnego rynku dla niemieckiej motoryzacji, gdzie popyt na niemieckie samochody mocno spada. Możemy obecnie mówić o tzw. drugim szoku chińskim. Pierwszy miał miejsce na początku lat 2000. Wtedy Chiny produkowały produkty niewyróżniające się zaawansowaną technologią i komplementarne do tych niemieckich. Ten pierwszy szok chiński nie był zagrożeniem dla niemieckiej gospodarki, za to bardzo ją wzbogacił. Teraz Chiny zaczęły produkować substytuty niemieckich produktów: maszyny, samochody, elektronikę. A ten kraj jest jednym z najważniejszych rynków zbytu dla niemieckiego handlu. Tymczasem Chińczycy produkują już własne samochody i maszyny, które są tańsze, a równie dobre, a nawet lepsze od niemieckich. Jest to spory problem dla niemieckiej gospodarki, bo wedle danych z 2020 r. około 450 tys. miejsc pracy zależało od eksportu do Chin. Pojawiają się jakieś pomysły, żeby ten eksport gdzieś indziej przekierować, bardzo dużo mówi się też o tym, żeby pobudzić popyt wewnętrzny.

W kampanii temat ten pojawia się głównie poprzez propozycje SPD i Zielonych dotyczące np. premii do zakupu samochodów elektrycznych wyprodukowanych w Niemczech czy rozbudowy infrastruktury ładowania e-pojazdów. Z kolei chadecy i AfD postulują wycofanie zakazu rejestracji nowych samochodów z silnikiem spalinowym i poluzowanie unijnych limitów flotowych dotyczących emisji dwutlenku węgla przez nowe pojazdy.

Chiny to jedno zewnętrzne wyzwanie dla niemieckiej motoryzacji i gospodarki w ogóle, na drugie, poważne, wyrosły Stany Zjednoczone Donalda Trumpa z jego cłami.

Stany Zjednoczone są głównym rynkiem zbytu dla niemieckich eksporterów przede wszystkim z branż maszynowej, motoryzacyjnej i chemicznej. O ile cła na stal i aluminium nie uderzają mocno w niemiecką gospodarkę, która w tym przypadku zaopatruje przede wszystkim rynek europejski, o tyle ogólne cła importowe w wysokości 10-20 proc. stanowiłyby zagrożenie nawet do 300 tys. miejsc pracy w RFN.

Istotne są tutaj groźby ceł nie tylko na Unię Europejską, ale i Meksyk. Niemieccy producenci samochodów w ostatnich latach zakładali fabryki w Meksyku z nastawieniem na eksport do USA. Na przykład pod koniec zeszłego roku Volkswagen ogłosił gotowość przeniesienia produkcji jednego ze swoich najpopularniejszych w Europie modeli, to jest Golfa, z siedziby głównej w Wolfsburgu do zakładu w Puebla.

Czy Polska pojawia się w debacie przedwyborczej w kontekście gospodarczym?

Niespecjalnie. Jesteśmy istotnym rynkiem jeśli chodzi o inwestycje bezpośrednie i handel, ale pod tym kątem w kampanii się nie pojawia.

Jak ocenia Pani niemiecką gospodarkę? PKB jest w stagnacji, przemysł w tarapatach. Czy jest tam naprawdę tak źle?

Trendy w gospodarce są rzeczywiście dość negatywne, pesymistyczne, ale nadal to jedna z najsilniejszych gospodarek na świecie i o tym nie można zapominać, niemieckie przedsiębiorstwa nadal są silne. Nie ma tutaj aż tak dużej tragedii, jak się czasem rysuje w mediach. Widać też pewne światełko w tunelu i odpowiednio poprowadzona gospodarka może się odbić.

Czytaj też: Niemcy w recesji. I to wcale nie koniec problemów. "Jedna rzecz jest zaskakująca"

Maria Mazurek
Więcej o: