Tu rozczarowanie, tam zaskoczenie. Co się dzieje z polską gospodarką?

Maria Mazurek
Trudno skakać z radości: płace rosną nie tylko jednocyfrowo, ale i znacznie wolniej od oczekiwań. Przemysł w recesyjnym trybie, Niemcy na razie nie dają żadnej nadziei. A jednak te niespecjalnie imponujące dane z gospodarki mogą przynieść pozytywną dla wielu wiadomość.
Prezes NBP Adam Glapiński
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Jeszcze kilka tygodni temu można było mieć pewną nadzieję na ożywienie w przemyśle. Wskaźnik PMI, który obrazuje nastroje w tym sektorze, pierwszy raz od 33 miesięcy niespodziewanie wybił się ponad poziom 50 punktów, który oddziela rozwój od kurczenia się przemysłu. I co? Dane realne (PMI opiera się na ankietach wśród menedżerów) pokazały nadal spadek produkcji przemysłowej, i to głębszy od spodziewanego. 

Przemysł na minusie. Niemcy (jeszcze) nie pomagają

Produkcja w lutym skurczyła się o 2 proc. rok do roku. Średnia oczekiwań ekonomistów i analityków zakładała 1,2-procentowy spadek. Widać tutaj tzw. efekt kalendarzowy - w tym przypadku negatywny (mniej dni roboczych), ale nie tylko to. W danych widać, że słabiej radziły sobie branże, dla których ważny jest eksport, jak produkcja maszyn i urządzeń oraz samochodów i części. Eksport to jeden z silników naszej gospodarki, a od dłuższego czasu jest na jałowym biegu. Odpowiada za to słabość naszego sąsiada i największego partnera handlowego - Niemiec. Jak zauważają ekonomiści ING, "dlatego tak ważny jest impuls fiskalny z Berlina, ale on przyniesie większą poprawę polskiego eksportu i produkcji dopiero w 2026". I to właśnie mówił mi niedawno główny ekonomista tego banku, Rafał Benecki: 

Na niemieckich inwestycjach w infrastrukturę i obronność zyska także polski biznes. Część zamówień trafi do polskich podwykonawców. Skorzystają różne branże, od stalowej po inne branże przemysłu czy budowlankę. Polska ma wysoko kwalifikowanych pracowników, którzy średnio są o 2/3 tańsi niż niemieccy.

- Jednak tak duży impuls wydatkowy w Niemczech, w warunkach niedoinwestowanych wielu branż niemieckiego przemysłu oznacza, że od planów do realnych wydatków upłynie dużo czasu. Ten impuls odczujemy istotniej dopiero w 2026 roku - dodawał. 

Wróćmy jeszcze do przemysłu. Na początku tego roku ogólnie lepiej radziły sobie branże, które można powiązać z konsumpcją (spożywcze) oraz działalnością inwestycyjną. Te dwa silniki PKB powinny w tym roku się rozpędzać - tak przynajmniej uważa część ekonomistów, w tym z Pekao SA. Konsumenci mają przestawiać się z oszczędzania na wydawanie, a inwestycje napędzać będą pieniądze z UE, co w konsekwencji może napędzić i przemysł - na razie jednak tego nie widać. 

Budowlanka stoi. Wielkie oczekiwanie na UE

Podobnie ma być w budownictwie, choć w lutym produkcja w tym sektorze gospodarki się nie zmieniła w ujęciu rocznym (oczekiwano +2,3 proc.), a porównaniu ze styczniem spadła o 2,3 proc. Tutaj także wpływ miał kalendarz (jeden dzień roboczy mniej niż rok temu) oraz chłodniejsza pogoda. Budowa budynków spadła o 3,8 proc. rok do roku - jak podkreśla ING, "tu bez zaskoczeń, bo widzimy rosnącą nadpodaż mieszkań". Lekko rośnie z to budownictwo infrastrukturalne (+1,7 proc.) i roboty specjalistyczne (3 proc.) - to właśnie sygnały spodziewanego ożywienia dzięki napływowi środków unijnych.

Jest duże tak zwane story inwestycyjne. Trudno jest dokładnie określić, kiedy ono się wydarzy, ale wygląda na to, że właśnie się zaczyna. Inwestycje zaczynają wracać. Mamy policzone, jak ten wysiłek inwestycyjny będzie wyglądał. Wiadomo, że związany będzie z transformacją, nie tylko energetyczną, ale i dotyczącą transportu, z energooszczędnością, z dostosowaniem się do polityki klimatycznej. I to są bardzo duże pieniądze

- mówił mi niedawno Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Pekao SA. "Jeśli chodzi o branże, to lata 2025-2027 będą prawdopodobnie czasem dociskania budowlanki. Nagle pojawi się bardzo duży popyt na różnego rodzaju roboty budowlane - te wszystkie inwestycje to w końcu też lanie betonu. Będą też dalej rozlewać się na inne sektory" - dodawał. Więcej jego obserwacji można przeczytać pod tym linkiem. 

Niemniej, na razie "lutowe dane z polskiej gospodarki jak na razie gremialnie rozczarowują" - jak podsumowują ekonomiści Pekao SA. 

Płace rosną coraz wolniej

Produkcja przemysłowa może wielu wydawać się tematem odległym, ale warto pamiętać, że to w przemyśle pracuje najwięcej osób w Polsce - ponad 18 proc. ogółu zatrudnionych (na drugim miejscu jest kategoria "handel i naprawa samochodów", a na trzecim rolnictwo i leśnictwo). A ile Polacy zarabiają? Zgodnie z najnowszymi danymi GUS w lutym średnio 8613,14 zł brutto. Tyle że to nie dotyczy już gospodarki narodowej, a sektora przedsiębiorstw i to takich, które zatrudniają przynajmniej 10 osób. Na bardziej "prawdziwą" średnią płacę z danych o medianie będziemy musieli poczekać jeszcze kilka miesięcy, ale nie sam poziom wynagrodzenia jest tutaj istotny. 

Kluczowa jest dynamika. Przeciętne wynagrodzenia w lutym wzrosły o "zaledwie" (na tle zeszłego roku na przykład) 7,9 proc. rok do roku. To także wolniej od oczekiwań i wyraźnie wolniej niż w styczniu (+9,2 proc.). Do hamowania płac przyczynia się m.in. mniejsza podwyżka płacy minimalnej - w tym roku w styczniu wzrosła o 8,5 proc., a rok wcześniej aż o 17,8 proc.

"Mniejsza jest też w tym roku skala podwyżek płac związanych z inflacją, a firmy mają mniej przestrzeni do wypłat wysokich nagród z zysków z uwagi na spadek marż. Podwyżki wynagrodzeń w sektorze publicznym także są w 2025 mniej hojne niż w 2024, kiedy nauczyciele i urzędnicy otrzymali wyższe pensje zgodnie z zapowiedziami z kampanii parlamentarnej" - zauważa ING. "Wygląda na to, że luty był w tej kwestii miesiącem przełomowym: mimo utrzymującej się silnej presji płacowej i trudności ze znalezieniem nowych pracowników, przedsiębiorcy nie mogli sobie pozwolić na hojne podwyżki" - to z kolei obserwacja Pekao SA. 

Gdzie te plusy?

No i teraz, jak znaleźć tutaj coś pozytywnego? Przede wszystkim, nie ma żadnego dramatu, polska gospodarka się nie załamała, po prostu na razie nie widać dynamicznego odbicia na początku roku, a prognozy na kolejne miesiące sugerują stopniową poprawę. Jednak paczka rozczarowujących (w kontekście odbiegania od oczekiwań) danych jest ważną wskazówką co do możliwych dalszych działań Rady Polityki Pieniężnej. 

Przez trzy lata płace rosły w dwucyfrowym tempie, co wpływało na inflację - wyższe pensje, to droższe towary, ale także usługi. Teraz ta presja proinflacyjna ze strony płac jest mniejsza (i coraz mniejsza). Sama inflacja na początku roku też okazała się znacznie niższa od spodziewanej (przypomnijmy, ceny wzrosły o 4,9 proc. w  styczniu i w lutym). To oznacza, że uchyla się okno możliwości na obniżki stóp procentowych. Rada Polityki Pieniężnej, czyli organ NBP, którego zadaniem jest pilnowanie inflacji, trzyma stopy bez zmian już od 1,5 roku (od października 2023). A właśnie pojawiają się argumenty za poważną dyskusją o cięciach.

I mówią o nich wprost sami członkowie rady. Jeden z nich - Ireneusz Dąbrowski - po wczorajszych danych GUS o wynagrodzeniach napisał na X tak:

Wzrost płac i spirala płacowo-cenowa są kluczowe przy walce z inflacją. Przedstawione przez GUS cząstkowe dane są lepsze (dla dezinflacji) od oczekiwań i potwierdzają wygaszanie procesów inflacyjnych. To bardzo dobrze 'wróży na przyszłość'.

Ekonomiści ING paczkę danych z GUS podsumowują, pisząc, że "w RPP możemy widzieć więcej łagodnych głosów". Wyliczają kilka czynników: 

  • inflację kroczącą niższą ścieżką - w grudniu ich zdaniem może być na poziomie około 3,4 proc. zamiast 4,8 proc., które znalazły się w najnowszej projekcji NBP;
  • inflację bazową (czyli z wyłączeniem cen żywności i energii);
  • wolniejszy wzrost płac;
  • powolne odbicie gospodarcze na początku tego roku

Ich zdaniem, "to oznacza, że z jastrzębich jaj w RPP może wykluć się więcej gołębi". Gołębie w branżowym slangu to zwolennicy łagodniejszej polityki monetarnej, czyli niższych stóp procentowych. Stopy te według ING mogą w tym roku spaść o 100 punktów bazowych, czyli główna stopa z 5,75 do 4,75 proc. Dla spłacających kredyty hipoteczne to dobra wiadomość: niższe stopy przełożą się na niższe raty miesięczne. 

Maria Mazurek
Więcej o: