Wskaźniki dotyczące poziomu bezrobocia, a właściwie jego braku, to coś, co wyróżnia Polskę na tle innych państw Unii Europejskiej. Podpierając się danymi publikowanymi przez Eurostat - w kwietniu wskaźnik bezrobocia wyniósł 3,3 proc. Ustępowaliśmy tutaj jedynie Czechom i Malcie, gdzie był to poziom jedynie 2,7 proc. Niskie bezrobocie w Polsce to właściwie coś, do czego się zdążyliśmy już przyzwyczaić. Taki stan rzeczy utrzymuje się bowiem już od kilku lat. Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych opublikowało jednak ostatnio dane, które mogą niepokoić. Otóż obliczany przez ekspertów Wskaźnik Rynku Pracy (WRP) wzrósł w czerwcu miesiąc do miesiąca o 0,6 pkt proc. Co więcej, niewielką tendencję wzrostową utrzymuje od początku roku. W związku z tym, że wskaźnik informuje z wyprzedzeniem o przyszłych zmianach poziomu bezrobocia, jego wzrost może zapowiadać potencjalne pogorszenie sytuacji na rynku i wzrost liczby osób bez pracy.
- Trzeba sobie zdawać sprawę, że zachodzą bardzo duże zmiany strukturalne na rynku pracy, a na to nakładają się jeszcze krótkookresowe czynniki o charakterze koniunkturalnym, czyli osłabienie aktywności gospodarki. I to już spowodowało, że na przykład trudniej jest zmienić pracę. Jeszcze dwa lata temu ludzie zmieniali pracę, bo chcieli przyspieszyć swoją karierę, bo chcieli wyższych zarobków - to był dostateczny powód, żeby szukać nowego pracodawcy. Tak w tej chwili to już nie jest możliwe i nie może być powszechne, bo pracodawcy nie tworzą dostatecznie dużo nowych miejsc pracy - mówi nam prof. Maria Drozdowicz-Bieć, autorka wspominanego wskaźnika.
Dane, które publikuje BIEC, jasno pokazują, że pracodawcy mniej chętnie zatrudniają. W maju do rejonowych urzędów pracy napłynęło około 65 tys. ofert pracy. To o połowę mniej niż w latach 2020-2021. Pogorszenie zauważają też szukający pracy. W mediach społecznościowych pojawiają się - i zyskują coraz większą popularność - filmy, na których młodzi ludzie opowiadają o trudnościach w znalezieniu zatrudnienia. Ostatnio furorę robi wideo, w którym 22-latka opowiada, że po skończonych studiach licencjackich od lutego nie może znaleźć pracy. I to mimo wysyłania kilkudziesięciu spersonalizowanych CV tygodniowo.
- Mniejsza liczba ofert pracy wynika ze spowolnienia gospodarczego. W tej chwili rozwijamy się wolniej. Zresztą cała Europa i świat, szczególnie gospodarki wysoko rozwinięte, rozwijają się w wolniejszym tempie. Była wysoka inflacja, a to też jest konsekwencja wysokiej inflacji. Niektórzy twierdzą, że tak naprawdę jeszcze się z nią nie uporaliśmy, i to wszystko razem jest konsekwencją spowolnienia gospodarczego. To jest po prostu okres, może nie tyle dekoniunktury, ile słabszego tempa wzrostu gospodarczego i mniejszej liczby zamówień - tłumaczy nam ekonomistka.
- Mamy bardzo silne powiązania z niemiecką gospodarką, a Niemcy przecież cały czas są na zerze, jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego. Jesteśmy z nimi silnie powiązani zarówno eksportem, jak i inwestycjami bezpośrednimi. Jest to efekt właśnie spowolnienia gospodarczego, mniejszej wymiany handlowej i niższej produkcji. Dlatego też ofert pracy pojawia się zdecydowanie mniej - dodaje. Niemcy rzeczywiści od kilku lat są w kiepskiej kondycji. W 2023 r. wzrost gospodarczy w kraju wyniósł -0,3 proc., a w 2024 r. -0,2 proc. Prognozy na ten rok nie są zresztą o wiele lepsze, bo oscylują wokół 0 proc., czyli wciąż przewidują stagnację.
Przedsiębiorcy bardzo bacznie przyglądają się gospodarce i oceniają, że to nie jest zbyt dobry czas, żeby teraz się rozwijać, czyli rozszerzać działalność i tworzyć nowe miejsca pracy. Raczej wyczekują momentu, który będzie bardziej sprzyjający. Poza tym inwestycje - od 2015-2017 roku - mają malejący udział w gospodarce. I dopóki one nie ruszą, dopóki przedsiębiorstwa w wyniku tych inwestycji nie zaczną rozszerzać swojej działalności, to nie będzie też generowania nowych miejsc pracy
- wyjaśnia prof. Maria Drozdowicz-Bieć.
Mniejsza liczba ofert pracy to jednak niejedyny problem. Z danych BIEC wynika co prawda, że zdecydowana większość firm w badaniach ankietowych deklaruje utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia, ale przewaga firm deklarujących redukcję etatów nad firmami planującymi wzrost zatrudnienia od początku roku wynosi 6-8 punktów procentowych. - Dla przedsiębiorcy przeciętnie 70 proc. kosztów to są koszty pracy. Im mniejsze przedsiębiorstwo, tym ten udział jest większy. I to już spowodowało, że od czasu do czasu przeprowadzane są zwolnienia grupowe, zmniejszana jest działalność, zawiesza się ją albo wręcz likwiduje, przenosząc się na Słowację, do Czech, do Rumunii, Bułgarii, czasem nawet do Indii, bo tam są niższe koszty pracy - wskazuje ekonomistka.
I wprost przyznaje, że podnoszenie kwoty minimalnej jest jednym z głównych problemów obecnego rynku pracy. Przypomnijmy, że od 1 stycznia 2025 roku, minimalne wynagrodzenie za pracę wynosi 4666 zł brutto. Tymczasem jeszcze trzy lata temu, bo w 2022 r. pensja minimalna wynosiła 3010 zł brutto. - Cała idea minimalnego wynagrodzenia to ochrona pracowników w sytuacji, kiedy jest bardzo wysoka stopa bezrobocia. I wtedy pracodawcy mogą wykorzystywać swoją przewagę na rynku pracy i po prostu zatrudniać za bardzo niskie stawki. Natomiast w sytuacji, kiedy jest mniej więcej równowaga, podnoszenie minimalnego wynagrodzenia kompletnie nie ma sensu. Wręcz przeciwnie - przynosi więcej szkód niż pożytku - mówi prof. Maria Drozdowicz-Bieć. Ekspertka uważa, że prowadzi to utraty konkurencyjności Polski.
Pensja minimalna, według ekonomistki, wywołuje presję na wzrost wynagrodzeń u tych pracowników, którzy zarabiają więcej niż minimum, ale mają też znacząco wyższe kwalifikacje. - Dlatego że jeżeli ja jestem takim pracownikiem i widzę, że osoba bez kwalifikacji dostała podwyżkę "za nic", ani nie jest bardziej wydajna, ani nie nabyła dodatkowych umiejętności, to dlaczego ja mam się zbliżać do tego minimum, jeśli nie dostanę podwyżki? I to powoduje, że płace w naszej gospodarce w ostatnich dwóch latach rosły o 8, 9, 12 proc. rok do roku, czyli szybciej niż ceny - wylicza. To ma powodować, że w tych przedsiębiorstwach, które nie mogą sobie ze względów finansowych pozwolić na podwyżki dla wszystkich pracowników (żeby proporcje pomiędzy kwalifikacjami były zachowane), dochodzi do spłaszczenia struktury wynagrodzeń. Zmniejsza się dystans pomiędzy najlepszym pracownikiem - najbardziej wydajnym, o najwyższych kwalifikacjach, a tym, który po prostu jest na minimalnej, bez wyższych kwalifikacji i bez nadzwyczajnej wydajności.
Wysoka dynamika wynagrodzeń i wzrost kosztów po stronie pracodawcy sprawiły, że utraciliśmy konkurencyjność wobec gospodarek takich jak Bułgaria i Rumunia. Gospodarek, które są również z naszego rejonu, ale są jeszcze o krok za nami, jeśli chodzi o rozwój i zmiany strukturalne. Tamte płace są nadal znacząco niższe
- mówi nam prof. Maria Drozdowicz-Bieć. Do tego w Polsce jest problem z wydajnością. - Od ponad dwóch lat wydajność pracy w przemyśle nie rośnie, a to właśnie w przemyśle najłatwiej ją zmierzyć. Wydajność nie rośnie, a płace powinny być konsekwencją wydajności. Mniej więcej w takim tempie, w jakim rośnie wydajność, w takim tempie powinny rosnąć wynagrodzenia - tak uśredniając dla całej gospodarki - dodaje ekonomistka.
Zostawmy jednak temat pracy minimalnej i wrócimy do samego rynku pracy i zachodzących tam "strukturalnych zmian". Maria Drozdowicz-Bieć uważa, że nasz rynek pracy coraz bardziej zbliża się do gospodarek Europy Zachodniej oraz wysokorozwiniętych gospodarek: amerykańskiej i kanadyjskiej. Co to oznacza? Wzrost udziału sektora usług. - Kurczy się to, co nazywamy produkcją przemysłową. Po prostu zrobiliśmy się za drodzy dla tej części gospodarki, która ma szansę rosnąć. Przez to między innymi, że bardzo dynamicznie rosły płace. Płacę minimalną podnoszono skokowo i to dosyć znacznie. To wszystko spowodowało, że strumień udziału w tworzeniu PKB i w zatrudnieniu zaczął się przesuwać w kierunku sektora usługowego - wskazuje.
Wykształcenie, które zdobyliśmy w wieku dwudziestu kilku lat, już nie staje się wykształceniem na całe życie. Po prostu musimy się dokształcać i brać pod uwagę ewentualność zmiany zawodu. To jest rzecz naturalna. Żyjemy dłużej, gospodarka dynamicznie się rozwija, w związku z tym kwalifikacje, które zdobyliśmy na studiach lub w szkołach zawodowych, nie wystarczą na całe życie
- dodaje.
To ważne, zwłaszcza że wiele prac po prostu przestanie wkrótce istnieć. Automatyzacja prowadzi do redukcji etatów w handlu, na magazynach oraz w przetwórstwie przemysłowym. BIEC prognozuje, że największe zwolnienia zostaną przeprowadzone w przemyśle tekstylnym i odzieżowym, a największy wzrost zatrudnienia planuje przetwórstwo ropy naftowej, producenci komputerów i sprzętu optycznego oraz przemysł produkujący środki transportu. Do wzrostu zatrudnienia może też dojść w edukacji, finansach i szeroko rozumianych usługach konsumenckich, takich jak np. fryzjerstwo i krawiectwo.
Paradoksalnie jednak ta zmiana nie powinna znacząco wpłynąć na polskie bezrobocie. Stopy bezrobocia rejestrowanego w maju wyniosła 5 proc. i właściwie na tym poziomie utrzymuje się już od dawna. -Niepokoju nie ma. Stopa bezrobocia rejestrowanego nie wzrośnie, a to jest wskaźnik najpopularniejszy, najbardziej obserwowany przez polityków, dziennikarzy i przeciętnego zjadacza chleba. To dla nich bardzo ważna informacja - mówi ekonomistka.
Stopa bezrobocia rejestrowanego nie będzie się zmieniała w najbliższym czasie z powodu tego, że generalnie podstawowe wielkości na rynku pracy się kurczą. Mamy mniejszą liczbę osób w wieku produkcyjnym i mniejszą liczbę osób bezrobotnych, czyli po prostu mamy małą podaż i mały popyt na rynku pracy, i te proporcje, liczby bezrobotnych i osób w wieku produkcyjnym, zmniejszają się mniej więcej tym samym tempem. Stąd ta stopa bezrobocia będzie oscylowała w okolicach 5 proc. pewnie jeszcze bardzo długo
- dodaje prof. Maria Drozdowicz-Bieć.
Mimo że nie będzie tego widać w danych dotyczących stopy bezrobocia, rynek pracy w Polsce czeka poważna zmiana, która zresztą już zachodzi. I nie musi to być jedynie negatywna zmiana. Istnieje nadzieja, że w ciągu najbliższych kilku lat np. trend zmniejszania się liczby ofert pracy się odwróci. Obecny rząd zasiał już ziarnko pod taką zmianę. - Liczę, że coraz bardziej będziemy widzieć efekty środków unijnych z KPO. To oczywiście działa z pewnym poślizgiem. Skutki uruchomienia tych funduszy widać z opóźnieniem. To jest czasami rok, dwa lata, bo musi minąć trochę czasu, zanim te środki zostaną faktycznie zainwestowane. Liczę na to, że odpowiednio zainwestowane pieniądze, fundusze unijne, rozruszają trochę inwestycje. Może jeszcze nie w tym roku, ale już w przyszłym roku będziemy mieli wzrost inwestycji. Na razie żadnego ożywienia w inwestycjach nie widać i tutaj głównie chodzi o to, żeby to nie były wyłącznie inwestycje rządowe. Chodzi o to, żeby sektor prywatny zaczął inwestować - ma nadzieję ekonomistka.