Argentyna ma za sobą naprawdę czarny poniedziałek. Doszło do prawdziwego krachu na giełdzie. Główny indeks na Giełdzie Papierów Wartościowych w Buenos Aires stracił aż 13,25 proc. Indeks argentyńskich akcji notowanych na giełdach amerykańskich stracił jeszcze mocniej, bo 18 proc. Także argentyńskie peso doświadczyło gigantycznej przeceny. Wobec dolara amerykańskiego straciło 4,48 proc., a wobec euro 4,49 proc. To jedne z największych dziennych spadków argentyńskich aktywów od wielu lat. To efekt zaskakującego wyniku wyborów prowincjonalnych w Buenos Aires.
Prezydent Argentyny Javier Milei w trakcie kampanii wyborczej podkreślał, że będą to wybory "na śmierć i życie". Na każdym kroku przypominał o wadze tego głosowania. Ostatecznie jednak jego partia bardzo wyraźnie przegrała. Zyskała tylko 34 proc. głosów, a jego przeciwnicy, tzw. peroniści, aż 47 proc. Javier Milei przyznał, że to "oczywista porażka" i zapowiedział wyciągnięcie lekcji z "błędów politycznych". Zeszłotygodniowe wybory to bowiem dopiero zapowiedź tego, co może wydarzyć się za miesiąc, gdy dojdzie do wyborów uzupełniających w argentyńskim parlamencie. Zaskakująca i mocna przewaga peronistów w Buenos Aires, gdzie jest ok. 40 proc. całego krajowego elektoratu, zapowiada, że partia Javiera Milei może mieć duży problem, by zwyciężyć.
Bez zwycięstwa w październikowych wyborach plan argentyńskiego prezydenta na wielką reformę kraju nie ma szans na powodzenie. Obecnie nie ma on większości w kongresie, przez co nie może realizować swoich reform gospodarczych w takiej skali, jakby chciał. Dochodzi m.in. do uchwalania środków na wydatki socjalne, które blokują wysiłki Milei na rzecz zrównoważenia argentyńskiego budżetu. Ten bowiem ma bardzo radykalną libertariańską wizję, która zakłada ograniczanie wydatków publicznych. Aby osiągnąć ten cel, przeprowadził już masowe zwolnienia pracowników publicznych.
Blokował też ustawy, które miały zwiększyć emerytury i zasiłki dla osób z niepełnosprawnościami. Kongres odrzucił jednak jego weto. Zwycięstwo partii Javiera Milei miałoby zapobiec podobnym scenariuszom w przyszłości. Jeśli jednak przegra, jego reformy gospodarcze mogą nie zostać zrealizowane, stąd odpływ inwestorów. - To przypomnienie dla inwestorów, że peronizm, ze swoim znaczącym zaangażowaniem państwa w gospodarkę, jeszcze nie umarł - mówi ekonomistka Kathryn Exum. Cięcia budżetowe skłoniły już tysiące ludzi do wyjścia na ulice, aby zaprotestować przeciwko niedostatkom, jakie ich dotykają. Zamanifestowano to także przy urnach wyborczych. - To jeszcze nie najgorszy moment rządu Milei, ale dopiero początek najgorszego momentu - zapowiada socjolog Juan Gabriel Tokatlian.
Przeczytaj też: USA stawiają ultimatum Europie. "Albo to, albo nie będzie sankcji na Rosję".
Źródła: Reuters, The Guardian, Stooq.pl