Zgodnie z ustawą o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia pensja minimalna lekarza oraz dentysty miałaby od 1 lipca wynieść 12 910,16 zł brutto (wynagrodzenie zasadnicze wynosi w tym przypadku 56 proc. pensji). Wraz z dodatkami, czyli np. stażowym, dyżurami, byłoby to nieco ponad 23 000 zł brutto - wylicza na X Łukasz Kozłowski, Główny Ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, członek Rady Nadzorczej ZUS oraz Rady NFZ. "Pisanie 'typowe dodatki' o płacy za obowiązkowe 40h miesięcznie nadgodzin, to jest po prostu manipulacja. Też możesz zarabiając 10 tys. zł wziąć 3 nocki i sobie 'wyrobić typowe dodatki'. To jest propaganda na rzecz zmiany ustawy, a nie głos w dyskusji, jeśli tak stawiasz sprawę" - skomentował na X Jakub Kosikowski, rezydent onkologii klinicznej.
Z kolei w przypadku pielęgniarki z tytułem magistra i specjalizacją, farmaceuty oraz fizjoterapeuty byłaby to kwota 11 485,59 zł brutto. Łukasz Kozłowski dodaje, że pielęgniarka "II próg podatkowy w PIT będzie przekraczać we wrześniu". Do informacji o wzroście płac w ochronie zdrowia odniósł się m.in na X Michał Brzeziński, profesor na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.
"Minimalne wynagrodzenie pielęgniarki (ze specjalizacją i tytułem magistra) będzie 20 proc. wyższe niż minimalne wynagrodzenie profesora w uczelni publicznej" - napisał naukowiec. Na ten wpis zareagowali m.in. analitycy z mBanku. "Mechanizm popytu i podaży działa poprawnie. Jeśli akceptujemy go w innych sektorach, to w tym przypadku też nie ma żadnego problemu" - czytamy we wpisie. "Popyt i podaż częściowo wyjaśniają te relacje, ale podaż w tych zawodach była i jest silnie kształtowana przez instytucje, regulacje i decyzje polityczne, więc dla mnie te czynniki mają pierwszeństwo" - odparł z kolei naukowiec.
"To nie pewna grupa zawodowa, o której szczególnie dużo wpisów na X, zarabia za dużo. To naukowcy zarabiają za mało. Śmiesznie mało. Nie dajmy się spolaryzować i odwrócić uwagi od źródła (i winnych) tej sytuacji" - skomentowała prof. Aleksandra Obrępalska-Stęplowska, zarządzająca Zakładem Biologii Molekularnej i Biotechnologii IOR-PIB w Poznaniu.
Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Nauki z 15 lutego 2024 r., wysokość miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego profesora na uczelni publicznej wynosi 9370 zł brutto. Jak podkreślali kilka miesięcy temu w portalu Money.pl prof. Paweł Strawiński z Uniwersytetu Warszawskiego i dr hab. Aleksandra Majchrowska, prof. Uniwersytetu Łódzkiego, "zgodnie z danymi z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń mediana wynagrodzeń na stanowisku profesora w Polsce wyniosła w styczniu 2025 r. 10800 zł brutto, czyli 2,3-krotność płacy minimalnej".
Tymczasem Łukasz Kozłowski podkreśla, że "całkowity koszt 'ustawy podwyżkowej' dla publicznego systemu ochrony zdrowia w Polsce to już ok. 73 mld zł tylko w tym roku, co odpowiada prawie 30 proc. łącznych publicznych nakładów na zdrowie".
Jednocześnie, jak dodaje ekspert, w tym roku na pokrycie kosztów realizacji zadań Narodowego Funduszu Zdrowia brakuje ok. 23 mld zł w stosunku do zapewnionych środków. Jako oszczędności rozważano już wprowadzenie limitów na leczenie zaćmy, diagnostykę obrazową i ambulatoryjną opiekę specjalistyczną (więcej na ten temat pisaliśmy TUTAJ). Jednocześnie rząd planuje nowelizację ustawy o waloryzacji zarobków w ochronie zdrowia. Plan jest taki, by zamrozić podwyżki w tym roku i przenieść waloryzację na styczeń 2027 r., a także obniżyć ich dynamikę.
Jak podaje Rynek Zdrowia, podwyżki wynikałyby już nie z przeciętnego wynagrodzenia, a byłyby powiązane ze sferą budżetową (ok. 3 proc.). Na to nie chcą zgodzić się medycy i grożą protestami. O dalszych losach ustawy 18 lutego ma toczyć się dyskusja na spotkaniu Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia.
- Wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw generalnie powinny być rynkowe, czyli wyznaczane wydajnością pracy danego pracownika. A w praktyce w Polsce tak nie do końca jest. Dlatego, że płaca minimalna dotyczy w naszym kraju ponad 3 mln ludzi. Biorąc pod uwagę, że na etacie według oceny skutków regulacji pracuje około 14 mln osób, to by oznaczało, że co czwarty pracujący Polak nie jest wynagradzany w zależności od wydajności swojej pracy, tylko w oparciu o decyzję polityczną - komentuje w rozmowie z Next.gazeta.pl Kamil Sobolewski, Główny Ekonomista Pracodawców RP.
Ekspert dodaje, że warto sobie przy tym zadać pytanie "gdzie kończy się w Polsce gospodarka rynkowa, a zaczyna się gospodarka centralnie sterowana i czy 25 proc. rynku ustalanego przez państwo, to dalej jest wolny rynek". Podkreśla jednak, że gdy mowa o sektorze publicznym, "to w nim bardzo trudno o benchmark wydajności pracy, a nawet gdy spróbujemy go stworzyć, to on będzie bardzo subiektywny, np.: co z tego, że urzędnik załatwia 20 proc. wniosków, jeśli cały proces obsługi tych wniosków może być zbędny?".
Dyskusja o wynagrodzeniach w sektorze publicznym ma dwa główne wątki. Jeden to jaki powinien być średni poziom wynagrodzeń, a drugi to w jakiej wysokości powinny być te wynagrodzenia. To, co umyka w debacie publicznej, to że istnieje ścisły związek pomiędzy tymi dwoma kategoriami. Albo dzielimy zadania na więcej osób i tolerujemy niskie wynagrodzenia, albo koncentrujemy zadania u osób, które są w stanie zrobić je w bardziej wydajny sposób i wtedy możemy płacić dużo. W Polsce raczej wygrywa model ekstensywnego zatrudnienia, czyli zatrudniamy wiele osób - płacimy im nisko i nie wymagamy jakiejś niesamowitej wydajności
- mówi ekspert. Jego zdaniem powinien zostać określony "fundusz płac w sektorze publicznym". - Dyskusje o wzroście powinny dotyczyć nie wynagrodzeń, tylko właśnie funduszu płac, czyli całego garnka, z którego będziemy płacić. Dysponenci poszczególnych budżetów powinni mieć swobodę w rozdziale tego, czy mają więcej pracowników i płacą nisko, czy mają mniej pracowników, oni są bardziej wydajni i płacą im więcej. I powinni mieć swobodę, jak różnicować wynagrodzenia pracowników administracji publicznej w zależności od ich wydajności i przydatności - dodaje Kamil Sobolewski. - Jak już określimy ten fundusz płac dla administracji publicznej, to warto sobie zadać też pytanie, czy wszystkie zadania, które administracja publiczna dzisiaj realizuje, są niezbędne - podsumowuje ekspert.