Już 19 lutego pojawiły się pierwsze sygnały o eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Premier Donald Tusk zaapelował wtedy do Polaków przebywających w Iranie o szybkie opuszczenie tego kraju.
Premier zwrócił uwagę, że realny jest scenariusz gwałtownej eskalacji, a w takiej sytuacji możliwości ewakuacyjne mogą zostać bardzo szybko zamknięte.
- Proszę natychmiast opuścić Iran i w żadnym wypadku nie wybierać się do tego kraju - powiedział podczas konferencji na poligonie w Zielonce. Szef rządu podkreślił, że nie chodzi o straszenie, lecz o chłodną ocenę sytuacji bezpieczeństwa. Ostrzeżenia poparło także Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
Pod koniec lutego scenariusz się ziścił - 28 lutego Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły atak na Iran. Jednym ze skutków była blokada transportu lotniczego - paraliż lotnisk przesiadkowych w krajach Zatoki Perskiej i odwołane loty. Kolejnego dnia MSZ wydało ostrzeżenia przed podróżami do Jordanii, Bahrajnu, Kuwejtu, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Arabii Saudyjskiej i Palestyny.
Okazuje się jednak, że Polacy za nic mieli ostrzeżenia. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski poinformował za pośrednictwem platformy X, bazując na danych Straży Granicznej, że od 1 marca, czyli już po wydanych ostrzeżeniach, w region udało się 736 osób.
"Od 1 marca, czyli po rozpoczęciu wojny na Bliskim Wschodzie, w region udało się: 97 osób do Kataru, 271 do Omanu, 368 do ZEA, w tym 37 dzieci poniżej 15 lat" - podał Sikorski.
I skomentował:
Mam nadzieję, że nie będą domagać się ewakuacji na koszt podatnika.
Ewakuacja polskich turystów, którzy utknęli w rejonie Zatoki Perskiej w wyniku wojny w Iranie, odbywa się głównie przez Oman. Właśnie z tamtego lotniska w zeszłym tygodniu zorganizowano transport osób chorych, po których rząd wysłał samolot medyczny.
Podczas konferencji dotyczącej ewakuacji Polaków z Bliskiego Wschodu szef rządu apelował o niepodróżowanie w tamten rejon.
Ciągle dość duże grupy decydują się na wylot turystyczny do państw regionu. Rząd nikomu nie może zakazać lotów w miejsca zagrożone konfliktem, ale jeśli ktoś naprawdę nie musi tam lecieć, to niech nie leci
– podkreślał premier Tusk.