Google poważnie myśli o własnej konsoli do gier, ale nie zagrozi pozycji Microsoftu, Sony i Nintendo

Dotychczasowe starania Google o wejście na rynek sprzętu do gier wideo pozostawiały wiele do życzenia. Jednak zdaniem zachodnich mediów tym razem coś poważnego wisi w powietrzu. Tak czy inaczej, konkurencja raczej nie ma powodów do obaw. Oto dlaczego.

Niektórzy z was mogą pamiętać niewielkie urządzenie o nazwie OUYA oparte na Androidzie, która ostatecznie okazało się niewypałem. Oto jedna z nieudanych prób podbicia mocno zacementowanego rynku stacjonarnych konsol do gier, w którą wplątało się Google. Od tamtej pory z większym i mniejszym sukcesem na rynku egzystuje przynajmniej kilka podobnych produktów, które skupiają się głównie na prostych grach dostępnych w sklepie Google Play.

Jak jednak wynika z doniesień dziennikarzy serwisu Kotaku, tym razem Google planuje sięgnąć po dużo większy kawałek tortu.

Chce mieć nie tylko własną konsolę, ale również pozyskać studia deweloperskie zajmujące się produkcją gier, a także konkretne tytuły dla nowego sprzętu. Tym z was, którzy myślą, że Microsoft, Sony oraz Nintendo zyskają wkrótce nowego konkurenta musimy od razu wybić tę wizję z głowy.

Andrzej, to... się chyba nie uda

Pomysł Google ma się bowiem opierać na streamingu gier. W tym momencie widzę (i sam to czynię) grymas na twarzy wielu entuzjastów gier wideo. Spójrzmy prawdzie w oczy - to nie wypali. Przynajmniej nie teraz.

Czytaj też: Ta konsola okazała się dla Nintendo prawdziwą żyłą złota. Zysk operacyjny firmy wzrósł o kilkaset procent

W spekulacjach Kotaku pojawia się nawet nazwa kodowa rzeczonej konsoli do gier od Google - Yeti. Jeśli gigant zamierza postawić głównie na strumieniowanie, specyfikacja techniczna sprzętu nie będzie odgrywać tak dużej roli, jak w przypadku standardowych konsol konkurencji. Mało tego, zakładając, że Google ograniczy funkcjonalność sprzętu wyłącznie do takiej metody działania, istnieją małe szanse na to, że wskóra cokolwiek więcej, niż w przypadku poprzednich inicjatyw.

Morawski: "Teraz rozwijamy się w tempie 5 proc., ale to jest nie do utrzymania. Choćby dlatego, że w Polsce zabraknie pracowników"