Windows 10 wciąż działa na milionach komputerów na całym świecie - według różnych szacunków liczba aktywnych użytkowników systemu wynosi od 600 do nawet 700 mln. Jak podaje sam Microsoft, na świecie działa ok. 1,4 mld urządzeń z systemami Windows. Z kolei z danych StatCounter wynika, że Windows 10 ma aż 45,65 proc. udziału w tym rynku. Dość powiedzieć, że dopiero w czerwcu br. najnowszy Windows 11 zdołał wyprzedzić swojego poprzednika pod względem liczby instalacji.
Tymczasem zegar tyka. Już jakiś czas temu Microsoft oficjalnie poinformował, że 14 października 2025 r. zakończy się oficjalne wsparcie techniczne dla tej wersji systemu. Osoby, które do tego czasu nie zdecydują się na przesiadkę, muszą liczyć się z szeregiem zagrożeń.
Po 14 października 2025 r. Windows 10 nie będzie już otrzymywał aktualizacji bezpieczeństwa, poprawek krytycznych ani łatek dla wykrytych luk (chyba że zdecydujemy się na zakup płatnego pakietu aktualizacji). System nadal będzie działał, ale każde nowe zagrożenie wykryte po tej dacie pozostanie otwartą furtką dla cyberprzestępców. Brak aktualizacji oznacza również zwiększoną podatność na ransomware, phishing czy złośliwe oprogramowanie.
Chociaż komputer z systemem Windows 10 będzie nadal działał, nie będzie już otrzymywać regularnych aktualizacji zabezpieczeń, co zwiększy podatność urządzenia na wirusy i złośliwe oprogramowanie. Komputery z systemem Windows 10 mogą również doświadczać wolniejszej wydajności i funkcjonalności urządzenia oraz aplikacji
- ostrzega sam Microsoft.
Choć wiele osób może lekceważyć tego rodzaju zagrożenia, to jednak są one jak najbardziej realne. Starsze systemy, pozbawione wsparcia technicznego ze strony producenta, stają się idealnym celem dla cyberataków. Wystarczy przypomnieć sobie falę ataków z udziałem ransomware WannaCry, które w 2017 roku zainfekowało ponad 200 tys. komputerów z systemem Windows XP. W efekcie doszło do paraliżu wielu firm i instytucji, które wciąż opierały się na przestarzałym oprogramowaniu.
Naturalnym krokiem wydaje się aktualizacja do najnowszego Windowsa 11. Ta wciąż jest bezpłatna, choć Microsoft już wielokrotnie straszył, że "okres łaski" wkrótce się skończy (co było raczej elementem strategii marketingowej koncernu, któremu zależało na jak najszybszym zwiększeniu liczby użytkowników W11).
Problem w tym, że część starszych komputerów po prostu nie spełnia wymagań sprzętowych nowego systemu. Największą przeszkodą może być tu brak modułu TPM 2.0. (lub co najmniej 1.2), na co zwracaliśmy uwagę już przy okazji premiery Windowsa 11.
TPM, czyli Trusted Platform Module, to fizyczny (lub w niektórych przypadkach wirtualny) chip na płycie głównej, który odpowiada za bezpieczeństwo kryptograficzne. TPM umożliwia m.in. szyfrowanie dysków (BitLocker), bezpieczne przechowywanie kluczy kryptograficznych, uwierzytelnianie sprzętowe oraz ochronę przed złośliwym oprogramowaniem już na poziomie rozruchu systemu.
Microsoft uznał, że TPM 2.0 jest niezbędnym elementem zapewniającym bezpieczeństwo użytkowników. Dlatego jego brak oznacza automatyczną niekompatybilność z Windows 11. Dla właścicieli milionów starszych komputerów oznacza to wybór między ryzykiem korzystania z niewspieranego systemu oraz kosztowną wymianą sprzętu na nowy.
Jeśli wciąż korzystasz z Windowsa 10, to do wyboru masz jedną z trzech ścieżek działania, przy czym każda z nich ma swoje zalety i wady.
To najprostsza i najtańsza (bo w końcu darmowa) opcja, o ile twój komputer spełnia wymagania sprzętowe, a ty potrafisz pogodzić się z przesiadką na nowy interfejs użytkownika. Wystarczy skorzystać z narzędzia "Asystent instalacji Windows 11" dostępnego na stronie Microsoftu.
2. Wymiana sprzętu
Dla użytkowników ze starszym sprzętem, np. bez modułu TPM lub też z niekompatybilnym procesorem, aktualizacja nie wchodzi w grę. Wtedy pozostaje zakup nowego urządzenia, co może oznaczać wydatek rzędu kilku tysięcy złotych. To najdroższa opcja, ale również najbardziej przyszłościowa. Nowy sprzęt będzie przygotowany na kolejne generacje systemu Microsoftu.
Dla tych, którzy nie chcą lub nie mogą przesiąść się na Windowsa 11, Microsoft przygotował alternatywę: Extended Security Updates (ESU). To płatne przedłużenie wsparcia bezpieczeństwa dla Windowsa 10, o kolejny rok, czyli do października 2026. Cena? 30 dolarów. W kolejnych latach cena tego dodatkowego wsparcia będzie prawdopodobnie rosła, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Windowsa 7.
Microsoft oferuje obecnie darmowy dostęp do Extended Security Updates dla Windowsa 10, ale tylko przy spełnieniu konkretnych warunków. Aby skorzystać z darmowego przedłużenia wsparcia, użytkownik musi wykonać kopię zapasową na swoim komputerze przy użyciu funkcji Windows Backup, a następnie zsynchronizować ją z chmurą OneDrive
Tu pojawia się haczyk: domyślnie OneDrive oferuje jedynie 5 GB darmowej przestrzeni, co w przypadku większości użytkowników nie wystarczy do pełnej synchronizacji dokumentów, zdjęć, pulpitu oraz innych folderów. Microsoft oferuje oczywiście większy pakiet 100 GB przestrzeni dyskowej w OneDrive, ale by uzyskać do niego dostęp, należy wykupić subskrypcję Microsoft 365 Basic za 59,99 zł rocznie.
Jeśli nie chcesz korzystać z Windows Backup ani wiązać się subskrypcją OneDrive, możesz wykupić ESU na dwa sposoby: za opłatą w wysokości 30 dolarów, lub wymieniając 1000 punktów w programie Microsoft Rewards. Program nagród jest dostępny również w Polsce i pozwala zdobywać punkty m.in. za codzienne wyszukiwania w Bing, quizy i aktywność online. Zgromadzenie 1000 punktów to jednak proces, który może potrwać wiele tygodni regularnego korzystania z usług Microsoftu.