Lockdown w Niemczech. Granicząca z Polską Saksonia wprowadziła go wcześniej, ma najwięcej zakażeń

Twardy lockdown, obowiązujący od środy (16.12.) w całych Niemczech, już wcześniej wprowadzono w Saksonii, która ma najwięcej zakażeń. Czy powodem jest bliskość granicy z Polską i Czechami?
Zobacz wideo Rząd przedstawia kolejne szczegóły narodowej strategii szczepień. Morawiecki: Mamy zakontraktowane już 60 mln dawek

641 - to dramatyczna liczba, która w małym Budziszynie (niem. Bautzen) na południowo-wschodnim krańcu Niemiec towarzyszyła wprowadzeniu twardego lockdownu już 14 grudnia. Odnotowano tam tego dnia 641 nowych zachorowań na 100 tysięcy mieszkańców (średnia liczona na przestrzeni tygodnia). Niemiecka średnia wynosi 176 - i już to jest dużo za dużo. Dlatego w całym kraju zamykane są sklepy, szkoły i przedszkola. Coraz bardziej ogranicza się kontakty społeczne, wchodzą kolejne zakazy.

Niemcy. Restrykcje w Saksonii budzą kontrowersje

Centrum Budziszyna jest puste, w oknach wystawowych jest ciemno, w ciągu dnia tylko niewiele osób przechodzi ulicami.

Wszędzie obowiązuje zasłanianie ust i nosa. Większość osób tego przestrzega, choć czasem z dużą niechęcią. "Nie akceptuję tego", mówi starsza kobieta z maską poniżej nosa, poruszająca się przy pomocy chodzika. O obostrzeniach mówi: "Jeden wielki chaos". Nie może się połapać, co wolno, a czego nie: "Kto kogo może odwiedzać w święta, a kto nie, tego wszystkiego nie rozumiem".

Natomiast starszy mężczyzna z maską ściśle przylegającą do twarzy popiera restrykcje. Jeszcze do niedawna nie bardzo wierzył w pandemię, ale jego córka pracująca w szpitalu opowiedziała mu, co tam się dzieje. "Od tego momentu zmieniłem zdanie. To dobrze, że wszystko teraz pozamykano", mówi.

Spawacz, zdjęcie ilustracyjneNiemcy. Brandenburgia zdana na pracowników z Polski. Ujawniono zarobki Polaków

Wątpiący w pandemię

Jest wiele teorii, które próbują wyjaśnić, dlaczego akurat w Saksonii jest tak wiele zakażeń. Jedna z nich głosi, że jest tam najwięcej koronasceptyków. To ludzie, którzy regularnie demonstrują przeciw restrykcjom na drodze numer 96 na południe od Budziszyna. Często ramię w ramię z prawicowymi radykałami, którzy przychodzą z czarno-biało-czerwonymi flagami niemieckiego cesarstwa.

Także zegarmistrz Heinz Krahl bardzo niechętnie nosi maskę. Taki "kaganiec" to dla niego "upokorzenie". 76-latek należy do osób, którzy wątpią prawie we wszystko, co słyszą na temat pandemii. W statystyki zakażeń, w powstanie szczepionki, a nawet w samo istnienie koronawirusa. "Dzieje się wiele rzeczy, których nie sposób pojąć, wobec których muszę zgłaszać swoje wątpliwości" mówi Krahl, który od ponad 30 lat prowadzi sklep z zegarkami i biżuterią. Swoich klientów prosi jednak o noszenie masek. "W ten sposób chronią Państwo siebie i nas przed karą" - taki napis widnieje na drzwiach. Słowo "kara" zostało napisane czerwonym kolorem.

Czy AfD przyczynia się do rozwoju pandemii?

Rezygnacji z masek i dystansu domaga się prawicowa, populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD), która w Saksonii ma silną reprezentację. Pełnomocnik SPD ds. wschodnich Niemiec Martin Dulig obarcza tę partię współodpowiedzialnością za aktualną sytuację pandemiczną. AfD stała się "parlamentarnym ramieniem tych, którzy odmawiają noszenia masek", mówi polityk. Gdy porówna się mapę poparcia dla AfD z mapą zakażeń, można od razu zauważyć związek - wyjaśnia.

Niemcy od środy 16 grudnia wprowadzają lockdown. Na zdjęciu przechodnie na ulicy handlowej we Frankfurcie.Niemcy. Koniec z wyjazdami na zakupy do Polski. Lockdown na pograniczu

To teoria, która bardzo złości burmistrza Budziszyna Alexandra Ahrensa, także z SPD. Twierdzenie, "że pandemia ma związek z polityką" jest "niedorzeczne" i "absurdalne".

Pogranicze narażone na zakażenia

Wysoki wskaźnik zakażeń w regionie ma jego zdaniem związek z pobliską granicą z Czechami. "W regionach przygranicznych to było do przewidzenia. Już dwa miesiące temu mówiliśmy, że jeśli granica z Czechami nie zostanie zamknięta, zaleje nas fala zakażeń, bo tu jest bardzo wiele kontaktów międzyludzkich".

Czechy to kraj, który w skali Europy jest najbardziej dotknięty przez pandemię. 20 000 Czechów codziennie dojeżdża do pracy w rejonie Budziszyna. Także z południowej Saksonii wiele osób jeździ regularnie do Czech na zakupy i w odwiedziny do znajomych. To samo dotyczy wschodniej Saksonii i kontaktów z Polską. "Tam jest bardzo dużo bliskich kontaktów, które są coraz bardziej intensywne i z czego się zresztą cieszymy", wyjaśnia Ahrens.

Nikogo nie należy obarczać winą za wysokie wskaźniki zakażeń, jednak trzeba z tym jakoś żyć. Burmistrz martwi się sytuacją w szpitalach. "Nasze kliniki coraz bardziej się zapełniają", ostrzega. "Już niedługo dojdziemy do kresu naszych możliwości".

Handel cierpi

Burmistrz mówi, że zdecydowana większość mieszkańców Budziszyna akceptuje twardy lockdown. Przeciwnicy głośno protestują, lecz są w mniejszości. "Zadają pytanie, czy to fair, że na przykład restauratorzy i drobni sprzedawcy, którzy latem dostali pieniądze, by wprowadzić w życie zasady higieny, teraz tak ciężko są dotknięci przez lockdown", tłumaczy polityk.

Lockdown dotyka na przykład Gundolfa Haensela, który rok temu otworzył kawiarnię w centrum miasta. Już w listopadzie musiał ją zamknąć z powodu restrykcji. Mówi, że w jego rozmowach z innymi przedsiębiorcami dominuje poczucie beznadziei i braku perspektyw. "Myślę też, że politycy popełnili wiele błędów", mówi. Także on widzi związek między wysoką liczbą zakażeń a bliskością Czech i Polski. "Trzeba było wcześniej interweniować i pozamykać granice", uważa. Narzeka na chaotyczne i niespójne decyzje polityków.

Tę krytykę częściowo podziela burmistrz Ahrens, jednak zna mieszkańców swojego miasta i wie, że nie lubią, by im rozkazywano. "Gdybyśmy w październiku, gdy liczba zakażeń była jeszcze niska, zarządzili twardy lockdown, nie byłoby akceptacji społecznej". W demokracjach na początku zawsze próbuje się nowych dróg, popełniając pomyłki, ale tylko w ten sposób można dojść do rozwiązań - uważa. Szczepionka to dla niego światło w tunelu. Alexander Ahrens próbuje pozostawać optymistą: "Uważam, że nie ma powodu do histerii".

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle.