Skandal w Holandii. Tysiące osób na sekretnej "czarnej liście" oszustów podatkowych. Wystarczył donos sąsiada

Holenderski fiskus naruszył prawo obywateli do prywatności tworząc tajną listę rzekomych oszustów podatkowych - uznał krajowy urząd ds. ochrony danych. Żeby trafić na listę, wystarczył anonimowy donos np. od sąsiadów.

Ponad ćwierć miliona mieszkańców Holandii trafiło na czarną listę oszustów podatkowych, którą w sekrecie przez obywatelami stworzył holenderski urząd skarbowy. Dane zarejestrowanych na niej osób udostępniane były także innym urzędom. Śledztwo prowadzone przez krajowy urząd ds. ochrony danych wykazało, że aby trafić do tajnego rejestru, czasem wystarczyła niewielka pomyłka w zeznaniu podatkowym lub anonimowy donos np. od niezadowolonego sąsiada lub zazdrosnego byłego partnera, który w ten sposób chciał się zemścić.

– Kłótnia z sąsiadem lub mściwy ex mogły sprawić, że ktoś trafił na listę. A jak już się na niej znalazł, to uznawany był za oszusta – przyznał Aleid Wolfsen szef krajowego urzędu ds. ochrony danych, przedstawiając dotychczasowe ustalenia prowadzonego śledztwa.

Zdarzało się też, że na listę trafiała także osoba, którą zainteresował się inny urząd np. pracy, który prosił fiskusa o informacje o dochodach podatnika, żeby przyznać mu np. zasiłek dla bezrobotnych. Co gorsza, kto raz znalazł się na liście, nie mógł już z niej zostać wykasowany i dotyczyło to również osób, które oczyściły się przed fiskusem z zarzutów o rzekome oszustwo i uznane zostały przez urzędników za niewinne.

Poważne naruszenie

Sprawę ujawniły holenderskie media, które ustaliły, że tzw. system ostrzegania o oszustwach  (FSV) działał przez siedem lat, czyli od końca 2013 r. do 2020 r. i w tym czasie w bazie zgromadzone zostały dane 270 tys. obywateli, w tym migrantów i osób niepełnoletnich. FSV zastąpił zresztą inne, podobne narzędzie, z którego holenderska skarbówka korzystała od 2001 r. Dopiero nagłośnienie sprawy zmusiło urzędników do zamknięcia systemu.

Zakrojone na szeroką skalę śledztwo w sprawie wszczął holenderski urząd ds. ochrony danych, który przedstawił właśnie pierwsze ustalenia w sprawie i ocenił, że fiskus tworząc listę dopuścił się poważnego złamania przepisów RODO, czyli unijnego rozporządzenia o ochronie danych. Urząd zarzuca skarbówce przede wszystkim to, że dane osób znajdujących się na liście przetrzymywane były zdecydowanie zbyt długo i nie były nigdy usuwane, wgląd do nich miało zbyt wielu urzędników skarbowych, a „czarna lista" udostępniana była także innym organom.

– Urząd skarbowy musi oczywiście walczyć z oszustwami podatkowymi. Jednak nasze dochodzenie ujawniło, że donosy na temat rzekomych oszustw podatkowych były rejestrowane i wykorzystywane w sposób absolutnie niedopuszczalny. W rezultacie ucierpieli na tym niewinni ludzie – powiedział Aleid Wolfsen z urzędu ds. ochrony danych.

Wciąż trwa postępowanie, które pomoże ustalić skalę konsekwencji wynikających ze znalezienia się na liście. Już dzisiaj wiadomo jednak, że osoby, które fiskus uznał za oszustów podatkowych, miały problemy w ubieganiu się o zasiłki, w tym na dzieci, oraz o inne świadczenia socjalne, mogły również mieć problem z wynajmem mieszkania lub zaciągnięciem kredytu hipotecznego.

Zobacz wideo Jak mogą wyglądać kontrole PiP po nowelizacji ustawy? Ekspert tłumaczy

Nie pierwsza taka inwigilacja

To nie pierwszy raz, kiedy holenderscy urzędnicy szpiegują obywateli – w maju badanie przeprowadzone przez dwie uczelnie, Uniwersytet Nauk Stosowanych NHL Stenden i Uniwersytet w Groningen ujawniło, że w co szóstej gminie  urzędnicy miejscy zakładali fałszywe konta w mediach społecznościowych, w tym na Twitterze i Facebooku, żeby ustalić czy mieszkańcy nie planują nielegalnych zgromadzeń lub demonstracji albo nie wyłudzają zasiłków, w tym dodatków na dzieci.

Niektórzy urzędnicy przyznali też wtedy, że tworzyli konta pod fałszywymi nazwiskami, żeby dostać się do prywatnych grup na Facebooku w celu inwigilacji m.in. osób ubiegających się o azyl w Holandii, sprawdzano np. czy dane osoby rzeczywiście zmuszone były do ucieczki z kraju. Badanie ujawniło ponadto, że gminy zapisywały zdobyte informacje o mieszkańcach. Po nagłośnieniu raportu interwencję i zmianę przepisów zapowiedziało ministerstwo spraw wewnętrznych.

Artykuł pochodzi z Deutsche Welle

 
Więcej o: