Rumuński historyk o tym, co się stanie po wojnie: Polska będzie liderem. Powstanie blok słowiański

Oskarżenia prezydenta Rosji Władimira Putina pod adresem Zachodu wzmacniają radykalną narrację Kremla, według której Rosja jest ofiarą wielkiego spisku - twierdzi rumuński historyk Armand Gosu w rozmowie z DW.

DW: Prezydent Rosji Władimir Putin wykorzystał tradycyjną paradę wojskową w Moskwie z okazji Dnia Zwycięstwa 9 maja do oskarżenia Zachodu o planowanie inwazji "na Rosję", czyli na Krym i nie tylko. Przeprowadzenie przez Moskwę wojskowej "operacji specjalnej" było zatem nieuniknione, żeby zdusić rzekomą agresję w zarodku. Co to oznacza dla wojny w Ukrainie?

Armand Gosu*: Myślę, że jesteśmy świadkami przewartościowania dyskursu Putina. Wcześniej często przezeń używane terminy, takie jak "denazyfikacja" czy "bandy narkomanów", wydają się znikać. Obecnie kładzie on nacisk na nieuchronność wojny. Oznacza to, że według Putina wobec wojny nie istniała żadna alternatywa i że zrobił on tylko to, co do niego należało. I że jego zdaniem generalnie była to słuszna decyzja.

Ta postawa nie powinna nas zaskakiwać, jest bowiem typowa dla biurokracji komunistycznych sowieckiego typu i dla kręgów wojskowych, z których Putin się wywodzi. To szeroko rozpowszechniony rodzaj biurokratycznych zachowań. Nie będę się upierał, by bliżej wyjaśniać to zjawisko, ponieważ w innych krajach - na przykład w Rumunii - przeważające w rządzie, ministerstwach i służbach specjalnych postawy są jeśli nie takie same, to przynajmniej bardzo podobne. Szef ma zawsze rację. Nie ma żadnej alternatywy wobec tego, co mówi prezydent czy minister. Instytucje władzy państwowej nie mogą się mylić. W takich kulturach nie istnieje niezależna, prawdziwa, autentyczna wiedza fachowa.

Ponieważ zmilitaryzowana biurokracja jest kulturowo uboga i intelektualnie skromna, ale za to często szczyci się tytułami doktorskimi, nie akceptuje więc istnienia żadnych obszarów, które w kwestiach polityki zagranicznej, obrony i bezpieczeństwa nie byłyby pod kontrolą służb wywiadowczych. Korzenie tej kultury są trochę starsze niż reżim bolszewicki. Prowadzą ku Cesarstwu Rosyjskiemu - państwu zbudowanemu przez zmilitaryzowaną biurokrację i zorganizowanemu według hierarchii rang. Najważniejszą instytucją był przełożony, czyli "naczalnik". Jest to specyficzna kultura społeczeństw wiejskich, które nie mogły się zmodernizować lub które po prostu odrzucały kulturę zachodnią.

W jednym z wcześniejszych wywiadów powiedział pan, że konflikt ten zostanie rozwiązany na polu walki, a nie przy stole negocjacyjnym. Dlaczego nie na drodze dyplomatycznej?

- Ponieważ Rosja jest nadal przekonana, że może wygrać tę wojnę. I robi wszystko, by ją wygrać. Oznacza to, że armia rosyjska tworzy mniejsze i większe "kotły", w które próbuje uchwycić armię ukraińską. Tego się naucza w akademiach wojskowych w Moskwie, wzorując się na radzieckiej taktyce wojskowej z czasów II wojny światowej. Rosja tak postąpiła w bitwie o Iłowajśk w sierpniu 2014 roku. Potem podpisano pierwsze porozumienie mińskie (Mińsk I, protokół miński o obustronnym zawieszeniu broni i pokojowym rozwiązaniu konfliktu - red.). Następnie Rosja powtórzyła swoje działania w Debalcewe w lutym 2015 roku - a efektem był Mińsk 2 (uzupełniający pakiet środków do realizacji pierwszego porozumienia - red.).

Po porażce wielkiego planu, by w blitzkriegu rzucić na kolana całą Ukrainę, po niepowodzeniu planu okrążenia dwóch najważniejszych miast: Kijowa i Charkowa, armia rosyjska koncentruje się dziś na Donbasie. Próbuje tam użyć tych swoich "kotłów", by okrążyć duże oddziały ukraińskie i zmusić w ten sposób prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego do przyjęcia zawieszenia broni i ustępstw politycznych. Wszystko, co Putin mógłby teraz osiągnąć, to zawieszenie broni. Nie Mińsk 3, ale właśnie zwyczajne zawieszenie broni. Pozwoliłoby mu to zachować okupowane terytoria i dałoby chwilę wytchnienia niezbędną do odnowienia potencjału wojskowego i wznowienia ofensywy przeciwko Ukrainie.

Dlaczego rosyjski blitzkrieg nie powiódł się?

- Problem Putina polega na tym, że po ośmiu latach walk w Donbasie Ukraińcy zbudowali dobrze przygotowaną, nowoczesną armię oraz trudną do zdobycia infrastrukturę obronną w Doniecku i Ługańsku. Po tygodniach desperackiej ofensywy Rosjanie posunęli się ledwie o kilka kilometrów. Aby uzupełnić siły, Rosja rozpoczęła tajną akcję mobilizacyjną - czy może raczej dyskretną, tak aby nie straszyć ludności. Wkrótce jednak żołnierze przekonają się, że nie mają wystarczającej ilości broni i amunicji. A przemysł zbrojeniowy z powodu sankcji nie ma możliwości zdobywania elektronicznych części składowych.

Przygotowania do Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, Szwajcaria, 22 maja 2022 r.Światowe Forum Ekonomiczne w Davos po raz pierwszy bez Rosji

Putin chciał niemal desperacko jakiegoś zwycięstwa, małych "kotłów", schwytania kilkuset, może kilku tysięcy ukraińskich żołnierzy, w nadziei, że uda mu się wymusić negocjacje w sprawie zawieszenia broni. Z kolei Ukraińcy prowadzą wyścig z czasem i mają nadzieję na szybsze pozyskanie amerykańskiej broni, aby ją wykorzystać w Donbasie, gdzie wojna jest prowadzona z niespotykaną jak dotąd intensywnością. I gdzie straty w ludziach i technice bojowej są ogromne.

Jeśli wojna się rozstrzygnie, jak pan twierdzi, na polu bitwy, to jak Ukraina ma definiować zwycięstwo militarne? Czy wystarczy jej odzyskanie terytoriów okupowanych i anektowanych przez Rosję?

- Zarówno ukraiński prezydent, jak i jego minister spraw zagranicznych wielokrotnie powtarzali, że celem jest wyzwolenie terytorium od rosyjskich okupantów, czyli powrót do legalnych granic państwa sprzed aneksji Krymu i proklamowania separatystycznych republik ludowych. Natomiast Rosja chce zaanektować Chersoń, Melitopol, Mariupol i jak największą część Donbasu, czyli tereny, które są jeszcze kontrolowane przez rosyjską armię. Gdy tylko Rosja zaanektuje te tereny, a Ukraina nasili kontrofensywę w celu ich wyzwolenia, istnieje niebezpieczeństwo, że Putin uzna to za atak na Rosję, zarządzi powszechną mobilizację i powoła się na artykuł rosyjskiej strategii bezpieczeństwa, który mówi, że w obliczu egzystencjalnych zagrożeń odpowiedzią będzie użycie broni jądrowej.

Władimir Putin - zdjęcie archiwalnePutin odpowiada Zachodowi. Podpisał dekret o sankcjach odwetowych

Co oskarżenia Putina mówią o stosunkach Rosji z Zachodem? I co Zachód powinien jeszcze zrobić, żeby odpowiedzieć na wrogość Moskwy?

- Oskarżenia pod adresem Zachodu tylko wzmacniają radykalną narrację Kremla, że to Zachód ponosi winę za wybuch wojny, że Putin nie miał żadnego innego wyboru, że Rosja jest ofiarą potężnego amerykańskiego spisku. A ściślej mówiąc, spisku Anglosasów - to nowy termin, który stał się modny w Moskwie. Pyta pan, co Zachód może z tym zrobić? Zachód musi pomóc Ukrainie w obronie własnej. Oznacza to pomoc finansową, broń ofensywną, wsparcie moralne ze strony opinii publicznej, wsparcie polityczne. Zachód nie zdaje sobie sprawy z rosyjskiego zagrożenia. Rok 1814, kiedy rosyjscy żołnierze zajęli Paryż, jest bardzo odległy. Europa Zachodnia ma krótką pamięć, jest cyniczna i merkantylna.

Europa Środkowa i Wschodnia miała wielkie historyczne szczęście w kontaktach ze światem anglosaskim, ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Wielką Brytanią. Kluczową rolę odgrywa Polska, repozytorium pamięci historycznej Europy Środkowej i Wschodniej - przez wieki najważniejsza potęga polityczno-wojskowa w regionie. Polska będzie liderem tych narodów słowiańskich, które za kilkadziesiąt lat zintegrują się ze światem euroatlantyckim. Powstanie blok słowiański składający się z Ukrainy, Białorusi (Putin pociągnie za sobą w przepaść Łukaszenkę), Czech, Słowacji i krajów bałtyckich.

Zobacz wideo Czy prezydent Duda przyjął właściwą postawę wobec konfliktu w Ukrainie? Bronisław Komorowski ocenia

Przystąpienie Finlandii i Szwecji do NATO zdecydowanie umocni wschodnią flankę Sojuszu w kierunku północnym, po Bałtyk, kontynuując tym samym proces wzmacniania Sojuszu rozpoczęty na szczycie NATO w Warszawie w czerwcu 2016 roku. Ten liczący 100 milionów mieszkańców blok słowiański zmieni układ sił w obozie zachodnim. Zmniejszą się wpływy Francji i Niemiec, które będą coraz mniej istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa. Już teraz Polska i Ukraina są najważniejszymi sojusznikami i partnerami Amerykanów w Europie - i pozostaną nimi jeszcze przez wiele lat. Tak będzie nawet wtedy, gdy Ukraina nie stanie się członkiem NATO. Zaufanie w zdolności NATO do reagowania na zagrożenia rosyjskie i tak będzie spadać, gdy będą tam tacy członkowie, jak Węgry Viktora Orbána.

Co to znaczy dla krajów takich, jak Republika Mołdawii czy Rumunia - państwa NATO położonego na południowo-wschodniej flance Sojuszu?

- Ta wojna zmieni całą Europę Wschodnią. Zmieni się więc także los Republiki Mołdawii. W ślad za Ukrainą kraj ten będzie nadal dążył do UE, ale nie będzie mieć realnych szans, dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia Naddniestrza. Przy odrobinie szczęścia można stworzyć sprzyjające warunki do jej rozwiązania. Ważne jest, aby prozachodnio zorientowana prezydentka Mołdawii Maia Sandu nie przegapiła tego momentu.

Rumunia spróbuje stworzyć tandem z Bułgarią, co jednak wcale nie musi się udać, ponieważ Sofia unika wszelkich skojarzeń z Bukaresztem - zarówno w związku z Schengen, jak i kwestią przystąpienia do strefy euro. Rumunia będzie coraz bardziej oddalona od ważnych decyzji w regionie, mimo że miała najlepszą pozycję wyjściową. Frustracja elity politycznej i bezpieczeństwa w Bukareszcie będzie rosła wraz z obawą, że zostanie ona zmieciona w następnych wyborach - w podobnym kontekście jak w 2004 roku, kiedy to pod wrażeniem pomarańczowej rewolucji w Ukrainie rumuńskie wybory prezydenckie niespodziewanie wygrał Traian Basescu.

Skoro Kreml, dla którego prawdziwym casus belli było trwanie Ukraińców przy wartościach zachodnich, znajduje się - jak słyszymy ze strony rosyjskiej - w stanie wojny z Zachodem, czy istnieją jakieś inne siły w Rosji, które mogłyby zapobiec eskalacji konfliktu i pozbawić Władimira Putina władzy?

- Sądzę, że Rosja od dawna znajduje się w stanie wojny z Zachodem, tyle że od 24 lutego 2022 roku jest to już wojna konwencjonalna. W kwestii zdolności rosyjskich elit do zapobieżenia eskalacji nie mam żadnych złudzeń. Nie wykluczam jednak scenariusza, w którym Putin w wyniku puczu zostanie odsunięty od władzy, a nowy przywódca spróbuje zakończyć wojnę, aby uniknąć upokarzającej porażki i warunków pokoju zakładających rozbrojenie i defaszyzację Rosji. W ten sposób powstałby nowy porządek świata, w którym nie byłoby już żadnego powodu, żeby Rosja miała funkcjonować jako stały członek Rady Bezpieczeństwa.

Zachód musi jednak jasno dać do zrozumienia, że Rosja nie zacznie żadnej nowej wojny zaczepnej, żadnej wendety. W przeciwnym razie kolejne pokolenia po nas również będą toczyć swoje wojny z Rosją i nikt nie wie, czy je wygrają. W każdej chwili mógłby się na Kremlu pojawić się nowy Putin i ponownie zagrozić Europie Środkowej i Wschodniej.

*Rumuński historyk Armand Gosu jest profesorem nadzwyczajnym historii politycznej Rosji i Związku Sowieckiego na Uniwersytecie w Bukareszcie.

Autor: Peter Janku

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle

 
Więcej o: