- Zanieczyszczenia? Dla mnie to jest bzdura, ja nie wierzę w czyste powietrze. Jakieś lobby za tym jest - powiedział Robert, pracownik elektrowni węglowej, uczestnik protestu przed Ministerstwem Klimatu. Podkreślał też, że elektrownie takie jak jego zakład zapewniają Polsce bezpieczeństwo energetyczne, a system - jego zdaniem - nie jest gotowy na odejście od węgla.
Głównym powodem piątkowego protestu, który zgromadził kilkuset pracowników sektora górniczego, jest ministerialny projekt norm jakości węgla. Resort klimatu tłumaczy, że chce ograniczyć spalanie w gospodarstwach domowych paliwa, które powoduje najwięcej zanieczyszczeń. Do tego poprawa norm jest jednym z warunków do spełnienia, żeby otrzymał kolejną transzę pieniędzy z Unii w ramach KPO.
Jednak rzeczywistość w polskim sektorze wydobywczym wygląda tak, że węgla dobrej jakości prawie nie ma. Sama ministerka przemysłu w Sejmie mówiła ostatnio, że polski węgiel to "odpad". Gorsze paliwo (np. bardziej zasiarczone) można spalać w elektrowniach czy ciepłowniach, które mają specjalne filtry zatrzymujące część zanieczyszczeń. Domowe piece - w Polsce wciąż jest ponad 2,2 miliona "kopciuchów" - takich filtrów nie mają, a zanieczyszczenie trafia do powietrza i naszych płuc.
Protestujący górnicy przed ministerstwem skandowali, że wyższe normy jakości sprawią, iż więcej węgla do gospodarstw będzie musiała pochodzić z importu. Ich zdaniem - z Rosji, choć na rosyjski węgiel nałożono embargo. Jednak argumenty dotyczące cen, miejsc pracy czy bezpieczeństwa energetycznego mieszały się na proteście z kpinami z ekologii w ogóle, zaprzeczaniu zmianom klimatu i wyklinaniu rządzących (tak obecnych, jak i wcześniejszych).
Pracownicy elektrowni węglowej Siersza mówili o obawie o utratę miejsc pracy już w kolejnych latach. Z kolei związkowcy z Bełchatowa uważają, że brakuje dobrego planu, który zapewni nie tylko przyszłość dla pracowników elektrowni i kopalni, ale też samej miejscowości. Pojawiły się głosy, że transformacja musi być przeprowadzona lepiej, a rząd - w tym poprzedni - nie są uczciwe z górnikami. - Nie chcemy być drugim Wałbrzychem! - krzyczeli górnicy, nawiązując do szokowej transformacji i zamykania kopalń w latach 90.
Kilku z występujących podważało jednak cały sens zielonej transformacji, od negowania zmiany klimatu, po kpiny z odnawialnych źródeł energii. Mówili, że z powodu energii odnawialnej - czy też "szkiełek i wiatraczków" w domach "będzie ciemno i zabraknie prądu". Zamiast tego Polska miałaby postawić na "tani prąd z niskoemisyjnych technologii węglowych".
- Stworzyli knota, który niszczy polskie górnictwo. Dostali o tym informację. I co? I dalej w to brną w to, że ratują środowisko. W jaki k**a sposób ratują to środowisko!? Mamią nas tym zielonym szaleństwem - grzmiał ze sceny jeden ze związkowców. - Mówią nam, że to my niszczymy świat, jak zabijamy wiewiórki, jak delfiny przez nas umierają - mówił inny.
- To największe kłamstwo XXI wieku, że dwutlenek węgla jest gazem cieplarnianym. Wmówiono, że tak jest, a prawdziwi naukowcy udowadniają, że to jest kłamstwo wymyślone, żeby wyrzucać Polaków z domów - mówił jeden ze związkowców z Bełchatowa i podkreślał, że tamtejsza kopalnia i elektrownia nie stoją w sprzeczności z ekologią, bo "wokoło jest zielono". (W rzeczywistości CO2 jest gazem cieplarnianym, to powodowane przez nas emisje ocieplają klimatu, a Bełchatów jest największym pojedynczym emitentem w UE).
"Zdrajcy", "złodzieje" - krzyczano pod adresem polityków. Dostawało się i obecnie rządzącym, i poprzedniej ekipie: "rządy się zmieniają, a idioci dalej u władzy". Jeden mężczyzn na scenie mówił o ministerce klimatu Paulinie Hennig-Klosce "minister Paulina" dodając, że "nie chce przekręcić nazwiska, bo nie zna niemieckiego".
Wśród wątków energetycznych mieszały się także zupełnie z sektorem niezwiązane. - Nie chcę, żeby moje dzieci musiały jechać zbierać szparagi w Niemczech! Sen, który miała Angela Merkel, że przyjadą z Afryki inżynierowie, skończył się, bo oni przyjechali jedynie po zasiłki - mówił jeden ze związkowców na scenie, na co kilka osób z tłumu zaczęło skandować "gwałciciele".
Gdy na scenie przed gmachem ministerstwa trwały wystąpienia, w środku przedstawiciele związków rozmawiali o swoich postulatach. Wyszli przede wszystkim z zapowiedziami dalszych spotkań dotyczących ich obaw oraz zmian w rozporządzeniu dot. norm węgla.
- Minister powiedział, że na podkomisji sejmowej wprowadzili pewne zmiany. Jest jeszcze problem kilku kopalń, ale będą dalsze ustalenia. Mam nadzieję, że dojdzie do porozumienia - powiedziano protestującym. Na wspomnianym posiedzeniu podkomisji kilka tygodni temu ministerstwo zaproponowało wydłużenie terminów dla nowych norm.
"Pracujemy nad tematem razem z Ministerstwem Przemysłu. Mamy już wszystkie dane, żeby wylądować z projektem" - napisał później na Twitterze wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta. Dwa dni wcześniej na spotkaniu z dziennikarzami zapewniał, że jest zdeterminowany do osiągnięcia kompromisu.
- Trwają rozmowy ws. naszych bloków energetycznych. Wiedzą, że trzeba przedłużyć dalej niż do 2028 rynek mocy (to mechanizm wsparcia finansowego dla firm energetycznych, których działanie jest potrzebne z punktu widzenia systemu). Mówi się, że trzeba ustalić, które miejsca mają pracować dłużej niż 5 lat, które dłużej niż 10 lat - relacjonowali związkowcy temat transformacji energetycznej.
Węgiel dla gospodarstw domowych stanowi stosunkowo niewielką część wydobycia (wg Ministerstwa Klimatu ok. 7 proc.), zdecydowana większość trafia do profesjonalnych instalacji. Do tego zgodnie z planami i programami (w tym przyjętymi jeszcze za rządów PiS) popyt na niego powinien szybko kurczyć się w kolejnych latach. Ponad połowa województw ma już uchwały antysmogowe; w ciągu kolejnych kilku lat pozostałe 2 miliony "kopciuchów". Do 2030 roku mielibyśmy skończyć z paleniem węglem w miastach. Do tego za kilka lat wejdzie w życie unijny system handlu emisjami w sektorze ogrzewania, co będzie oznaczać znaczny wzrost cen węgla.