RE:CYCLING! - tak brzmi hasło nowej wyprawy Mateusza Waligóry przez Polskę. Podróżnik, który zdobył biegun południowy oraz dotarł na szczyt Mount Everestu z poziomu morza, od kilku lat przemierza Polskę i wytycza nowe szlaki nad Wisłą. Po serii wypraw pieszych planuje pokonać 3500 km dookoła Polski na rowerze elektrycznym. A przy okazji podróży chce zwracać uwagę na problem elektroodpadów, starych baterii i nie tylko. Relacje z wyprawy, a także towarzyszące jej rozmowy z ekspertami o ekologii, recyklingu i zrównoważonym transporcie znajdziecie regularnie w Gazeta.pl.
Mateusz Waligóra: To różnica tylko na pierwszy rzut oka. Bo kiedy spojrzymy na mapę Polski i prześledzimy te granice, to co się okazuje? Podążając za nimi, będę jechał najpierw wzdłuż gór, później ściana wschodnia - lasy, puszcze. A do tego rejon wrażliwy w kontekście tego, co dzieje się na naszej wschodniej granicy. Odwiedzę wiele miejsc, w których nie byłem: Mazury, wschód Polski, Białowieżę.
Później to wybrzeże Bałtyku i Odra, a więc okazje do zobaczenia, co zmieniło się od ostatnich wypraw. Więc teoretycznie trasę wyznaczają granice, ale w praktyce to dalej szlaki natury.
W dotychczasowych - głównie pieszych - wyprawach przeszedłem ponad trzy tysiące kilometrów przez Polskę. Tym razem chciałem coś zmienić. Sposób poruszania się wpływa na perspektywę. Inaczej postrzegamy miejsca, przez które wędrujemy. Spotykamy inne osoby i słyszymy inne historie. Dlatego wiedziałem, że kolejna wyprawa przez Polskę będzie na rowerze.
Porównuję to do czytania książki. Jeśli jedziemy w podróż tylko do Zakopanego lub tylko do Gdańska - które są piękne, kolorowe - to tak, jakbyśmy zobaczyli zaledwie okładkę książki. A przecież treść to to, co jest między tymi okładkami. I w podróży ciekawi mnie wszystko to, co jest między Gdańskiem a Zakopanem.
Rower pozwala zobaczyć wsie i miasteczka, poczuć zapachy, usłyszeć dźwięki, spotkać ludzi. Poruszając się między nimi samochodem, pociągiem czy samolotem, omijamy to wszystko, możemy poczuć - w najlepszym wypadku - kanapki, a w najgorszym nogi współpasażerów, którzy zdejmą buty. Taka powolna podróż jest kompletna. I ja niezmiennie powtarzam, że marsz wzdłuż Wisły to wyprawa, która zmieniła moje życie.
Wcześniej zawsze podróżowałem daleko, na inne kontynenty, najczęściej w miejsca odludne. W 2020 roku pandemia sprowadziła mnie na ziemię i zamiast przechodzić pieszo przez Australię, musiałem zostać w Polsce. Postanowiłem przejść wzdłuż Wisły. I to właśnie na tej wyprawie zrozumiałem, że nie muszę po raz kolejny jechać na pustynię Gobi albo do Patagonii, żeby przeżyć przygody, które zapamiętam na długo.
Wcześniej wydawało mi się, że odkrywanie walorów Polski mogę sobie zostawić na podróżniczą emeryturę. A teraz, chociaż nie rezygnuję z innych podróży, to nie wyobrażam sobie roku bez wyprawy przez Polskę.
Po powrocie z wyprawy na Everest ludzie najczęściej pytają o dwie rzeczy: o "trupy" - takiego określenia używają - oraz o śmieci. Ile tych śmieci widziałem, czy zabrałem swoje. Oczywiście, że zabrałem. Ale muszę powiedzieć, że na Evereście, o którego zaśmieceniu wiele się mówi, nie widziałem tyle odpadów, co nad Wisłą i Odrą albo na plażach Bałtyku po sezonie.
To dlatego te wyprawy w Polsce są dla mnie takie ważne. Lepiej poznaję swój kraj, w tym jego ciemniejsze oblicze. I kiedy widzę meblościanki wyrzucone na brzegach Wisły, to myślę, co mogę z tym zrobić i jak ważne jest, żeby opowiadać o problemach i wyzwaniach, których nie dostrzegamy na własnym podwórku.
Widzę, jak z roku na rok wzrasta popularność pojazdów elektrycznych, w tym rowerów. Uznałem, że warto spróbować i przyjrzeć się im bliżej. Pozwoli mi on też pokonać zaplanowaną trasę pomimo problemów ze zdrowiem, które są owocem wszystkich poprzednich wymagających wypraw.
Nie bez znaczenia jest też to, że każda moja wyprawa przez Polskę jest poświęcona jakiemuś ważnemu zagadnieniu. A skoro rower elektryczny, to chciałbym poruszyć temat recyklingu, szczególnie elektroodpadów. Baterii z urządzeń od smartfona po rower. Ja sam jestem typem człowieka, który wciąż w szufladzie ma Nokię 3310, a w smartfonie trzy razy wymienia baterię. Ale wiem, że nie jest to powszechne. Zacząłem się więc zastanawiać: co dzieje się z tymi telefonami, które są co rok albo dwa lata wymienione na nowszy model. Co z bateriami z rowerów, hulajnug - pomijając te, które lądują na dnie Odry lub Wisły?
Rower pokazuje też kolejne ważne zagadnienie: jadąc nim przez wsie i miasteczka trafiam w miejsca, gdzie pociągu nie ma, gdzie żaden autobus nie dojeżdża. Bez samochodu nie sposób gdzieś dalej dojechać. A może rower - także elektryczny - to jakieś rozwiązanie? Transport, wykluczenie komunikacyjne - to kolejny temat, który chcę poznać lepiej.
Szybko po pierwszych przejażdżkach przyszło pierwsze zaskoczenie: wyobrażałem sobie, że kiedy rower elektryczny przestaje wspomagać się baterią, to jadę tak samo lekko, jak na zwykłym rowerze, z którego korzystam na co dzień. Ale okazuje się, że rower taki jest wyraźnie cięższy i bez wspomagania pedałuje się trudniej.
Zakładam, że przyda mi się ono głównie w górach, w trudniejszej pogodzie, gdy będę jechał pod wiatr lub słabiej się czuł. A na innych odcinkach pojadę bez niego, żeby zadbać o kondycję - muszę utrzymać formę przed już zaplanowaną wyprawą na pustynię Gobi. Zresztą sam rower też działa tak, że trzeba włożyć wysiłek, choćby dlatego, że powyżej pewnej prędkości wspomaganie elektryczne jest odcinane.
Jeśli chodzi o ładowanie, to na pewno będzie wymagało to trochę więcej logistyki. Na tradycyjnym rowerze mogłem rozbić namiot tam, gdzie dojechałem, i rano jechać dalej. Teraz będę musiał myśleć o tym, gdzie go podładować. Poza tym 3500 kilometrów jednej wyprawy to będzie dla roweru całkiem wymagający test. I sam jestem ciekaw, jak się sprawdzi.