Rolnik ma zapłacić odszkodowanie za uciążliwy zapach. "Może stać się precedensem"

- Muszę zapłacić odszkodowanie za to, że jestem rolnikiem - mówi w Sejmie Szymon Kluka. Sąd nakazał mu zapłacić 120 tys. zł odszkodowania dla sąsiadów za uciążliwy zapach z chlewni. Ministerstwo Rolnictwa zadeklarowało wsparcie oraz rozwiązania. Głos zabrały też osoby z innych części Polski, które są w odwrotnej sytuacji i mówią, że hodowla w sąsiedztwie niszczy ich życie.
Chlewnia (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Michał Grocholski / Agencja Wyborcza.pl

Wyrok w tej sprawie zapadł już w 2022 roku, a we wrześniu tego roku potwierdził go Sąd Apelacyjny (zmniejszył jednak zarządzone odszkodowanie). Szymon Kluka, rolnik z Grodziska koło Łodzi, ma zapłacić sąsiadom odszkodowanie za nieprzyjemne zapachy z chlewni. Po tym, jak zapadł wyrok, sprawą zajęło się Ministerstwo Rolnictwa i Sejm. 

Zobacz wideo Szadkowska: Nie ma miejsca na hodowlę klatkową w Unii Europejskiej

- Prowadzę gospodarstwo przekazywanie z ojca na syna. Teraz dorobek mojego życia może zostać zniszczony. Dlatego, że według moich sąsiadów zapach ciężkiej pracy na wsi to coś nie do zniesienia - mówił Kluka na posiedzeniu sejmowej komisji rolnictwa. 

Rolnik mówił, że prowadzi działalność zgodną z prawem, spełniającą wszystkie normy dot. dobrostanu zwierząt i ochrony środowiska. - Teraz muszę zapłacić odszkodowanie za to, że jestem rolnikiem. Ta sytuacja jest osobistym, dramatem dla mnie i mojej rodziny, grozi nam bankructwo - mówił i podkreślał, że karę zarządzono za zapach, który jest "naturalną częścią produkcji rolnej".

- Każdy z nas może być następny - powiedział na koniec. Jego obawę podzielali inni rolnicy i przedstawiciele rolniczych związków zawodowych, którzy zabierali głos na posiedzeniu komisji. Padły słowa o "hejtowaniu rolników", osobach sprowadzających się na wieś, które próbują wprowadzać własne zasady, a nawet "wojnie kulturowej". 

"Jesteśmy więźniami we własnym domu"

Na posiedzeniu komisji nie było sąsiadów, którzy pozwali rolnika. Jednak głos zabrało kilka osób, które są po drugiej stronie takich sporów - jednak w przypadkach dotyczących znacznie większych hodowli (w hodowli Szymona Kluki jest 360 świń).

Renata Derleta, sołtyska wsi Kolonia Kuźnia (województwo mazowieckie), mieszka tuż obok chlewni na 6000 tuczników. - Otworzenie okna, wywieszenia prania graniczy z cudem. Proszę sobie wyobrazić, jak w sierpniu w upale sąsiad wywozi gnojowicę. My jesteśmy więźniami we własnym domu - mówiła w Sejmie. Według jej relacji właściciel hodowli nieprawidłowo postępuje z martwymi zwierzętami i "zdechlaki leżą na polu", a "żadna instytucja nic z tym nie robi".

- Nasze dzieci muszą wychowywać się w warunkach niekorzystnych dla zdrowia i samopoczucia. Nie możemy zaprosić do siebie znajomych - mówiła. Kobieta mówiła, że niemożliwe okazało się sprzedanie domu i działki sąsiadujących z chlewnią, bo kupcy rezygnowali, gdy widzieli - i czuli - jakie panują tam warunki.

Maja Kubit, reprezentująca stowarzyszenie Otwarte Klatki, które walczy o dobrostan zwierząt hodowlanych, zwracała na posiedzeniu komisji uwagę na to, że niewiele było głosów mieszkańców wsi, którzy zmagają się z takimi problemami jak sołtyska. Jej krótkie wystąpienie wywołało złość przedstawicieli rolniczych związków zawodowych, którzy krzyczeli, że nie powinna w ogóle zostać wpuszczona na posiedzenie.

 

Lucyna Prolejko z Podlasia mówiła, że w jej regionie "sprowadzili się nie mieszkańcy, a ferma". Zwracała uwagę na ogromną różnicę w skutkach między hodowlą na małą skalę a przemysłową. W chlewni w gminie Giby miałoby być 1996 świń. Zdaniem protestujących mieszkańców taka liczba to nie przypadek, bo gdyby zwierząt było 2000 lub więcej, to konieczny byłby inny rodzaj pozwolenia na działalność.

- To ten chów przemysłowy zjada was, którzy prowadzicie hodowlę zrównoważoną - powiedziała, zwracając się do rolników. Ostrzegła, że wielkie, przemysłowe hodowle doprowadzą do opustoszenia wsi. 

- Ta ferma, która miałaby powstać na pojezierzu sejneńskim, to jest zabicie działających tam 70  małych gospodarstw agroturystycznych - powiedziała. Waldemar Kwaterski, radny sejmiku podlaskiego z KO, który także sprzeciwia się budowie tej chlewni, mówił, że "rozumie pana Klukę", który prowadzi stosunkowo małą hodowlę i "został niesprawiedliwie potraktowany". Ale podkreślił, że trzeba rozróżnić to od hodowli przemysłowej. - Nie jesteśmy przeciwko rolnictwu. Ale to nie ma nic wspólnego z rolnictwem i nie można do jednego garnka wrzucać pana Kluki i takich problemów, jak my mamy - stwierdził. 

Ministerstwo chce wesprzeć rolnika przed sądem

Wsparcie dla rolnika - oraz systemowego rozwiązania - deklarowali politycy różnych opcji, w tym rząd. - To absurd. Trzeba ponad podziałami podjąć działania, żeby to spróbować rozwiązać - mówił wiceminister rolnictwa Jacek Czerniak.

Drugi z wiceszefów resortu rolnictwa, Stefan Krajewski - podobnie jak inni politycy - ocenił, że wyrok może  być "precedensem" dla wielu spraw sądowych. 

W Polsce co do zasady nie mamy prawa precedensowego - to obowiązuje w krajach anglosaskich i oznacza, że jeden wyrok sądu staje się podstawą do orzekania przez inne sądy. W polskim systemie wyrok dotyczy tylko jednej, konkretnej sprawy, a każda inna - nawet bardzo podobna jest rozstrzygana indywidualnie. Jednak w praktyce sądy zwracają uwagę na to, jak wcześniej orzekano w podobnych sprawach. Takie orzeczenia ich nie obowiązują, jednak sądy mogą brać je pod uwagę. 

Rolnicy i politycy dyskutujący podczas komisji wprost wyrażali też obawy, że taki wyrok może być sygnałem dla osób rozważających podobne pozwy - pokazując, że można je wygrać. 

Sporów między mieszkańcami wsi jest więcej, a według osób przemawiających w Sejmie ich liczba rośnie. Takie spory nie zawsze dotyczą hodowli zwierząt. Rolniczka Dorota Głowacka mówiła w Sejmie, że sąd nakazał jej płacić odszkodowanie za uciążliwości związane z suszeniem kukurydzy. - W naszym gospodarstwie nie mamy zwierząt, tylko suszarnię do suszenia zboża. Suszę kukurydzę jesienią i zostałam skazana - mówiła. Sąd nakazał jej używanie suszarni tylko w określonym czasie, ale - jak ironizowała kobieta -  "kukurydza nie rozumie, że ma być gotowa w konkretnym miesiącu". - Żniwa na Podlasiu dobiegły końca, a moja kukurydza została na polu - powiedziała.

 - Bywa, że sąsiedzi wzywają policję, gdy maszyny z pól zostawiają błoto na drogach lub gdy są nieprzyjemne zapachy - powiedział Krajewski. Ministerstwo zadeklarowało wsparcie dla Szymona Kluki w składaniu skargi kasacyjnej. Krajewski dodał też, że sprawą zajmuje się Rzecznik Praw Obywatelskich, a ministerstwo zwróciło się do prokuratora generalnego.

Zmiana przepisów?

Strona rządowa mówiła o potrzebie wypracowania rozwiązań, które mają pomóc unikać takich konfliktów. Jednym z nich miałaby być tak zwana ustawa odorowa i ustawa odległościowa, która regulowałaby kwestie lokowania np. kurników czy chlewni, minimalnej odległości od budynków mieszkalnych. Wiceminister wspomniał też o oddzieleniu "wsi produkcyjnej" od części mieszkalnej w planach ogólnych.

Na posiedzeniu komisji wielokrotnie odwoływano się do prawa wprowadzonego we Francji. Przyjęta w ubiegłym roku ustawa ma chronić rolników przed skargami sąsiadów dotyczących np. uciążliwych zapachów albo hałasu, a także przed pozwami wytaczanymi im przez osoby, które przeprowadziły się na wieś.

Jedna z przedstawicielek organizacji rolniczych mówiła o podobnym pomyśle, by osoby przeprowadzające się na wieś musiały podpisywać deklarację, że nie będą sprzeciwiać się produkcji rolnej.

- Wariant francuski jest różnie w resorcie rolnictwa oceniany. Będziemy to analizować - zadeklarował wiceminister.

Takie pomysły budzą obawy organizacji pozarządowych, które zajmują się dobrostanem zwierząt. Te boją się, że mogą być wykorzystywane nie tylko do obrony małych gospodarstw, ale też "zamknięcia ust" mieszkańcom wsi, którzy protestują przeciwko rozwojowi wielkich, przemysłowych hodowli.  - Takimi przepisami odbierzecie nam prawo głosu - mówiła Lucyna Prolejko, która obawia się, że budowa wielkich, przemysłowych ferm zniszczy działające tam małe gospodarstwa i agroturystykę. 

Więcej o: