- Nie chcemy być kurnikiem Europy! - skanduje grupa przed Kancelarią Premiera. Jest 22 marca. Mieszkańcy miejscowości na wschodzie Polski przyjechali domagać się od Donalda Tuska działań i przypomnieć mu wyborcze obietnice. Powstające jedna po drugiej fermy na kilkaset tysięcy, czasem kilka milionów kur, widzą jako wyrok.
A ferm robi się coraz więcej. Proces nabiera tempa. - Tak źle jeszcze nie było - mówi nam Bartosz Zając z Koalicji Stop Fermom Przemysłowym, gdy rozmawiamy z nim w połowie czerwca. - Burmistrzowie i wójtowie są bombardowani wnioskami o wydanie pozwoleń na budowę nowych kurników.
Akurat w dniu, w którym rozmawiamy, w Kopytowie, gmina Kodeń, trwa uroczyste poświęcenie kapliczki i fermy Wipasz, jednego z potentatów branży drobiowej. Jest ksiądz, prezes i mieszkańcy. Ale zapewne nie ci, którzy od lat protestowali przeciwko kolejnym fermom w gminie Kodeń.
Takich protestów jest coraz więcej, ale rzadko okazują się skuteczne. Często mieszkańcom trudno dowiedzieć się o planach budowy ferm odpowiednio wcześnie, by coś zrobić. - A jeśli nawet szybko zareagują, to nie ma gwarancji, że przyniesie to efekt. Wielka ferma może praktycznie bez żadnych ograniczeń pojawić się za siatką każdego z nas. Prawo w Polsce jest po stronie potężnych koncernów - mówi Zając.
O lukach w prawie za chwilę.
Zacznijmy jednak od sprawdzenia, ile nowych przemysłowych ferm drobiu powstało od początku ostatniego roku oraz ile kolejnych czeka na potrzebne zgody.
Z uzyskanych i przeanalizowanych przez nas danych wynika, że w ciągu ostatnich 17 miesięcy (od początku 2023 r.) w Polsce powstały 32 nowe przemysłowe fermy drobiu, a przynajmniej 23 czekają na ostatnie zgody. Dotarliśmy również do informacji o kilku następnych, które są w tej chwili opiniowane przez wójtów i burmistrzów. Średnia - prawie dwie nowe fermy w miesiącu. Z ostrożnych szacunków wynika, że w jednym momencie będzie przebywać na nich ponad 130 mln kur.
Wytłumaczmy jeszcze, czym są fermy przemysłowe - to miejsca, w których w jednym momencie przebywa co najmniej 40 tys. kur. Ale w praktyce te instalacje są o wiele większe: 60 tys. lub więcej ptaków tylko w jednym kurniku. Pięć, dziesięć, czasem kilkadziesiąt kurników na fermę.
Wszystkie dane nanieśliśmy na mapę. Ważna informacja: na mapie zaznaczyliśmy miejscowości, w których powstają fermy, a nie ich adres. Dokładną lokalizację działek można znaleźć w BIP odpowiedniego Urzędu Marszałkowskiego. Dotyczy to tylko ferm już istniejących. Informację o toczących się postępowaniach można znaleźć w BIP danej gminy.
Po spojrzeniu na mapę widać, że w kilku regionach Polski rozrastają się kurze zagłębia. Niektóre z nich to miejsca, gdzie przemysł drobiarski rośnie gwałtownie od lat. Z perspektywy firm skupienie produkcji ma sens ekonomiczny - w jednym obszarze lokowane są fermy, ubojnie i składy paszy. To ułatwia logistykę i obniża koszty transportu. Jednak dla mieszkających obok ferm ludzi koncentracja biznesu oznacza nagromadzenie problemów.
Przemysłowa hodowla drobiu może mieć potężny wpływ na sąsiadów ferm i środowisko. Smród to najbardziej oczywisty kłopot. Ale fermy, na których w ciągu roku żyją miliony kur, emitują do wody, gleby i powietrza groźne dla zdrowia substancje.
Mimo tych zagrożeń nie da się w łatwy sposób sprawdzić, gdzie powstają nowe fermy. Żadna z państwowych instytucji nie publikuje takiej mapy, jak ta przygotowana przez nas. W procesie wydawania pozwoleń na fermy przemysłowe nie bierze się pod uwagę tego, jakie jest nagromadzenie kurników - i ich skutków - w regionie. W ocenach oddziaływania na środowisko można wyczytać, że "uciążliwość zapachowa zamyka się w granicach działki". Aby zebrać dane i stworzyć mapę, musieliśmy prosić o dane poszczególne urzędy marszałkowskie (a nie wszystkie chciały udzielić nam informacji).
Jednym z kurzych zagłębi jest północ Mazowsza, szczególnie trójkąt Żuromin - Mława - Ciechanów. W gminie Radzanów oficjalnie mieszka około 3800 osób. Każdego roku hodowane są tam dziesiątki milionów kur. Tylko od początku 2023 r. w gminie powstały cztery fermy. Największa, we Wróblewie, to prawdziwy gigant - w jednej chwili może tam przebywać 2,5 miliona brojlerów. Kury hodowane na mięso żyją krótko, dlatego prowadzący fermę są w stanie wymienić je sześć razy. W sumie cykli na fermie we Wróblewie jest więc siedem w ciągu roku, a ptaków - 17 mln.
Obecnie toczą się jeszcze co najmniej dwa postępowania ws. kolejnych kurników w tej gminie.
Poniższa grafika obrazuje rozwój ferm przemysłowych w latach 2006-2024 tylko w jednym fragmencie gminy, wokół wsi Bońkowo i Wróblewo. Wielkie kompleksy podłużnych budynków to instalacje fermy. Część z nich to kurniki.
Fermiarze w Sejmie, kurniki obok parków narodowych
W sumie na Mazowszu istnieją dziesiątki ferm. Tylko od początku 2023 r. powstało 12 nowych. Kolejnych 11 jest w drodze - informacje o nich są dostępne w BIP urzędu marszałkowskiego. Wiemy też o co najmniej pięciu kolejnych, których dokumentacja nie trafiła jeszcze do UM.
Wspomniana ferma we Wróblewie należy do imperium Koźlakiewiczów, założycieli Cedrobu. Ta firma znalazła się liście podmiotów sprowadzających ukraińskie zboże do Polski. W kilka biznesów z branży drobiarskiej należących o Koźlakiewiczów zaangażowana jest Maria Koźlakiewicz, świeżo upieczona posłanka Koalicji Obywatelskiej, która nie zdobyła mandatu w wyborach, ale w Sejmie zajmie miejsce wyjeżdżającego do Strasburga Marcina Kierwińskiego.
- Tworzący dziś rząd politycy tuż przed wyborami jeździli po Polsce i obiecywali rozwiązać problem zagłębi fermowych. Teraz mają władzę, ale nie wywiązują się z obietnic. W zeszłym roku mówili o złych firmach ściągających zboże z Ukrainy, jak Wipasz czy należący do Koźlakiewiczów Cedrob. A dziś Maria Koźlakiewicz wchodzi do ich ugrupowania. Trzeba postawić sprawę jasno - to była kiełbasa wyborcza, a każda nowa ferma wędruje na konto rządzącej koalicji - komentuje Zając.
Inny polityk z obozu rządzącej koalicji, wojewoda warmińsko-mazurski Radosław Król z PSL-u, chce wybudować fermę między mazurskimi jeziorami we wsi Wydminy, której przez lata był wójtem.
Wspomniany przez Zająca Wipasz jest odpowiedzialny za powstawanie nowych zagłębi fermowych w miejscach, które dotąd były od nich wolne: na pograniczu Mazowsza, Lubelszczyzny i Podlasia oraz coraz dalej w głąb w tych dwóch ostatnich województw.
Na Podlasiu od stycznia 2023 r. powstało sześć nowych ferm przemysłowych drobiu. Co najmniej trzy kolejne są w drodze i ich dokumentacją zajmuje się urząd marszałkowski, a papiery dwóch kolejnych są na razie u wójtów i burmistrzów.
Na Podlasiu kurniki powstają po sąsiedzku z miejscami cennymi przyrodniczo. W Kołodzieży w gminie Mońki ponad milion brojlerów będzie żyło 10 km od Biebrzańskiego Parku Narodowego i 15 km od Biebrzy.
W Marianowie w gminie Piątnica 2,7 mln kur trafi do hodowli ok. 2 km od Narwi i ok. 4 km od Łomżyńskiego Parku Krajobrazowego Doliny Narwi.
W pamiętających XV w. Rybołach w gminie Zabłudów ferma przemysłowa stanie nieopodal dwóch zabytkowych cerkwi. Wieś słynie z podlaskiego budownictwa drewnianego.
Siedem nowych ferm powstało na Lubelszczyźnie niedaleko ubojni Wipaszu w Międzyrzecu Podlaskim. W drodze jest ósma, która ma zostać wybudowana w Kątach w gminie Kodeń, kilkanaście kilometrów od Bugu i słynnego sanktuarium, do którego co roku udają się dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Obsada: 7 mln kur w roku.
- Właśnie dostałem zgłoszenie od mieszkańców wsi, gdzie na terenie Natura 2000 ma powstać obora przemysłowa - mówi Bartosz Zając z Koalicji Stop Fermom Przemysłowym.
Przepisy w Polsce dają inwestorom możliwości stawiania kurników nawet w takich miejscach. A jak już taka ferma zacznie działać, to szanse, że jakieś służby będą monitorować jej wpływ na środowisko, są minimalne. Realnie - nikt tego u nas nie robi. A nawet jeśli są jakieś przekroczenia, nawet jeśli kogoś złapią, to kary i mandaty są śmiesznie niskie. Zamknięcie fermy graniczy z cudem, a bywa, że nawet po decyzji sądu fermy nadal działają - dodaje Zając.
Te nowe fermy trzeba dodać do już istniejących - a tych, według danych zebranych przez inicjatywę Stop Fermom Przemysłowym, jest prawie 1300. To tylko wierzchołek góry lodowej, bo mówimy o danych pozyskanych od Urzędów Marszałkowskich (które wydają pozwolenie na instalacje, które mogą oddziaływać na środowisko). Nikt dokładnie nie wie, ile wniosków leży w biurkach wójtów i burmistrzów.
Ferma za siatką, bez pytania sąsiadów
- Niedawno odwiedziliśmy burmistrzów gmin Lubowidz i Żuromin oraz wójta gminy Kuczbork Osada. Powiedzieli nam wprost, że nie mają praktycznie żadnych narzędzi, żeby blokować ekspansję nowych ferm. Jedynym ratunkiem są miejscowe plany zagospodarowania, a tych większość gmin w Polsce nie posiada. Ale to ma się niedługo zmienić i dlatego tych wniosków jest teraz tak dużo - mówi Zając.
Zmiana, o której wspomina, ma się wydarzyć do końca 2025 r. Do końca przyszłego roku większość gmin w Polsce musi uchwalić plany ogólne. To jeden z punktów wpisanych do KPO.
- Hodowcy doskonale o tym wiedzą, więc próbują wyrwać tyle, ile mogą. Sprawy przyspieszyły jakieś pół roku temu i od tego czasu co chwilę spływają do nas najróżniejsze zgłoszenia dotyczące praktycznie wszystkich rodzajów ferm. O każdej skali. Zgłoszenia o oborach przemysłowych zdarzały się nam do tej pory rzadko, o fermach krów - praktycznie wcale. A teraz do wójtów spływa mnóstwo takich wniosków - mówi Zając.
I dodaje: Są hodowcy, którzy chcą otwierać pięć kurników na 300 tys. ptaków, ale gdy nie dostają na to pozwolenia, otwierają niewielkie fermy, byle tylko nie mieć obowiązku sporządzenia raportu środowiskowego. Liczą, że jak już coś postawią, to w przyszłości będą mogli się rozbudować.
Na liście, którą uzyskaliśmy z urzędu, nie ma na przykład fermy, która może powstać w Bejdach w gminie Olszanka. To jeszcze Mazowsze, ale blisko stąd na Podlasie i Lubelszczyznę. Do ubojni Wipaszu w Międzyrzecu Podlaskim jedzie się pół godziny. Wieś znajduje się niedaleko doliny Liwca i obszarów Natura 2000. Rolnicy żyli tutaj głównie z hodowli bydła mlecznego.
Ferma na sześć kurników i pół miliona brojlerów ma stanąć za siatką Grzegorza Izdebskiego. - Nie oszukujmy się, tam jest miejsce na cztery kolejne kurniki - mówi nam Izdebski.
Dom w Bejdach, położony na działce należącej do rodziny nieprzerwanie od pięciu pokoleń, ma także Mateusz Pietrusiak - To dla mnie drugi dom, ojcowizna, do której chętnie przyjeżdżam odpocząć. Jeśli ta ferma powstanie, to nie będę miał już gdzie odpoczywać, bo powietrze będzie gorsze niż w np. Warszawie. Stracę nie tylko miejsce, w którym wychowywał się mój dziadek, ale także pieniądze, bo spadnie wartość mojej nieruchomości.
Z ostatniego raportu przygotowanego przez rzeczoznawcę majątkowego dla Koalicji Stop Fermom Przemysłowym wynika, że nieruchomości w pobliżu wielkich kurników tracą na wartości nawet o 80 proc. - A i tak, nawet przy tak niskich cenach, trudno sprzedać domy, bo nikt ich nie chce kupić - wskazuje Zając.
Pietrusiak: - Mieszkający kilka kilometrów od Bejd inwestor zaczął kilka lat temu skupować ziemię. Mówił, że pod uprawę kukurydzy. Do końca starał się utrzymać w tajemnicy swoje prawdziwe intencje. A potem do naszego wójta wpłynął wniosek o budowę fermy i dowiedzieliśmy się prawdy.
Izdebski dodaje, że inwestycji sprzeciwiają się we wsi solidarnie wszyscy, bo boją się, że jej nie poznają. - Codziennie będą jeździć ciężarówki, nie mówiąc już o smrodzie. Boimy się spadku wód gruntownych i azotu, który będzie się osadzał na roślinności. Gdyby ktoś chciał od nas ze wsi chciał jeden czy dwa kurniki postawić, to raczej byśmy nie bronili. Ale inwestor mieszka 6 km od nas i postanowił to zrobić u nas, a nie u siebie. Zapraszaliśmy go na spotkania, ale nie pojawił się. Czuje się, jakby był o głowę od nas wyższy i zamiast rozmawiać, wysyła swojego pełnomocnika - mówi Izdebski.
I dodaje:
Jesteśmy sąsiadami, ale inwestor nie zapytał mnie nigdy, co ja o tym wszystkim myślę. W okolicy Łysic i Siedlec są już fermy. Robi się u nas drugi Żuromin.
Sąsiadów ferm nie chroni ustawa odległościowa, która regulowałaby minimalny dystans instalacji od domów. W Sejmie mówi się o niej od kilkudziesięciu lat, ale dotąd żaden rząd nie postanowił dokończyć prac.
- W Polsce dalej jest tak, że ktoś może postawić ci za siatką fermę przemysłową. Obecnie nikt nie pracuje nad ustawą odległościową, a z kuluarów wiemy, że nie ma planów, żeby ktoś się za to zabrał w najbliższym czasie - mówi Zając.
A jeszcze niedawno plany były - w poprzednim roku, jeszcze w opozycji niektórzy posłowie Koalicji Obywatelskiej chcieli przepisów, które uregulują kwestie budowy ferm.
Mieszkańcy Bejd we współpracy z lokalnym Stowarzyszeniem Natura Podlasie zasugerowali wójtowi, że do wydania właściwej decyzji administracyjnej potrzebuje biegłego, który napisałby raport o oddziaływaniu planowanej fermy na środowisko i zdrowie mieszkańców gminy. - A raczej kontrraport - mówi Pietrusiak. - Uważamy bowiem, że raport inwestora był nierzetelny. Zabrakło w nim tzw. oddziaływania skumulowanego. Inwestor raczej celowo pomija fakty - że u nas są już obory, a w sąsiednich gminach istnieją fermy przemysłowe, ubojnie i wylęgarnie. To wszystko się sumuje. W raporcie inwestora jest natomiast napisane, że oddziaływanie fermy zamknie się w granicach miejscowości, co jest absurdem.
Sąsiedzi ferm skarżą się przede wszystkim na zapach - to najbardziej oczywista uciążliwość ferm. Ale to, co może dostawać się z nich do powietrza, gleby i wody jest nie tylko nieprzyjemne, ale i groźne.
Do najczęstszych zanieczyszczeń emitowanych przez fermy drobiu należą leki i fosforany. Chociaż te ostatnie związki należą do składników pokarmowych roślin i nie są uznawane za toksyczne, ich duże stężenie powoduje problemy środowiskowe - użyźnienie wód i nadmierny rozwój glonów. Z kolei masowe stosowanie leków i antybiotyków może z jednej strony prowadzić do skażenia środowiska (i zagrażać ludziom), z drugiej - wywołuje na dłuższą metę problem antybiotykoodporności.
W ubiegłym roku polscy naukowcy opublikowali wyniki badań przeprowadzonych wokół jednej z ferm drobiu. W wodzie gruntowej wykryto siedem różnych leków. Poza antybiotykami były to środki uspokajające i przeciwwymiotne. Antybiotyki znaleźli też w wodzie kranowej w trzech różnych ujęciach. To oznacza, że ludzi i zwierzęta pijąc wodę, mogą nieświadomie przyjmować leki. Branża mięsna skrytykowała te badania, twierdząc, że wyniki z " jednej niewielkiej fermy" nie są "reprezentatywnego dla całego sektora".
Ale jak mówił w rozmowie z Gazeta.pl dr Jerzy Kupiec, skażenie z ferm przemysłowych w rzeczywistości może być jeszcze gorsze: - Ferma może emitować nawet 400 różnych substancji. Ich ilości często nie liczymy w kilogramach, tylko w tonach, czasami w setkach ton - mówił. To także hormony, związki azotu, środki owadobójcze, a nawet cyjanowodór.
Na fermach cierpią też same zwierzęta i ich pracownicy, co pokazaliśmy w reportażu "Zdychy". Na wielkopolskiej fermie potentata produkcji jaj kury były trzymane w brudzie i smrodzie, a jednym z głównych zadań pracowników było usuwanie tych, które - każdego dnia - umierały, czasem składając ostatnie jajko. Kury hodowane na mięso - tak zwane brojlery - to często szybkorosnące rasy, które w 42 dni z pisklaka wyrastają do około 3 kilogramów, po czym są zabierane do ubojni i zabijane.
W trakcie zbierania informacji o fermach powstających na wschodzie Polski wiele razy słyszeliśmy od przedstawicieli biznesu drobiarskiego o problemie bezpieczeństwa żywnościowego. To samo mówią przedstawiciele organizacji reprezentujących przemysł mięsny. I to prawda - w Polsce jemy dużo mięsa, także drobiowego. Jednak ogromna część kur wyhodowanych i zabitych w Polsce trafia na eksport.
Drobiarski biznes rozwinął się tak bardzo, że według raportu firmy PwC Polska stała się trzecim największym eksporterem drobiu na świecie, sprzedając 1,6 mln ton rocznie. Ustępujemy tylko Stanom Zjednoczonym (3,3 mln ton) i Brazylii (4,4 mln ton.) To oznacza, że mniej więcej co drugi kurczak wyhodowany i zabity w Polsce trafia na eksport.
Jak napisano we wspomnianym raporcie, "dalszy wzrost produkcji drobiu jest silnie uzależniony od zdolności eksportowych polskich firm" i to ze względu na popyt importowy produkcja drobiu w Polsce będzie rosnąć. Największym pojedynczym odbiorcą są Niemcy.
Dane, dotyczące nowych ferm opisanych w tym artykule, pochodzą z Biuletynów Informacji Publicznej wszystkich urzędów marszałkowskich w Polsce oraz z odpowiedzi na wnioski o dostęp do informacji publicznej, które rozesłaliśmy do urzędów na początku kwietnia. Urzędnicy często odpisywali nam po czasie, był też jeden podmiot - UM Województwa Wielkopolskiego - który po prawie dwóch miesiącach milczenia odmówił udzielenia informacji. Urzędnicy z Wielkopolski tłumaczyli, że trzeba by ją było najpierw stworzyć z rozproszonych danych, a poza tym nie jest to szczególnie istotne dla publicznego interesu.
To na wielkopolskiej fermie Woźniaka, największego producenta jaj w Unii Europejskiej, łamane były prawa pracowników, a nad zawiadomieniem o możliwości łamania praw zwierząt pochyla się obecnie prokuratura. Opisaliśmy to drobiazgowo i nakręciliśmy o tym reportaż, który był nominowany do Nagrody im. Teresy Torańskiej.
Wielkopolska to jedno z największych zagłębi drobiarskich w Polsce. Fermy wielkoprzemysłowe działają tam od lat, a w BIP-ie w ostatnich dwóch latach mnóstwo jest decyzji zwiększających zakres ich oddziaływania - powstają nowe instalacje i silosy na pasze, rośnie ich zapotrzebowanie na wodę i energię, mniejsze fermy przechodzą w ręce większych producentów, w końcu UM wydaje też decyzje na nowe fermy.
To zresztą nie wyjątek - rozbudowa istniejących ferm trwa w całej Polsce.