Błoto leciało w stronę króla i polityków. Mieszkanka Walencji: Całkowicie rozumiem tę złość

Hiszpanie pozostają w szoku po powodzi, która w ubiegłym tygodniu przeszła przez region Walencji i samo miasto. Liczba ofiar rośnie, a mieszkańcy są coraz bardziej sfrustrowani brakiem działań władz. - Potrzebny jest ciężki sprzęt, profesjonalne firmy, wojsko, a nie więcej wolontariuszy - mówi nam Karla Zambrano z Walencji.
Król Hiszpanii Felipe po powodzi w okolicy Walencji
Fot. REUTERS/Eva Manez

Walencja i okolice miasta wciąż mierzą się ze skutkami powodzi błyskawicznej, do której doszło 29 października. Niezwykle intensywny deszcz - silniejszy z powodu zmiany klimatu - doprowadził do zalania części miasta i wielu okolicznych miejscowości.

Zobacz wideo Czy możesz ufać prognozom pogody?! Pytamy prof. Mariusza Figurskiego, ekspertem IMGW

Wiadomo o 217 ofiarach śmiertelnych, ale wciąż trwają poszukiwania zaginionych. Jak podaje CNN, w sobotę udało się uratować kobietę, która ponad trzy dni była uwięziona w porwanym przez wodę samochodzie. Jednak po ponad tygodniu od powodzi nikną nadzieje, że kolejni zaginieni mogą jeszcze żyć. 

Wśród mieszkańców niektórych miejscowości narasta też złość na polityków, której erupcję widać było podczas wizyty premiera, szefa rządu lokalnego oraz pary królewskiej w miejscowości Paiporta. To jedno z miejsc najbardziej dotkniętych przez powódź, a ponadto mieszkańcy mówią, że władze nie robią dość, by pomóc im w radzeniu sobie ze skutkami powodzi. Podczas wizyty w stronę polityków i króla rzucano błoto, krzyczano "mordercy".

- Ta złość jest kompletnie zrozumiała. Nie ma usprawiedliwienia do przemocy i naruszania czyjejś nietykalności, ale jak najbardziej rozumiem, że ludzie byli źli - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Karla Zambrano, badaczka z Uniwersytetu w Walencji i członkini Europejskiego Paktu Klimatycznego. - Mieszkańcy oczekiwali tam pomocy i wsparcia w pierwszych godzinach oraz dniach po powodzi, a zamiast tego dostali wizytę oficjeli 5 dni po zdarzeniu - dodała.

"Straciłam poczucie bezpieczeństwa"

Złe zarządzanie kryzysowe zaczęło się już przed nadejściem powodzi. Państwowa służba meteorologiczna w dniach poprzedzających powódź informowała o zbliżającej się ulewie i wydała ostrzeżenia meteorologiczne, w tym czerwony alert we wtorek rano. Władze regionu Walencji informowały o zbliżającej się ulewie w internecie, nie wysłały od razy ostrzeżeń na telefony mieszkańców (to systemy podobny do alertów RCB w Polsce). Około południa mieszkańcy okolic rzeki Magro na południe od miasta dostali takie ostrzeżenie, jednak w innych miejscach ludzie mówili, że dostali SMS-y wieczorem, gdy powódź już trwała. 

- Szkoła mojego syna jest blisko uniwersytetu, gdzie pracuję. W dniu powodzi władze uniwersyteckie nakazały wszystkim opuszczenie kampusu około godziny 13 w związku z zagrożeniem powodzią. Ale szkoły były otwarte normalnie cały dzień! Dlaczego? Bo Uniwersytet sam podjął odpowiedzialną decyzję, a władze regionalne, które zarządzają szkołami, nie wydały ostrzeżeń, nie ewakuowały szkół - mówi Zambrano. 

- Teraz jestem przerażona, że jeśli przyjdzie kolejna powódź, to być może sama będę musiała ratować z niej mojego syna. Straciłam zaufanie do władz, straciłam poczucie bezpieczeństwa

- relacjonuje. 

Za mało, zbyt późno

Jeszcze większą złość wywołała - zdaniem mieszkańców spóźniona i niedostateczna - reakcja władz na skutki powodzi. Do niektórych z najbardziej dotkniętych miejscowości przez wiele dni nie docierały służby, a mieszkańcy czuli się pozostawieni sami sobie. 

Zambrano tłumaczy, że brak wsparcia służb wynika częściowo z utrudniającego działania podziału kompetencji między władze regionalne i centralne. - Władze regionu Walencji nie uruchomiły mechanizmu zarządzania kryzysowego, który jest niezbędny, by uzyskać całe możliwe wsparcie. I to one najlepiej znają lokalne uwarunkowania, potrzeby, tymczasem z powodu braku koordynacji i uruchomienia mechanizmów nie można było działać - mówi. 

Lukę wypełniali ludzie organizujący się na własną rękę, wolontariusze. Jednak ich możliwości są ograniczone. Po pierwsze, mówi mieszkanka Walencji, 7 dni po powodzi "każdy chce zacząć wracać do normalności". Po drugie, mieszkańcy i wolontariusze nie są w stanie zrobić wszystkiego, a czasem nie jest to nawet bezpieczne. 

- Potrzebny jest ciężki sprzęt, profesjonalne firmy, wojsko, służby sanitarne. Kiedy ludzie sprzątają bez odpowiednich zabezpieczeń, mogą złapać choroby, grożą im zatrucia. A ostatnie czego potrzebujemy to przeciążenie szpitali osobami, które rozchorują się po czyszczeniu błota na własną rękę - uważa. 

Skutki powodzi, a także to jak nie spisują się władze w czasie i po katastrofie, to bardzo ważna lekcja w kontekście adaptacji do zmiany klimatu - mówi Zambrano. Badaczka przypomina, że już ponad 30 lat temu Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu ostrzegał przed skutkami globalnego ocieplenia, które dziś się materializują. - Tymczasem politycy nie zrobili dosyć, żeby powstrzymać zmianę klimatu - i dotyczy to każdej ze stron sceny politycznej. Nie potraktowano też poważnie ostrzeżeń o skutkach zmiany klimatu. Na przykład dalej budowaliśmy domy tuż przy brzegach rzek. Teraz mierzymy się z konsekwencjami - mówi.

Więcej o: