Odkrycie opisano w chińskim piśmie naukowym "Science China Earth Sciences". Dwóch badaczy wykorzystało dane satelitarne, by oszacować, co dzieje się z lodem Antarktydy i jak wpływa to na wzrost poziomu morza.
Każdego roku lodowce tracą część swojej masy przez topnienie i parowanie, zaś dzięki opadom śniegu - zyskują masę. Ich bilans masy pokazuje, czy w danym roku masa spadła, czy jej przybyło (kiedy opadów było więcej niż topnienia).
Wraz z postępem globalnego ocieplenia lodowce na całym świecie kurczą się. Wpływa na to ma zarówno wyższa temperatura powietrza, jak i wzrost temperatury wody oceanu. Dane satelitarne opisane przez naukowców z Chin pokazują, że w Antarktyce ten proces przyspieszył w ciągu ostatnich 20 lat.
W latach 2002-2010 pokrywa lodowa Antarktydy traciła średnio 73 miliardy ton lodu. W kolejnej dekadzie (2011-2020) tempo utraty lodu niemal się podwoiło - do średnio 142 miliardów ton rocznie. Ale w latach 2021-2023 nastąpiło coś zaskakującego. Lodu nie ubyło, a przybyło, średnio 107 miliardów ton rocznie.
Co spowodowało zmianę? Według naukowców to skutek anomalii pogodowych i wyjątkowo dużych opadów, które doprowadziły do wzrostu masy pokrywy lodowej. Choć daje to chwilowe "wytchnienie" od niebezpiecznego trendu, to nie oznacza, że doszło do jego odwrócenia. Globalne ocieplenie postępuje, średnia temperatura Ziemi rośnie i można spodziewać się, że wkrótce lodu znów będzie ubywać.
Żeby dobrze zrozumieć dane, warto spojrzeć na nie na wykresie. Widać na nim bilans pokrywy lodowej różnych regionów Antarktydy. Pokazuje po pierwsze, że wzrost w ostatnich latach blednie w porównaniu z tym, ile lodu ubyło w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Po drugie - widać, że przybyło go w Antarktydzie Wschodniej. W zachodniej części lodu dalej ubywało.
Podział południowego kontynentu na regiony jest bardzo ważny z punktu widzenia klimatu i skutków globalnego ocieplenia. Większa Antarktyda Wschodnia była dotychczas uznawana za o wiele bardziej stabilny region, zaś to na Zachodzie obserwowano większość utraty lodu.
Wnioski z nowego badania paradoksalnie nie są z tego punktu widzenia optymistyczne. Chociaż w ostatnich latach przybyło lodu w Antarktydzie Wschodniej, to wykryto też "niepokojącą niestabilność" czterech ważnych lodowców. W badanym okresie dochodziło na nich do gwałtownych zmian, ze stabilnego bilansu masy lub akumulacji lodu do szybkiej utraty masy.
Choć destabilizacja tych lodowców nie jest nieuchronna, to jeśli by do niej doszło, konsekwencje byłyby katastrofalne. Zawierają one dość lodu, by podnieść globalny poziom morza o kilka metrów.
Inne nowe badanie sprzed miesiąca, opublikowane w piśmie "Nature", pokazało z kolei nieco bardziej optymistyczne wnioski. Dotyczyło ono nie aktualnej sytuacji, a historycznych zmian lodu w Antarktyce Zachodniej. Ten region jest mniejszy i zawiera mniej lodu, ale traci go w bardzo szybkim tempie, co podnosi poziom morza.
Naukowcy zbadali liczący 640 m rdzeń lodowy, który pozwolił spojrzeć w przeszłość tego regionu. Okazało się, że 100 tys. lat temu, gdy klimat Ziemi był cieplejszy niż obecnie, nie doszło do całkowitego załamania pokrywy lodowej w tym regionie. To może sugerować, że jest ona bardziej odporna na wzrost temperatury, niż sądziliśmy.
Badanie wykazało jednak, że w cieplejszym klimacie lodu było znacznie mniej niż obecnie. Gdyby Antarktyda utraciła go aż tyle, to wciąż oznaczałoby to nieuchronny i duży wzrost poziomu morza.
Swój lód nieprzerwanie traci także Grenlandia - i to w tempie znacznie szybszym, niż Antarktyda. To kolejny czynnik wpływający na wzrost poziomu morza. Aby uniknąć destabilizacji kolejnych lodowców, konieczne jest jak najszybsze odejście od ropy, węgla i gazu, których spalanie jest głównym powodem zmiany klimatu.