Pandemia koronawirusa. Polka w Seulu mówi nam, jak wygląda lockdown w Korei Południowej

Na Zachodzie Korea Południowa uchodzi za kraj, który z epidemią koronawirusa radzi sobie wręcz modelowo. Składają się na to m.in. masowe testy na SARS-CoV-2 czy rozwinięte metody informowania społeczeństwa o nowych przypadkach. Lecz nawet w tak sprawnie działającej machinie, zdarzają się jakieś problemy. O nich oraz o tym, jak epidemia koronawirusa wygląda z perspektywy mieszkanki Seulu, opowiedziała nam Agnieszka - youtuberka, autorka kanału "Pyra w Korei".

W czwartek "Korea Herald" informował o 9 241 zakażonych koronawirusem i "tylko" 131 zgonach spowodowanych COVID-19 w Korei Południowej. Epicentrum choroby jest Daegu, miasto w południowo-wschodniej części Półwyspu, gdzie w lutym doszło do eksplozji zakażeń związanej z niesławną "pacjentką nr 31" i chrześcijańską sektą Kościoła Jezusa Shincheonji. Pisaliśmy o tym szerzej tutaj.

Zobacz wideo Koronawirus rozlał się po świecie, a Chiny spieszą z pomocą. W co gra Xi Jinping? [OKO NA ŚWIAT]

W opublikowanym w serwisie YouTube vlogu "Życie w czasach zarazy", Agnieszka - autorka kanału "Pyra w Korei" - mówiła o tym, jak wielkim zagrożeniem w kwestii rozprzestrzeniania się wirusa są wierni Shincheonji. Ich lekkomyślność połączoną z fanatyzmem religijnym najlepiej pokazują liczby - sekta jest powiązana z 55 proc. z ponad 9 tys. przypadków zakażeń w Korei. Z tego powodu 26 marca władze Seulu zdelegalizowały Shincheonji. 

Sprawne reagowanie oficjeli na problemy pojawiające się w związku z epidemią koronawirusa SARS-CoV-2 wyrażało się także w masowych, błyskawicznych badaniach ludności. - Mamy drive-through, gdzie tylko w samochodzie się testuje, czyli pobierają wam próbkę z ust i z nosa, kiedy siedzicie w aucie. Potem dostajecie powiadomienie SMS-em, kiedy jesteście zdrowi, a w przeciwnym wypadku telefon, że przewiozą was do szpitala - opowiadała w swoim vlogu Agnieszka.

W rozmowie z next.gazeta.pl Agnieszka powiedziała nam także, jakie inne powiadomienia, związane z epidemią koronawirusa, Koreańczycy dostają SMS-ami, a także to, czego brakuje w tej sprawnie zarządzanej machinie. Nasz wywiad z "Pyrą w Korei" znajdziecie poniżej.

 

Jak z epidemią koronawirusa radzi sobie koreańska służba zdrowia?

Poza regionami najbardziej dotkniętymi w początkowej fazie silnego rozprzestrzeniania się wirusa (czyli w Daegu i okolicach), koreańska służba zdrowia radziła sobie do tej pory dobrze. W Daegu brakowało łóżek w szpitalach. Kiedy zachorowania szły w setki dziennie, chorzy musieli czekać na swoją kolej. Rząd zadbał o to, by personelowi nie zabrakło materiałów. W Korei pojawił się problem z maskami dla społeczeństwa - w przeciwieństwie do Europy, noszenie masek w Azji jest powszechne, czy to podczas choroby, czy podczas miesięcy w których zanieczyszczenie powietrza jest silne.

Dlatego by zapobiec zjawisku kompulsywnego wykupywania asortymentu i zawyżania cen, rząd wprowadził system przydziałowy. Polega on na tym, że w zależności od dnia tygodnia, maseczki mogą kupić konkretne osoby. Kryterium to ostatnia cyfra roku urodzenia - w poniedziałek kupują osoby z "jedynką", we wtorek z "dwójką", itd. W kolejnym tygodniu zaczyna się od tych z "piątką", natomiast w weekendy maski mogą próbować kupić wszyscy ci, którzy nie zdążyli tego zrobić w tygodniu.

Każdemu ubezpieczonemu należy się możliwość kupna 2 masek tygodniowo, dlatego w aptekach sprawdzany jest dowód tożsamości. Wszystko jest notowane w systemie.

A jak na lockdown i działania koreańskich władz wobec epidemii reaguje społeczeństwo? Pojawiają się głosy krytyki?

Osoby krytykujące znajdą się wszędzie. Widziałam nawet nawoływania do obalenia prezydenta Moona przez kryzys z koronawirusem. Ale ogólnie, im więcej czasu upływa, tym więcej pozytywnych ocen. Koreańczycy i ekspaci mieszkający w Korei zdają sobie sprawę, że Korea Południowa jest na Zachodzie podawana jako przykład tego, jak radzić sobie z wirusem.

Odzwierciedla to np rosnące poparcie dla prezydenta Moona.

Ciekawi mnie koreański system powiadomień SMS, o którym wspominałaś w nagraniu. Rozumiem, że to rządowy projekt.

SMS-y dostajemy m.in. z Centrum Zarządzania Kryzysowego. To ogólne wiadomości z najnowszymi zarządzeniami, informacjami, jak zapobiegać zakażeniom, co robić, kiedy ma się objawy, potrzebne numery telefonów itd. Dostajemy też wiadomości "regionalne", wysyłane przez miasto, w którym się znajdujemy. W tych wiadomościach dostajemy info o liczbie nowych zakażonych w okolicy, w jakiej dzielnicy mieszkają i, najczęściej, link do strony na której znajduje się szczegółowa rozpiska, jakie miejsca zakażeni odwiedzali przez ostatnie dwa tygodnie. 

Pamiętasz, kiedy zaczęto wysyłać do was te powiadomienia? 

Sam system istniał już przed wirusem. Dostajemy takie SMS-y na temat trzęsień ziemi, pożarów, tajfunów czy nawet silnego zanieczyszczenia powietrza. Spojrzałam na swoją historię i pierwszego SMS-a o koronawirusie dostałam 23 stycznia [wówczas w Korei Południowej potwierdzono drugi przypadek zakażenia koronawirusem SARS-CoV-2 - red.]. Od tego czasu wysłano ich do nas setki.

Czy rząd podejmuje jakieś kroki prawne przeciwko sekcie Shincheonji? Nie da się ukryć, że ich działalność przyspieszyła rozwój epidemii w Korei Południowej. 

Wczoraj przeczytałam artykuł, że miasto Seul (na czele z burmistrzem Park Won-soon) pozywa Shincheonji do sądu na 200 mln won (ok. 683,000 PLN) odszkodowania za brak współpracy i oraz poniesione koszty przeciwdziałania wirusowi (kwarantanna, dezynfekcja). 

A czy w Korei Południowej wprowadzono jakieś obostrzenia w zakresie poruszania się po ulicach czy korzystania z transportu publicznego w związku z epidemią koronawirusa? 

Nie ma szczególnych obostrzeń. Rząd promuje "social distancing" i dobre 95 proc. Koreańczyków wychodzących na zewnątrz nosi maski. Bez maski nie wejdzie się też do szpitali, aptek czy niektórych sklepów. Zamknięte są oczywiście przedszkola, szkoły, centra sportowe, obiekty kulturalne (typu muzea). Ale życie toczy się dalej. Restauracje czy lokalne ryneczki wciąż mają się dobrze.

Dostajecie jakieś komunikaty odnośnie tego, kiedy zagrożenie może minąć i życie wróci, może jeszcze nie do normy, ale do jakichś zalążków normalności?

Nikt chyba nie pokusiłby się o takie wróżenie z fusów w obecnej sytuacji.  Na przykład, początkowo szkoły miały być zamknięte tylko do 23 marca, decyzję przedłużono jednak do 6 kwietnia... ale kto wie, czy i wtedy nie przedłużą? Przy tak mocno zmieniającej się sytuacji cokolwiek powiemy, za chwilę trzeba będzie aktualizować naszą wypowiedź, bo informacje mocno się "zestarzeją" w ciągu zaledwie kilku dni.

Myślę, że w tym wszystkim najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Panika nie jest dobra, ale tak samo niedobra jest ignorancja. Nie ignorujmy problemu, mając nadzieję, że wszystko samo przejdzie albo, co gorsza, wierząc, że to nas nie dotyczy.