Mieszkaniec Wuhan dla Gazeta.pl: Z każdym dniem coraz bliżej nam do pełnej wolności

8 kwietnia Wuhan otworzyło granice. Miasto w chińskiej prowincji Hubei, z którego koronawirus rozprzestrzenił się na cały świat wywołując globalną pandemię, wraca do życia. O tym, jak wygląda powolny powrót do normalności, rozmawiamy z Yi Dongiem, mieszkańcem Wuhan.

Nazywa się Yi Dong, prosi jednak, żebym zwracał się do niego Roger. - W 2018 r. wróciliśmy do Chin z Kalifornii, gdzie mieszkaliśmy przez trzy lata - wyjaśnia. Roger nie urodził się jednak w USA, tylko w Wuhan - jednym z najbardziej popularnych chińskich miast ostatnich miesięcy. To stąd wypełzła "zaraza" - COVID-19 - choroba, która od wielu tygodni zbiera śmiertelne żniwo w ogromnej liczbie krajów świata.

Zobacz wideo Rywalizacja mocarstw w tle pandemii koronawirusa. Komentuje dr Jacek Bartosiak

Roger Dong od dziewięciu lat pracuje jako nauczyciel. Od ponad dwóch razem z żoną wychowuje córeczkę. - To Amerykanka, urodziła się w Kalifornii - chwali się. W środę zabrał swoich ukochanych bliskich na spacer po miejscowym parku. 

Kamil Rakosza, Next.Gazeta.pl: Jak wygląda życie po tak długim okresie zamknięcia?

Roger Yi Dong: 8 kwietnia w Wuhan zniesiono wszystkie zakazy dotyczące międzymiastowych podróży. Mieszkańcy miasta i ci, którzy utknęli tutaj przez ostatnie dwa miesiące, mogą w końcu stąd wyjechać. Większość z nas uważa środę za "Wielkie Ponowne Otwarcie Miasta”. Wyszedłem z rodziną na kilka godzin do parku. Po raz pierwszy od prawie 80 dni otworzyła się większość turystycznych spotów w Wuhan, podobnie jak niektóre galerie i centra handlowe. Nie byliśmy jedyną rodziną w parku, ale fakt faktem było tam bardzo mało ludzi. Na pobliskim parkingu było sporo wolnych miejsc. Sprawdzono nam temperaturę zarówno na wejściu, jak i przy wyjściu w parku. Cały czas nosimy maseczki ochronne, podobnie jak pozostali mieszkańcy miasta.

Od jakichś trzech tygodni stopniowo znikają restrykcje. 23 marca władze miasta anulowały zakaz podróżowania i zlikwidowały blokady dróg. W tym samym tygodniu rozpoczęto również dezynfekcję głównych węzłów transportu publicznego, przygotowując się w ten sposób do ich ponownego otwarcia.

Z każdym dniem coraz bliżej nam do pełnej wolności. Obecnie wiele firm złożyło wnioski o ponowne otwarcie, której już zostały zatwierdzone. Powiedziałbym, że około 25-30 proc. miasta zaczęło normalnie funkcjonować. Moja żona pracuje w banku. Została poinformowana, że 12 kwietnia przejdzie badanie na COVID-19 i wróci do pracy 13 lub 14 kwietnia. Sam pracuję w oświacie. Żadna z lokalnych szkół nadal nie została jednak otwarta. Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy to się stanie.

Ci z nas, którzy nie muszą jeszcze wracać do pracy, mogą chodzić prawie wszędzie. Specjalnie oddelegowani do tego ludzie oraz wolontariusze sprawdzają jednak naszą temperaturę i kod zdrowia Alipay/WeChat [elektroniczne potwierdzenie tego, że dana osoba nie ma koronawirusa – red.] prawie wszędzie, także w bramie naszego osiedla. Dwa dni temu wyszedłem do piekarni oddalonej od mojego mieszkania o jakieś pięć minut na piechotę. W czasie drogi trzykrotnie badano czy nie mam gorączki, a kod zdrowia sprawdzono mi cztery razy. Wszystko w ciągu 15 minut.

Jak chiński rząd i lokalne władze dbają o to, by epidemia w Wuhan nie wybuchła na nowo?

Od razu mówię, że opieram swoją wiedzę jedynie na tym, co widzę i czego doświadczam. Jak już wspomniałem, prawie wszędzie na zewnątrz sprawdzają nasze kody zdrowotne i temperaturę. Wciąż zaleca się nam, byśmy nie wychodzili na dwór, jeśli nie jest to koniecznie. Noszenie masek w przestrzeni publicznej nadal jest obowiązkowe. Transport publiczny działa, nie jest jednak w pełni otwarty i stosuje się w nim wyjątkowe procedury bezpieczeństwa.

Niektóre z firm, które otworzyły się na nowo, wprowadzają pracę zmianową tak, by można było zminimalizować liczbę osób przebywających jednocześnie w zamkniętym obszarze. Wiele z nich otwiera się tylko na kilka godzin w ciągu dnia. Ponadto, przy każdej wizycie w szpitalu, będziesz testowany pod kątem COVID-19, nawet jeśli zostaniesz ugryziony przez psa lub skaleczysz się w palec.

My – mieszkańcy Wuhan i Hubei, podróżując do innych prowincji w Chinach, będziemy poddawani obowiązkowej, 14-dniowej kwarantannie w wyznaczonych do tego celu hotelach lub szpitalach. Szkoły i placówki edukacyjne nadal nie są otwarte i nie zostaną otwarte w najbliższym czasie. Duże restauracje wciąż głównie dostarczają posiłki, nie pozwalając klientom jeść w środku.

A czy możemy ufać oficjalnym statystykom podawanym przez chiński rząd?

Istnieje wiele raportów wskazujących na to, że liczba zarażonych i zmarłych w Wuhan, jak i w całych Chinach mogła być znacznie zaniżona. Zdaniem większości obywateli, statystyki nie pokrywają się z prawdą. Jedną z rzeczy, która wzbudziła nasze podejrzenia, wiąże się z dniem 23 marca, kiedy miasto w końcu pozwoliło rodzinom osób zmarłych na COVID-19 na odebranie prochów ich bliskich z domów pogrzebowych. Zachowano jednak przy tym limit, który pozwalał odwiedzać te miejsca 500 rodzinom dziennie. 

Wówczas niektórzy przeprowadzili proste obliczenia i na ich podstawie doszli do wniosku, że rzeczywista śmiertelność mogła wynosić co najmniej 6500 osób, zamiast podawanych 2500. Poza tym, na przełomie grudnia i stycznia, gdy jeszcze niewiele wiedzieliśmy o koronawirusie, a szpitale w mieście nie były w stanie przyjąć i przebadać wszystkich podejrzanych pacjentów, wiele osób mogło się zarazić i umrzeć na COVID-19, co nie było wliczane w statystyki.

Sam chorowałeś?

Nie, ani ja, ani nikt z mojej rodziny czy współpracowników nie zaraził się koronawirusem. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy na COVID-19 zmarło jednak kilku naszych sąsiadów. To prawda, że wirus jest groźny głównie dla starszych ludzi, ale nie znaczy to, że problem nie dotyczy młodych i osób w średnim wieku.

Co zrobiłeś, kiedy zaczęto wprowadzać blokadę?

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy z żoną, było zaopatrzenie się w środki ochrony osobistej, w tym maseczki na twarz, lateksowe i foliowe rękawiczki, płaszcz przeciwdeszczowy oraz etanol. Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia lockdownu te rzeczy stały się niezwykle trudne do zdobycia, a dodatkowo bardzo drogie. Wypraliśmy także wszystkie ubrania i wysterylizowaliśmy nasze torby, sprzęt elektroniczny i inne rzeczy osobiste.

W pierwszych dniach blokady mogliśmy jeszcze wychodzić na zewnątrz, lecz tylko, gdy było to konieczne. Najpierw raz dziennie, później raz na trzy dni. Z uwagi małe dziecko nie chcieliśmy ryzykować, dlatego w zasadzie nie korzystaliśmy z tej możliwości.

Czy było coś, co pomogło ci przetrwać okres zamknięcia?

Na pewno nie religia, jeśli o to pytasz. Większość mieszkańców chińskich miast nie jest wierząca, a jeśli już, to są to osoby starsze. Ostatnie tygodnie były szalone. Były czymś, czego nikt z nas - w tym moi rodzice i dziadkowie - nigdy nie przeżył w swoim życiu.

Jako epicentrum epidemii i jej punkt zerowy, nie tylko Wuhan, lecz cała Prowincja Hubei otrzymała wiele pomocy i wsparcia od reszty kraju. Mieliśmy dużo jedzenia, w tym warzywa i mięso, przekazane nam za darmo lub sprzedane po niższej cenie. Oczywiście nie mieliśmy dostępu do wszystkiego, czego byśmy chcieli, ale na pewno mieliśmy więcej niż potrzebowaliśmy. Przyjeżdżały wojskowe ciężarówki, które przywoziły jedzenie członkom lokalnej społeczności. Dodatkowo pracownicy pomocy społecznej pukali do naszych drzwi i dostarczali nam torby z jedzeniem.

Jak wspomniałem, na początku blokady kupiliśmy sporo masek, więc nie potrzebowaliśmy już żadnych dodatkowych. Sprzęt ochronny został jednak dostarczony tym, którzy nie zaopatrzyli się w niego na początku epidemii. Tak czy inaczej, ciężko było nam siedzieć w zamknięciu przez ponad dwa miesiące, ale nie nazwałbym tego okresu przesadnie trudnym.

Kiedy kilka dni temu pisałem do ciebie, wspomniałeś, że między 23 stycznia a 18 marca przebywałeś w oddalonym o ponad 200 km od Wuhan, Jingzhou. Dlaczego tak się stało?

Wyjechaliśmy z Wuhan rankiem 23 stycznia, czyli tego samego dnia, kiedy lokalne władze ogłosiły blokadę miasta. Od razu chciałbym wyjaśnić, że nie chodziło nam o ucieczkę. Wyjechaliśmy do Jingzhou, ponieważ to rodzinne miasto mojej żony, a kilka miesięcy wcześniej obiecałem jej, że chiński nowy rok będziemy świętowali w domu teściów.

Kiedy wstaliśmy rano, miasto zaczynało się zamykać, lecz nie chciałem zmieniać planu. Transport publiczny został już wtedy zamknięty, nadal czynne były jednak autostrady. Wsiedliśmy zatem do samochodu i pojechaliśmy. Tego dnia miliony aut próbowały wjechać na autostradę. Dlatego zamiast standardowej godziny, czekaliśmy na wjazd cztery razy dłużej. Jakieś 40 minut po tym, jak się nam to udało, miasto zamknęło również bramki wjazdowe.

Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do domu jej rodziców. Jingzhou leży bardzo blisko Wuhan. Na przestrzeni ostatnich miesięcy także tam było wielu pacjentów z koronawirusem. Miasto przyjęło taką samą strategię jak Wuhan, dlatego do 18 marca nie mogliśmy stamtąd wyjechać i wrócić do naszego domu.

Historia jak z filmu.

Od 12 lutego władze Wuhan zaczęły zezwalać swoim mieszkańcom na powrót do miasta. Najpierw trzeba było jednak przejść przez bardzo żmudny proces - mnóstwo papierkowej roboty, badania krwi, itd. Niestety w Jingzhou odmówiono nam wydania pozwolenia na powrót do domu. Musieliśmy w nim zostać do czasu ponownego otwarcia miasta.

Lockdown w Jingzhou przebiegał jeszcze bardziej rygorystycznie niż miało to miejsce w Wuhan. Miasto zostało ostatecznie otwarte około 10 marca, lecz tylko częściowo. W końcu 17 marca otrzymałem pozwolenie na powrót, a 18 marca byliśmy już w Wuhan.

Jak wyglądał lockdown z twojej perspektywy?

Na początku lockdownu niektóre z kluczowych dla życia branż pozostały otwarte dla ludzi. Przez pierwsze dwa tygodnie jedna osoba z każdego gospodarstwa domowego mogła wyjść na zewnątrz raz dziennie na dwie godziny, by załatwić ważne sprawy. Później, kiedy liczba przypadków zaczęła rosnąć, zarówno w Wuhan, jak i w sąsiednich miastach, powiedziano nam, że możemy wychodzić tylko raz na trzy dni.

W tym czasie dwa razy wyszedłem z domu do najbliższego supermarketu, by kupić jedzenie, przekąski, papier toaletowy i pieluchy dla naszej córki. Sklep był otwarty tylko przez kilka godzin dziennie. Kontrolowano również, by liczba klientów, robiących zakupy w tym samym czasie, nie przekraczała ustalonej granicy. Musieliśmy ustawiać się w kolejkach ciągnących się na zewnątrz sklepu i trzymać od siebie dystans. Pamiętam, że poszedłem tam raz około godz. 16 i było już zamknięte.

Kiedy miasto zaczęło zamykać się na dobre?

Około 20 lutego poinformowano nas, że nie możemy opuszczać osiedli. Właśnie wtedy na ulice wyjechały wojskowe ciężarówki, z których wprost na chodnik wyrzucano warzywa dla nas. Przy bramie naszego osiedla jest taki mały sklep spożywczy, który był otwarty przez cały ten czas. Kiedy tylko czegoś potrzebowaliśmy, mogliśmy podejść do bramy, powiedzieć właścicielom sklepu, czego potrzebujemy a on lub ona podawali nam zakupy przez bramę.

Bardziej zaradni mieszkańcy znajdowali rolników i dostawców, którzy byli w stanie dostarczyć jedzenie pod bramę osiedla. Dołączaliśmy również do wielu grup na WeChat [chiński komunikator internetowy – red.] – z nabiałem, mięsem, rybami czy pieluszkami.  Składaliśmy tam grupowe zamówienia, które opłacaliśmy drogą elektroniczną. Kilka dni później zamówione rzeczy dostarczano pod bramę. Ich ceny oczywiście były wywindowane, ale nie do tego stopnia, żeby było to nie do przyjęcia. W tym samym czasie reszta kraju przesyłała nam różne produkty pierwszej potrzeby. Pracownicy opieki społecznej ładowali je do worków, a następnie dostarczali pod nasze drzwi.

Tak było w Jingzhou, ale w Wuhan wyglądało to dokładnie tak samo. Po powrocie do domu wciąż doświadczamy niektórych z tych rzeczy, takich jak zamawianie jedzenia i artykułów spożywczych przez Internet. Wuhan częściowo się otworzył. Możemy wyjść na dwór, jeśli chcemy. Niektóre agencje rządowe i firmy, w tym te związane z turystyką, także zostały ponownie otwarte. Większość mieszkańców jednak nadal nie chce ryzykować. Na zewnątrz wychodzą głównie ci ludzie, którzy pracują poza domem.