Cena ropy naftowej poniżej zera. Kończy się miejsce w zbiornikach, traderzy wynajmują supertankowce

W poniedziałek mieliśmy do czynienia z przedziwną sytuacją - ropa naftowa w Stanach Zjednoczonych potaniała tak bardzo, że jej ceny spadły poniżej zera. To oznacza, że traderzy płacili, by ktoś odebrał od nich surowiec. Ropy nie ma już za bardzo gdzie przechowywać. U wybrzeży USA cumują załadowane nią wielkie tankowce, koszt ich wynajmu wzrósł w ciągu miesiąca dwukrotnie. O co w tym wszystkim chodzi?

Ropa naftowa tanieje od miesięcy, ale to, co wydarzyło się 20 kwietnia, nie miało miejsca jeszcze nigdy w historii - notowania surowca w USA spadły poniżej zera, w kilka godzin z 18 do nawet blisko -40 dolarów za baryłkę. Jak to możliwe i z czego wziął się ten ruch?

Cena ropy naftowej spadła poniżej zera

To, co stało się w poniedziałek ma związek częściowo z tym, jak działa rynek ropy, a częściowo z sytuacją globalnej gospodarki w czasie pandemii. Najpierw wyjaśnienie. Po pierwsze, spadek cen poniżej zera dotyczył tylko jednego gatunku ropy - amerykańskiej WTI (West Texas Intermediate) i tylko jednego kontraktu, o czym więcej za chwilę. Po drugie, to, o czym zwykle mówi się i pisze jako o rynkowej cenie ropy, to notowania kontraktów terminowych na ten surowiec. Kontrakt terminowy to rodzaj umowy między dwiema stronami, w której jedna zobowiązuje się sprzedać, a druga kupić "coś" (instrument bazowy) za określoną cenę w konkretnym momencie w przyszłości.

W przypadku ropy naftowej notowanej na giełdzie w Nowym Jorku (to gatunek WTI - West Texas Intermediate), serie kontraktów zmieniają się co miesiąc. Poniedziałkowy ruch związany był właśnie z tym, że we wtorek wygasał kontrakt majowy (czyli z dostawą na maj, do ogromnych magazynów w Cushing, w stanie Oklahoma). Inwestorzy w takiej sytuacji zwykle albo decydują się fizycznie odebrać kupioną wcześniej ropę albo wcześniej sprzedać niedługo wygasający kontrakt komuś, kto potrzebuje surowca na teraz, a za pieniądze z tej sprzedaży kupić kontrakt na kolejny miesiąc, z minimalną różnicą w cenie. Takie rolowanie kontraktów ma miejsce co miesiąc.

Niechciana ropa naftowa. Koronawirus mocno uderzył w rynek

Tyle że teraz sytuacja nie jest zwyczajna. Z powodu pandemii koronawirusa światowa gospodarka stanęła. Globalny ruch lotniczy spadł o 70 proc., w wielu krajach obowiązuje nakaz izolacji społecznej i ograniczenia w podróżowaniu, firmy wstrzymały produkcję. Ropy naftowej potrzeba znacznie mniej niż zwykle, popyt na nią jest najniższy od 25 lat, tymczasem ciągle jest wydobywana. 

Zobacz wideo Czy grozi nam znaczny wzrost inflacji?

Mamy więc nadpodaż ropy, a zbiorniki na nią się zapełniają. Miejsce w nich wykorzystane jest ogółem w około 60 proc., według ekspertów, skończy się zupełnie pod koniec kwietnia albo na początku maja. Największe magazyny ropy w USA w Cushing, według stanu na 10 kwietnia były zapełnione w około 70 proc. A przechowywanie też kosztuje. Inwestorzy, którzy mieli kontrakty majowe, nie chcieli więc odbierać fizycznie ropy i ponosić kosztów jej magazynowania. Chcieli ją sprzedać. Trudno to teraz zrobić, z opisanych powyżej powodów nie ma na nią wielu chętnych. Musieli więc zapłacić, tylko po to by ktoś od nich ropę odebrał - wczoraj ta dopłata wynosiła nawet blisko 40 dolarów za baryłkę.

Różnica w cenie między kontraktami na maj i czerwiec była ogromna - największa w historii. W pewnym momencie ten majowy notowany był po -38 dolarów za baryłkę, podczas gdy czerwcowy (który też spadał, choć wyraźnie mniej) po około 20 dolarów za baryłkę. Eksperci wskazują, że bardziej "prawdziwą" była właśnie cena ropy z kontraktu czerwcowego, ruch na majowym wynikał z dużej mierze z mechaniki rynku. Ale 20 dolarów to ciągle jest bardzo niska cena - jeszcze na początku roku ropa WTI była notowana po ponad 50 dolarów za baryłkę. 

Kraje OPEC (i nie tylko bo wzięła w tym udział też Rosja) nieco ponad tydzień temu wreszcie porozumiały się w sprawie obniżenia wydobycia surowca, co mogłoby podbić jego notowania. Nie za bardzo to pomaga, według wielu ekspertów decyzja była spóźniona, a zaproponowane cięcia w produkcji niewystarczające. Możliwe też, że inwestorzy nie wierzą, by popyt na ropę odbił wyraźnie w najbliższym czasie. 

Cenne zbiorniki, wynajmowane tankowce

To, co działo się w poniedziałek pokazywało, że miejsce na ropę było cenniejsze niż sam surowiec. Firmy energetyczne zapełniają zbiorniki, producenci wypełniają rurociągi i wyłączają je z użytkowania. Produkcji ropy nie da się ot tak wyłączyć. To może skutkować uszkodzeniem instalacji, ale firmy naftowe być może będą do tego zmuszone, szczególnie te za oceanem, gdzie wydobywa się ją z łupków lub piasków, co jest bardzo kosztowną metodą i tak naprawdę już jakiś czas temu zupełnie przestało się opłacać.

Mocno wzrosło też zainteresowanie czarterem tankowców. Ogromne statki wynajmowane są nie po to, by ropę transportować, ale by ją przechowywać. Stoją więc na kotwicach, najwięcej u południowych wybrzeży Stanów Zjednoczonych lub Singapuru. Jak podaje Agencja Reutera, w tych pływających magazynach jest już przynajmniej 160 milionów baryłek ropy. Wśród nich jest 60 supertankowców o pojemności 2 mln baryłek każdy, a także wiele mniejszych jednostek. Ostatni raz z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia podczas poprzedniego kryzysu finansowego, choć tym razem rynek zatkał się jeszcze bardziej. 

Ceny czarteru wielkich tankowców mocno wzrosły. "The Guardian" podawał w niedzielę, że w ciągu ostatniego miesiąca zwiększyły się dwukrotnie i obecnie to koszt 350 tysięcy dolarów dziennie.