Covidowa szara strefa w Polsce. "Ludzie urządzają różne manewry"

- Ludzie urządzają sobie różne manewry, żeby nie zgłosić domowników do kwarantanny. Z drugiej strony można także zauważyć złośliwe "donoszenie" na innych, czasem nawet bezpodstawne, aby kwarantannować np. swojego wroga z pracy albo nielubianego sąsiada - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Rafał Halik, ekspert zdrowia publicznego, z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny.

Mikołaj Fidziński, next.gazeta.pl: W Polsce powstało covidowe podziemie czy covidowa szara strefa osób, które starają się "oszukać" system, odmawiają wykonania testów. Chcą ukryć zakażenie koronawirusem, by nie wpaść w tryby kwarantanny i izolacji. Według różnych szacunków, z którymi się spotkałem, może to dotyczyć od 20 do nawet ponad 30 proc. zakażonych.

Rafał Halik, ekspert zdrowia publicznego, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego Państwowy Zakład Higieny: Ta covidowa szara strefa jest właściwie niemierzalna. Nawet gdybyśmy spróbowali zmierzyć to zjawisko jakimiś wskaźnikami, to nadal będzie to dalekie od rzeczywistości.

Mam doświadczenia z "terenu", bo pracowałem jako wolontariusz w stacji sanitarno-epidemiologicznej, przy przeprowadzaniu wywiadów epidemiologicznych. 

Dlaczego ta covidowa szara strefa powstała?

Można wyodrębnić dwa momenty, które ją kształtowały. Pierwszym była powakacyjna - mniej więcej pod koniec września - panika, groza związana z koronawirusem. Infekcji zaczynało pojawiać się coraz więcej. Wiadomo, że pewna - choć niewielka - część zakażeń kończy się śmiercią. Poza tym COVID-19 to choroba dosyć nieprzewidywalna według klinicystów. 

Ludzie zaczęli się więc masowo testować.

Ruszyło oblężenie punktów testowania.

Z tego co wiem, ludzie czasami testowali się prywatnie nawet zupełnie w ciemno, bez żadnych objawów i bez żadnych przesłanek, że miały kontakt z osobami zakażonymi. Po prostu na wszelki wypadek jechali i się testowali, wydawali na to ogromne pieniądze. Z tamtego okresu pamiętamy niedobór testów, kolejki, a także zaostrzenie kryteriów testowania przez ministra zdrowia. Deficyty możliwości testowania też wprowadzały elementy pewnej grozy. 

Następnie jednak koronawirus zrobił się na tyle powszechny, że wielu Polaków dowiedziało się, że ich znajomi też go mają i wylądowali oni na izolacji, co oznacza po prostu zamknięcie w domu i dodatkowo nadzór policji i służb państwowych. Nawet przy złagodzonych wskazaniach, to oznaczało 10 dni izolacji dla osoby chorej, a dla domowników dodatkowe 10 dni kwarantanny [potem skrócone do 7 dni - red.] po wyzdrowieniu chorego. 

W związku z tym wprowadzało to bardzo duży chaos w życiu ludzi. Wiele osób przekonywało się także od swoich znajomych czy rodziny - i co potwierdzają też statystyki - że mimo nieobliczalności tego zarazka, koronawirus ma w większości przypadków przebieg w miarę łagodny, ewentualnie czegoś w rodzaju silniejszej grypy.

Zaczęliśmy więc się układać w tej rzeczywistości. 

Ludzie zaczęli sobie indywidualnie racjonalizować epidemię. Tak jak na jej początku mieliśmy wspólnotowe podejście do wirusa - przerażenie, żeby go nie roznieść - tak teraz epidemia stała się bardziej sprawą prywatną, rodzinną. Zrodził się pragmatyzm - jak postępować, żeby mieć jak największe pole manewru. 

Z tego powodu niestety wiele osób przestało się testować nawet mimo zaleceń lekarskich. Podchodzą oni w taki sposób, że jeżeli choroba się zaostrzy, to przecież można wezwać karetkę pogotowia i tak czy siak ten test zostanie im wykonany w szpitalu.

Aczkolwiek z drugiej strony z moich doświadczeń wynika też, że część osób nie chce, aby ich domownicy byli testowani, bo obawiają się, że właśnie wtedy pomoc medyczna nie przyjedzie. Że załoga karetki będzie się bała i po informacji, że ktoś jest zakażony koronawirusem, nastąpi zwłoka w pomocy medycznej.

Serio?!

Tak, spotkałem się z takimi zdaniami. Były dwie frakcje, mniej więcej podobne liczebnościowo. Jedna uważała, że ambulans przyjedzie szybciej do osoby z COVID-19. Druga z kolei się bała, że właśnie karetka nie przyjedzie, bo załoga będzie się bała zakażenia. Albo, że przyjedzie później, bo trzeba będzie wysłać specjalnie wyposażoną karetkę. 

Polacy przestali się chętnie testować, ale jednak posiadanie "papieru" na to, że było się zakażonym koronawirusem, ma taką korzyść, że przy kolejnym ewentualnym kontakcie z osobą zakażoną - jako ozdrowieniec - nie trzeba już odbywać kwarantanny.

Tak, to prawda. Mówiąc jeszcze o tej "szarej strefie", to bywa tak, że gdy u osoby w kwarantannie - zamieszkującej z osobą zakażoną - wystąpią objawy, to ona już nie zawsze zgłasza się na test.

Z drugiej strony, niektórzy proszą o zwolnienie z kwarantanny w celu wykonania testu, bo koniecznie chcą przejść na izolację, nie chcą mieć "wiecznie" przedłużanej kwarantanny, która może trwać kilka tygodni. Należy bowiem pamiętać, że jeżeli zakażony domownik ma cały czas utrzymujące się objawy i lekarz nie kończy jego izolacji, to reszta rodziny nadal pozostaje na kwarantannie. Do tego dochodzi siedem dni dodatkowej kwarantanny już po zakończeniu izolacji chorego. 

A jak sobie wykażą zakażenie i kwarantanna przejdzie im w izolację, to po dziesięciu dniach mają spokój.

Tak. A jeżeli nie mają COVID-u w "papierach", to niestety nie są traktowani jako ozdrowieńcy. 

Natomiast ludzie urządzają sobie różne manewry, żeby nie zgłosić domowników do kwarantanny. Mówią, że mają dwie łazienki i zupełnie odseparowane od siebie dwa piętra, więc stanowią dwie odrębne jednostki mieszkalne. 

Zdarzały się też telefony, po których było słychać, że przygotowana została logiczna historia. 

Na przykład?

Na przykład, że w momencie zakażenia żony mąż przebywał na delegacji, a obecnie jest u teściowej i z żoną się w ogóle nie spotykał. Ale prawdopodobnie mąż był cały czas w domu. Takie kłamstwa miały krótkie nogi, bo gdy służby przyjeżdżały, to widziały, kto jest w domu.

Z drugiej strony, można było także zauważyć złośliwe "donoszenie" na innych, czasem nawet bezpodstawne, aby kwarantannować np. swojego wroga z pracy albo nielubianego sąsiada. Takie przypadki też się zdarzały.

Bywały też sytuacje, gdy ktoś wiedząc, że np. sąsiad ma koronawirusa, sam zgłaszał się sanepidowi do kwarantanny. Po prostu chciał mieć zwolnienie z pracy. 

Oczywiście to, co mówię, to są bezpośrednie obserwacje z "terenu", nie żadna próbka reprezentatywna dla całej Polski.

To jasne. Choć też to dowód na to, że kreatywność w narodzie nie zginęła.

Absolutnie nie. Powiem szczerze, że na początku epidemii nie poznawałem Polaków pod względem takiej obywatelskiej postawy. Później zaczęła się jednak ta "polska kreatywność" i takie podejście, że każdy Polak zrobił się epidemiologiem, sam ocenia, czy podejmuje ryzykowne działania czy nie.

Ale chcę wyraźnie zaznaczyć - nie zauważyłem ewidentnych postaw destrukcyjnych, że ludzie chodzą i zakażają. Zazwyczaj jest to taki kompromis. Ludzie nie chcą iść na kwarantannę i izolację, bo wolą mieć "poduszkę wolności", że w razie czego mogą wyskoczyć do apteki, gdy będzie w niej mniej klientów. Albo - żeby można było wyjść z psem. Spotkałem się też z tym, że ludzie wychodzili w czasie kwarantanny na spacery w środku nocy, żeby nikt ich nie zauważył. 

To są takie postawy racjonalne z punktu widzenia indywidualnego, choć niekoniecznie z punktu widzenia zdrowia publicznego.

Muszę też powiedzieć ważną rzecz - ludzi często zniechęca brak testów w kwarantannie. Traktuje się ją nie jak kwarantannę, tylko jak wyczekiwanie na objawy. 

Chciałbym też zapytać o obserwowany w listopadzie olbrzymi spadek liczby wykonanych testów, raportowanej przez Ministerstwo Zdrowia. Jest to po pierwsze efekt tego, o czym rozmawiamy - czyli, że wiele osób nie chce się testować. Ale z drugiej strony wydaje mi się, że to także efekt bałaganu w sprawozdawczości. Negatywne wyniki testów prywatnych do niedawna nie musiały być raportowane. Dopuszczono szybkie testy antygenowe, które też chyba nie zawsze są raportowane, gdy dały negatywny wynik.

Przy dzisiejszym obciążeniu dokumentacją medyczną jednostek opieki leczniczej dodatkowe wpisywanie negatywnych wyników testów do systemu EWP to strata czasu i kadry. Podejrzewam, że idzie się tu na jakiś kompromis i przymyka się na to oko. Choć nie mówię, że to są jakieś wyraźne wytyczne. 

Tych testów jest sporo, one są wbrew pozorom czasami rutynowo robione z powodów bezpieczeństwa - np. w warunkach pogotowia czy SOR-u. 

Natomiast spadek liczby testów może być nie tylko efektem ignorancji i niezgłaszania się z objawami, ale być może na szczęście też tego, że po prostu mamy mniej osób z objawami. Mamy oznaki z POZ i ze szpitali, że jest pewna stabilizacja napływu chorych. 

Aczkolwiek mamy tu też pewną zmienną zakłócającą, którą zaobserwowałem.

To znaczy?

Chodzi o to, że ludzie boją się iść do szpitala w obecnych warunkach epidemii. Wiadomo, że szpitale pracują w nadzwyczajnych warunkach, często nie najlepszych dla chorych. Mamy bardzo mało personelu medycznego i ludzie się obawiają, że opieka w szpitalach będzie niezbyt dobra. "Rezerwują" szpitale tylko w razie konieczności np. poważnych problemów oddechowych. 

Milion zakażeń koronawirusem w Polsce. Niewykrytych jest kilka razy więcejMilion zakażeń koronawirusem w Polsce. Niewykrytych jest kilka razy więcej

Zobacz wideo Premier: Wygrywamy z epidemią! Epidemiolożka: Nie wygrywamy