Trzy powody, dla których nadchodzące załamanie na światowych giełdach może być rekordowe

Marcin Kaczmarczyk
Hossa na polskiej giełdzie trwa mniej więcej od roku, na amerykańskiej niemal dwa lata. Długo. A nic - zwłaszcza na rynkach kapitałowych - nie trwa wiecznie. Przybywa proroków wieszczących wielki, być może nawet rekordowy, krach.

Do największego w historii procentowego spadku kluczowego amerykańskiego indeksu Dow Jones Industrial Average (DJI) doszło równo 30 lat temu. 19 października 1987 roku stracił on aż 22,6 proc. W jeden dzień!

Chwilę potem potężna wyprzedaż przewaliła się przez cały świat. Do końca października 1987 roku australijski parkiet stracił niemal 42 proc., giełda w Londynie znalazła się ponad 26 proc. pod kreską, a w Hiszpanii zanotowano spadek o 31 proc. Do kuriozalnej sytuacji doszło na giełdzie w Hongkongu. Tamtejsza giełda spadła ponad 45 proc. i stało się to między innymi po trwającym 10 dni wstrzymaniu notowań i jednodniowym zjeździe cen akcji aż o 30 proc.

Zdaniem Diany B. Henriques, znanej amerykańskiej dziennikarki gospodarczej i reportażystki, pracującej od lat dla New York Timesa, teraz może być jeszcze gorzej. Autorka między innymi książki „The Wizard of Lies” o oszuście finansowym Berniem Madoffie i która stała się podstawą dla serialu „Arcyoszust” z Robertem De Niro w roli głównej, wydawała właśnie kolejną pozycję. W książce “A First-Class Catastrophe: The Road to Black Monday, the Worst Day in Wall Street History” pisze o wspomnianym wielkim załamaniu na amerykańskiej giełdzie 19 października 1987 roku. I, co gorsza, widzi niepokojące podobieństwa i różnice pomiędzy wydarzeniami sprzed 30 lat a aktualnym światem finansów.

Czytaj więcej: Duże amerykańskie banki ostrzegały już pod koniec wakacji, że najlepsze na rynkach już za nami.

Nadciągające załamanie giełdowe może być, zdaniem Diany Henriques, jeszcze większe z trzech powodów. Po pierwsze, rynki, na których handluje się akcjami, opcjami i wieloma innymi instrumentami finansowymi są dzisiaj bardziej zdekoncentrowane niż w przeszłości. Tylko w USA działa teraz 30 giełd papierów wartościowych – największa giełda nowojorska NYSE kontroluje około 30 proc. obrotu, w 1987 roku kupowano i sprzedawano na niej aż 90 proc. akcji i innych instrumentów.

Przez to, jak uważa Henriques, trudniej wychwycić niepokojące sygnały, trudniej też szybko wdrożyć jakiekolwiek działania, kiedy wybuchnie panika.

Po drugie, zdaniem amerykańskiej dziennikarki, nie udało się stworzyć – nawet po wielkim załamaniu 2008 roku – odpowiednich i skutecznych regulacji dla rynku finansowego w USA. To pochodna wielu czynników, w tym między innymi wysiłków lobbystów ze świata finansów i wzajemnych animozji pomiędzy dwoma głównymi amerykańskimi agencjami kontrolującymi rynek kapitałowy - SEC i CFTC, z których pierwsza zajmować ma się bardziej akcjami, a druga bardziej kontraktami. I brak tych regulacji doskwiera coraz bardziej. Rynki finansowe cały czas się rozwijają i sięgają po nowe rozwiązania – za czym nie nadąża prawo.

Czytaj więcej: Znany bank ostrzega. Katalonia nie jest największym problemem. Gorzej jest we Włoszech.

No i po trzecie, rozwój rynków oznacza też coraz większą popularność automatycznych systemów transakcyjnych. Wg wyliczeń banku J.P. Morgan na amerykańskich giełdach około 60 proc. akcji jest już kupowanych i sprzedawanych przez odpowiednie oprogramowanie – dwa razy więcej niż 10 lat temu. To może być bardzo groźne, bowiem jedną z przyczyn gwałtownego załamania na giełdzie w 1987 roku było zastosowanie na dużą skalę wtedy, po raz pierwszy, pierwszych automatycznych systemów transakcyjnych. Późniejsze krachy również udowadniały, że decyzje o sprzedaży lub zakupie papierów wartościowych podejmowane przez automaty, mogą doprowadzić do bardzo szybkiej destabilizacji każdego rynku kapitałowego.

Tekst pochodzi z blogu „Giełda i gospodarka.pl”