Danuta Huebner o brexicie: Zaczyna nas już trochę irytować beztroska brytyjskich polityków

To, co dzieje się teraz w Wielkiej Brytanii w kwestii brexitu, to wielki kryzys, w którym klasa polityczna nie zdaje egzaminu - uważa Danuta Huebner. Jej zdaniem, mimo tego, że Izba Gmin przegłosowała zablokowanie brexitu bez umowy, ryzyko, że do niego dojdzie, wciąż istnieje.
Zobacz wideo

 

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Jak w kilku słowach określiłaby Pani to, co dzieje się w Wielkiej Brytanii wokół brexitu?

Prof. Danuta Huebner, europosłanka, szefowa komisji spraw konstytucyjnych w PE: Wielki kryzys, w którym klasa polityczna nie zdaje egzaminu. Tam jest po prostu kryzys konstytucyjny. Brytyjczycy nie radzą sobie z podstawowymi decyzjami, które mają fundamentalne znaczenie dla przyszłości ludzi i kraju. Jest zagrożenie rozpadu jedności państwa, nie ma sił, które by tę jedność budowały, do tego wykorzystuje się Unię Europejską jako tego przysłowiowego chłopca do bicia. To, co tam się się dzieje, to jest przede wszystkim wielka nieodpowiedzialność polityków.

 

Czy jest jeszcze ryzyko twardego brexitu?

Oczywiście, że to ryzyko jest. Po pierwsze, w sytuacji, kiedy do 29 marca nie będzie zawartej umowy, która jest podstawą do wszystkich kolejnych działań. Przykro to mówić, ale mam wrażenie, że w Wielkiej Brytanii nie ma jakiejś ukrytej strategii, jest za to cały czas brak zrozumienia tego, co oznacza brexit bez umowy i jakie są jego konsekwencje.

Myśmy liczyli na to, że nastąpi proces uczenia, który doprowadzi do zrozumienia konsekwencji wyjścia w ogóle, nie mówiąc już o wyjściu bez umowy. Tymczasem tak się nie dzieje. W tej chwili więc z całą pewnością ryzyko wyjścia Wielkiej Brytanii bez porozumienia jest i nawet rośnie.

Jeżeli premier Theresa May chce dostać od Unii wydłużenie artykułu 50, czyli opóźnienie brexitu, to jest to możliwe tylko jeśli będzie umowa, którą przecież brytyjscy posłowie odrzucili już dwa razy. Nie ma możliwości, żeby nie zawrzeć umowy o wyjściu, a jednocześnie poprosić o wydłużenie art. 50.

Jak Pani zdaniem wygląda strategia Theresy May i czy w ogóle jakaś jest?

Theresa May cały czas usiłuje postawić posłów w sytuacji bez wyjścia: albo przyjmą jej deal, jej umowę, albo nie będzie żadnego opóźnienia brexitu. Tak, by mieli dosłownie trzy dni do 29 marca. Wydaje mi się, że to jest jej strategia, jeśli w ogóle jakaś jest.

Załóżmy, że brytyjscy politycy dogadają się między sobą ws. przedłużenia art. 50 i to przegłosują. Co musi się stać, żeby UE to zaakceptowała?

Trzeba pamiętać cały czas o tym, że przedłużenie art. 50 jest przewidziane prawem, ale wymaga jednomyślności po stronie Rady Europejskiej. Czyli nie może być żadnego państwa członkowskiego, które mogłoby powiedzieć, że nie zgadza się na to.

Czytaj też: Wielka Brytania odrzuca twardy brexit. Jest reakcja Brukseli. "Są dwa sposoby, aby opuścić UE"

Czy jest ryzyko, że ktoś się wyłamie?

Myślę, że trudno założyć z góry, że my się jednomyślnie zgodzimy. Bo jest jednak pewne zmęczenie, brexit zajmuje bardzo dużo naszego czasu w Unii, na wszystkich poziomach. Poza negocjacjami pełną parą idą przygotowania w przypadku braku porozumienia, po stronie instytucji europejskich, na poziomie państw członkowskich, w różnego rodzaju agencjach i instytucjach.

Oprócz tego miliony przedsiębiorstw w Europie też muszą być do tego przygotowane. Dla dużych firm nie jest to aż tak duży problem, bo mają pieniądze i prawników. Ale jest około 30 mln małych i średnich firm w Europie, które nigdy nie funkcjonowały poza rynkiem wewnętrznym czy poza unią celną. Dla nich jest to zupełnie inny świat. Brexit uruchomił ogromne koszty i pracę.

Zobacz także: Ekonomiści: W przypadku "twardego brexitu" pracę może stracić nawet 46 tysięcy Polaków

Zaczyna więc nas już trochę irytować ta pewna beztroska w dyskusjach brytyjskich polityków. To może się przełożyć na brak jednomyślności w Radzie Europejskiej.

A przed Unią, już właściwie za chwilę, bo w maju, wybory do Parlamentu Europejskiego.

Krótkie przedłużenie art 50 do 22 maja, bo oni mają wybory 23 maja, może nie wystarczyć, bo, powtarzam, wciąż nie ma umowy. Więc teoretycznie Brytyjczycy powinni zorganizować wybory, nawet jeśli chwilę później wyjdą z UE. Ale jest też druga kwestia, polityczny wpływ na wybory w pozostałych krajach, kiedy brytyjscy politycy uprawiają antyeuropejską narrację. Chcielibyśmy więc, żeby ten proces zakończył się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Z kolei poważniejsze wydłużenie, na nawet ponad rok, jest bez sensu. Wielka Brytania nie bierze pod uwagę tego, że w tym okresie przedłużenia będzie zobowiązana do przestrzegania prawa europejskiego, nie może w tym czasie zawierać żadnych umów jako państwo trzecie, negocjować niczego na przyszłość. Czyli to niewiele by zmieniło. No i byłby to też okres wielkiej niepewności dla obywateli i biznesu.

Jaki jest według Pani najbardziej prawdopodobny scenariusz na ten moment?

Tak naprawdę nikt nic nie wie, ale ja ciągle liczę na to, że jednak się odbędzie trzecie
głosowanie nad umową wynegocjowaną przez May, które pozwoli na przedłużenie art. 50 do tego 22 maja lub 30 czerwca, co oczywiście stworzy problem w kontekście wyborów europejskich.