Agata Gostyńska-Jakubowska, starsza analityk w Centre for European Reform: Myślę, że Theresa May naprawdę wierzyła w to, że dla dobra Wielkiej Brytanii należy doprowadzić proces brexitu do końca. Może również dlatego zwlekała tak długo ze swoją rezygnacją. Przecież o tym, że Theresa May poda się do dymisji, albo że zostanie wypchnięta przez swoich partyjnych kolegów mówiło się już od bardzo dawna. Trudno mi natomiast komentować jej emocjonalną reakcję, wszyscy jesteśmy przecież tylko ludźmi i trudno nam czasami przyznać się do porażki, zwłaszcza kiedy oglądają nas miliony ludzi. Nawet Margaret Thatcher trudno było niekiedy ukryć łzy, choć nazywana była żelazną damą.
Dlatego właśnie trudno mi zdobyć się na współczucie dla premier, pomimo uronionych dzisiaj przez nią łez. Theresa May musiała mieć przecież świadomość, jak trudno będzie jej spełnić oczekiwania Brytyjczyków. Zwłaszcza, że referendum pokazało, jak bardzo są oni podzieleni w kwestii przyszłości ich kraju. Zamiast więc okazać trochę pokory, posłuchać tego, co mówią m.in. eksperci czy przedstawiciele biznesu i spróbować poszukiwać kompromisu w parlamencie wokół założeń negocjacyjnych, May zdecydowała się na ślepo forsować swoje stanowisko. Tym bardziej zdziwiło mnie jej dzisiejsze wystąpienie, w którym tak dużo uwagi poświęciła sztuce kompromisu.
Moim zdaniem to właśnie konsekwentne ignorowanie parlamentu połączone z decyzją o zorganizowaniu wcześniejszych wyborów w 2017 roku, które doprowadziły do utraty przez partię konserwatywną większości parlamentarnej, przesądziły w dużym stopniu o dzisiejszym impasie i w konsekwencji o rezygnacji May.
Myślę, że jak każdy premier May miała na uwadze to, jak zapisze się na kartach historii. Chciała więc za wszelką cenę doprowadzić do umownego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Może też zdawała sobie sprawę z tego, że jej rezygnacja nie rozwiązuje żadnego problemu, wręcz przeciwnie tworzy nowe. Może obawiała się, ze jej następca będzie gotowy wyprowadzić Wielką Brytanię z Unii bez porozumienia. O motywach jej działania będziemy pewnie mogli poczytać już niebawem we wspomnieniach albo samej May, albo kogoś z jej bliskiego otoczenia.
Ktokolwiek zajmie stanowisko lidera partii konserwatywnej i tym samym zostanie nowym premierem, będzie miał dokładnie te same wyzwania przed sobą. Arytmetyka w Izbie Gmin oraz stanowisko Unii w sprawie renegocjacji warunków wyjścia nie ulegną przecież zmianie. Nowy premier bardzo szybko się o tym przekona.
Niektórzy spekulują, że do nowych wyborów mogłoby dojść jeszcze na jesieni. Jeśli liderem zostanie Borys Johnson albo Dominic Raab, który wskazywał w przeszłości, że byłby gotów poprzeć wyjście bez porozumienia to opozycja z poparciem części torysów może chcieć przeforsować wniosek o wotum nieufności. Trudno jednak powiedzieć jakie są szanse powodzenia takiego scenariusza, w przeszłości torysi pokazali, że interes partii jest przed interesem kraju, a wcześniejsze wybory mogłyby oznaczać, że kolejnym premierem będzie lider Partii Pracy, gdyby ta wypadła w nich lepiej. Niektórzy spekulują więc, że kolejny premier może zdecydować się na zorganizowanie kolejnego referendum jeśli okazałoby się, że jest to jedyna szansa, żeby odsunąć wybory parlamentarne w czasie.
Moim zdaniem szanse na chaotyczny, bezumowny brexit rosną. Pamiętajmy, że jeśli do końca października Wielka Brytania nie wyjdzie z unii z porozumieniem albo nie poprosi o kolejne przedłużenie tych rozmów, to dojdzie do twardego brexitu. Emmanuel Macron wydaje się być jednym z kategorycznych głosów w Unii niechętnych dalszemu przedłużaniu negocjacji. O ile trudno mi sobie wyobrazić, że liderzy zdecydują się na "zepchnięcie Brytyjczyków z przepaści" bez ich woli to warto podkreślić, że cierpliwość wobec Londynu staje się powoli towarem deficytowym nawet w stolicach tradycyjnie uznawanych za przyjazne Brytyjczykom.