Jak przetrwać zderzenie Chiny-USA? Niemcy chcą wydać bilion euro i uciec w wodór

Niemcy wreszcie zaczęli wydawać pieniądze. Chodzi o to, żeby Europę wzmocnić, przygotować na bardziej szorstką globalizację. I żeby wkrótce można było powiedzieć Amerykanom i Chińczykom: "Bijcie się sami, my sobie w Europie damy radę bez waszych technologii, bo mamy własne" - z Sebastianem Płóciennikiem z PISM rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Co się dzieje z Niemcami? Jak to możliwe, że ten oszczędny kraj ze swoją obsesją na punkcie deficytu budżetowego zaczął wydawać jak szalony? Planują bilion euro na pakiet antykryzysowy, ta góra pieniędzy to europejski rekord. Czy oni z mistrza oszczędności zmieniają się w mistrza wydatków?

Sebastian Płóciennik: Tej zmiany by nie było bez szoku Covid-19, bo on wyraźnie wzmocnił krytyków dotychczasowej polityki gospodarczej. I rzeczywiście Angela Merkel dokonała ostrego zwrotu, ale nie jestem pewien, czy to powinno być aż takim zaskoczeniem. Merkel często wykorzystywała kryzysy do tego, żeby radykalnie zmienić politykę. Tak się stało w przypadku transformacji energetycznej, wykorzystała katastrofę w Fukushimie i ogłosiła odejście od atomu, podobnie było w czasie kryzysu imigracyjnego i podobnie jest teraz w trakcie pandemii. Niemcy pożegnali się właśnie z polityką "czarnego zera".

Czarne zero?

To było hasło, którym sprzedawano w niemieckiej debacie publicznej politykę oszczędności. Chodzi o to, że w budżecie państwa nie pojawiają się ujemne czerwone liczby w zestawieniach.

Czyli nie ma deficytu?

Tak. Przez ostatnią dekadę Niemcy prowadzili surową politykę finansową. Żadnych nowych długów netto. Mieli dobre wyniki gospodarcze, duże wpływy z podatków, rekordowo niskie bezrobocie – stąd solidne nadwyżki budżetowe. Finanse publiczne były na plusie od 2012 r., czasem nawet na poziomie 50-60 mld euro. 

I jednocześnie mają rozwalające się mosty?

Tysiąc mostów kolejowych nadaje się nie tyle do remontu, co do rozbiórki. I wiele innych problemów z infrastrukturą – zwłaszcza cyfrową - która z powodu oszczędności nie była traktowana poważnie.

Totalnie nielogiczne.

Taką politykę popierała opinia publiczna, a obsesję na punkcie oszczędności dodatkowo nakręcali politycy. W Niemczech - to paradoks - o konieczności oszczędzania najwięcej mówili dekadę temu populiści ze skrajnie prawicowej AfD. Ta partia wyrosła na szukaniu winnych poprzedniego kryzysu finansowego w 2008-2010 roku: rozrzutnych Włochów, Greków, Hiszpanów, którzy narobili długów i teraz chcą nas doić, porządnych, pracowitych i oszczędnych Niemców. Klasa polityczna Niemiec - cały mainstream - żyła w strachu, że tego typu argumentacja odżyje i spowoduje wzrost siły politycznej AfD. Oczywiście propaganda AfD dotyczyła głównie cudzych długów, a nie niemieckich, ale to zaraziło całą debatę publiczną i wzmocniło przekonanie, że długi państwa są najgorszym złem.

Niemiecka opinia publiczna nadal tę opowieść kupuje?

Już nie. Bo natura obecnego kryzysu Covid-19 jest inna i społeczeństwo niemieckie to dostrzegło. Nie obwiniają już krajów "leniwego południa", które zostały najbardziej dotknięte przez pandemię. Pojawiło się współczucie, a nawet wyrzuty sumienia, że może okazywaliśmy im za mało solidarności.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej całej wolty. Nieoczywisty. Chodzi o zmianę sposobu myślenia niemieckich ekonomistów. Przez dekady rządziła tam doktryna ordoliberalizmu i to jej wyznawcy przyczynili się do reakcji na poprzedni kryzys finansowy, kiedy Niemcy narzucili strefie euro bardzo ostry kurs oszczędnościowy. Teraz nastąpiła zmiana pokoleniowa w niemieckiej ekonomii, pojawiło się wielu młodych ekonomistów, którzy kształcili się na uczelniach amerykańskich. Mniej interesowały ich ideologie, raczej badania empiryczne i porównawcze. 

A dlaczego to ważne?

Nie są tak bardzo przywiązani do ekonomicznych doktryn - ani ordoliberalizmu czy neoliberalizmu, ani do keynesizmu, ani do żadnej innej sztywnej szkoły. Więc nie stają na głowie, żeby udowodnić, że ich jedynie słuszna doktryna zawsze działa, nawet jeśli liczby pokazują coś innego. A czasem tak się zachowywali ekonomiści poprzedniego pokolenia. Minister finansów Olaf Scholz, przygotowując niemieckie pakiety antykryzysowe i stymulacyjne, zapraszał co czwartek ekonomistów na zooma i odbywał z nimi narady. To byli ludzie z bardzo różnymi poglądami, burza mózgów, zderzenie wielu perspektyw i argumentów. Przyniosło to dobre efekty.

Czyli polityka "czarnego zera" była błędem? Bo u nas wielu ekonomistów tą niemiecką odpowiedzialnością budżetową wciąż jest zachwyconych.

Ona miała jedną ważną zaletę. Jak teraz przyszedł kryzys, to Niemcy są w świetnej kondycji budżetowej i mogą zadłużać się właściwie bezkosztowo, wręcz zarabiać na emisji długu. Dlatego mogą planować kolejne setki miliardów pakietów stymulacyjnych, dzięki którym niemieckie firmy wyjdą z kryzysu dużo mocniejsze niż firmy w innych krajach.

To wymienię tytuły dwóch książek, które są teraz w Niemczech dyskutowane: "Rozdarty kraj. Ekonomiczne, socjalne i polityczne nierówności w Niemczech" politologa Christopha Butterwegge oraz "Koniec klasy średniej. Pożegnanie niemieckiej historii sukcesu" dziennikarza Daniela Goffarta. No to chyba coś jednak nie gra? Prawie dekada z nadwyżką budżetową, świetne wskaźniki, a jednocześnie "rozdarty kraj"?

Zajmuję się Niemcami od lat 90., często tam jeżdżę i zazwyczaj pierwsze kroki kieruję do księgarni dworcowej. Z okładek książek o polityce i gospodarce rzadko bije optymizm, częściej "Weltschmerz", czarnowidztwo. Pamiętam książkę Arnulfa Baringa z lat 90. pod tytułem "Czy Niemcy upadną?". Ten motyw często wraca i nasila się, kiedy pojawiają się kryzysy. Ale to prawda, że trwa tam teraz bardzo ciekawa twarda dyskusja, w jaki sposób ułożyć model niemiecki po okresie oszczędności. Ona dotyczy nie tylko samej polityki finansowej, ale też redystrybucji, podatków, inwestycji publicznych, szkolnictwa. Bo Niemcy - choć przez kryzys Covid-19 przejdą ze stosunkowo niewielkim spadkiem, pewnie stracą "tylko" około 6,5 proc. PKB - mają jednak wiele bardzo poważnych strukturalnych problemów. Zacznijmy od poziomu inwestycji: polityka oszczędności i "czarnego zera" w ostatniej dekadzie spowodowała, że Niemcy mieli niższy poziom inwestycji nawet niż Francja.

Jak to?

No, po prostu.

Przecież Francję wszyscy pokazują palcami, że jest etatystyczna, nie inwestuje, że jest rozleniwiona, przeregulowana, itd., itp.

Właśnie dlatego inwestuje, że jest etatystyczna, bo to wymusza więcej nakładów publicznych. Ale również francuski biznes więcej wydawał na inwestycje.

Więcej niż niemiecki?!

Tak, o około 1 proc. PKB więcej przez kilka lat. Niemcy miały całkowity poziom inwestycji w okolicach 20 proc., natomiast Francuzi nawet w okresie flauty starali się utrzymywać ten wskaźnik bliżej 22 proc. Efekty w Niemczech są dość oczywiste: odkładane remonty szkół, niedoinwestowane usługi publiczne w gminach, ale też słabości "twardej" infrastruktury – czyli te osławione mosty. Najpoważniejsze zaniedbanie, które zaczęło osłabiać konkurencyjność gospodarki niemieckiej to infrastruktura cyfrowa.

Że internet mają kiepski?

To też. Ale chodzi nie tylko o to, że Niemcy muszą wydać nawet 100 miliardów euro, by pokryć cały kraj porządnym zasięgiem i to od razu w technologii 5G. Nawet jak oni te pieniądze wydadzą i zbudują sobie świetny internet, to cała ta infrastruktura może służyć temu, żeby pieniądze zarabiały zagraniczne koncerny.

Dlaczego?

Bo przez ostatnie dekady Niemcy nie dorobili się własnych wielkich firm informatycznych, może poza SAP. Do niedawna uważano, że takim "cyfrowym BMW", które mogłoby promieniować na resztę firm, stanie się fin-tech Wirecard, będący platformą do płatności cyfrowych. Ale właśnie miesiąc temu firma w widowiskowy sposób upadła, a jej wiceszef - jak donosi "Der Spiegel" - uciekł na Białoruś. Więc nie chodzi tylko o infrastrukturę internetową, ale o zapóźnienia w strukturze gospodarki i aktywności biznesu w nowych branżach. Oni wiele spraw przespali, teraz czeka ich długi żmudny proces budowania wiedzy, kompetencji w sferze informatycznej. 

Niemcy kojarzymy przede wszystkim ze znakomitymi maszynami, które są sprzedawane na całym świecie. Bo rzeczywiście oni oferują niesamowitą jakość i wyrafinowanie, choć te produkty są dość drogie. I dopóki te ich świetne maszyny funkcjonują jako autonomiczne jednostki, to niemiecka przewaga jest oczywista. Ale w przyszłości - a w zasadzie już się to dzieje - maszyny będą łączone ze sobą poprzez skomplikowane systemy cyfrowej komunikacji i zarządzania, swego rodzaju "internet maszyn" jako część "internetu rzeczy".  Kierować tą wielką zmianą będą te kraje, które są zdolne do produkowania oprogramowania i systemów zarządzania. Krótko mówiąc, Niemcy mogą spaść z górnego szczebla konkurencyjności na niższy. Będą dostarczali komponenty do wielkich systemów produkcji, ale już nie będą mogli oferować całych systemów produkcji. I to jest źródłem ich ogromnych obaw.

Że przesuną się w łańcuchu konkurencyjności niżej?

Oni bardzo dużo o tym dyskutują, czasem popadając w swój przesadny fatalizm, o którym wcześniej wspomniałem. To samo dotyczy przemysłu samochodowego. Samochód BMW to znakomity produkt, ale oprogramowanie, system nawigacji, system sterowania autami autonomicznymi - wtedy, gdy to się upowszechni – dostarczą inni, najpewniej Amerykanie, bo mają w tych technologiach spore przewagi.

Czyli polityka "czarnego zera", która ma jedną ważną zaletę - że jak przychodzi kryzys, to jest skąd brać pieniądze na niespodziewane wydatki - jednocześnie ma dramatyczne skutki uboczne: niedoinwestowanie, zapóźnienia w innowacyjności, zapóźnienia w edukacji?

Dlatego Niemcy szykują się na dekadę wielkich inwestycji. Mosty, edukacja, infrastruktura internetowa i - rzecz jeszcze ważniejsza - transformacja energetyczna. Oni teraz intensywnie poszukują nowego pomysłu na siebie w gospodarce światowej, ale jednocześnie zdają sobie sprawę, że w technologiach cyfrowych zbyt długo czekali i mają spore zaległości. Więc postanowili stworzyć dla siebie nowe pole konkurencji i zaangażować w nie państwo, które ma inwestować ogromne środki i sterować całym procesem.

Ale w co dokładnie chcą inwestować?

Na przykład w wodór. Zorientowali się, że w branży samochodów elektrycznych nie dogonią już Chin i USA jeśli chodzi o technologie akumulatorowe. Bo niemieckie koncerny samochodowe zbyt długo szlifowały swoje diesle, nie rozumiejąc, że te silniki trochę przypominają parowozy w latach 50. XX wieku. Wtedy produkowano pewnie najlepsze, najbardziej wyrafinowane parowozy w historii, ale co z tego, skoro ich czas minął? Niemcy będą teraz próbowali wyprzedzić konkurencję, rozwijając tzw. strategię wodorową. Właśnie ogłosili jej założenia. Czyli środkiem magazynowania energii ma być nie akumulator, ale wodór. W ten sposób chcą przekształcić całą branżę samochodową, która będzie produkowała silniki elektryczne napędzane prądem z wodoru.

Zamiast baterii - zbiornik z wodorem?

Bo w wodorze da się magazynować energię. W dodatku wodór można będzie przesyłać dotychczasowymi rurociągami, oczywiście po ich modyfikacji. Zielony prąd z wiatraków i paneli słonecznych również będzie można magazynować właśnie w wodorze.

No ale przecież ta technologia to może być ślepa uliczka.

Nie ma w tej chwili żadnej pewnej technologii. Przecież magazynowanie energii elektrycznej w bateriach i akumulatorach ma masę wad. Choćby zależność od rzadkich minerałów, które kontroluje niewielka grupa państw i pewnie będą to wykorzystywać. Do tego ogromne koszty utylizacji baterii. Dlatego pojawiła się alternatywa wodorowa i cała Unia być może pójdzie w tym kierunku, żeby stworzyć konkurencję dla systemów bateryjnych oferowanych przez Chiny i USA. Bo warto dodać, że ważną motywacją Niemiec jest teraz "odbudowa" gospodarcza Europy, która ma służyć przede wszystkim większej autonomii Unii na scenie międzynarodowej.

Żebyśmy nie byli rozgrywani ani przez Chiny, ani przez Stany?

Unia to największy rynek na świecie - jeśli połączymy 500 mln ludzi z poziomem PKB. Ale jedynym emblematem Europy widocznym na poziomie globalnym jest wspólna waluta euro. Pozostałe kwestie – produkty, wpływy polityczne, obecność wojskowa - wynikają głównie z aktywności państw narodowych. W czasie obecnego kryzysu elity europejskie zdały sobie sprawę, że trzeba znacznie więcej zainwestować w koordynację działań i tworzenie wspólnych przedsięwzięć, żeby wytrzymać zderzenie dwóch gigantów - USA i Chin. Już teraz na poziome globalnym trwa wywołana przez Waszyngton i Pekin ekspansja protekcjonizmu. Więc chodzi o to, żeby Europę wzmocnić, przygotować na bardziej szorstką globalizację, bardziej wymagającą i mniej przewidywalną.

Żeby Unia mogła powiedzieć: "Mamy ogniwa wodorowe, one są lepsze od waszych akumulatorów, więc możemy współpracować, ale na naszych warunkach". Tak?

Albo taki komunikat: "Wy stosujecie protekcjonizm, zamykacie się, ogłaszacie jakieś cła i taryfy, no to my sobie damy radę bez waszych technologii, bo mamy swoje".

Bardzo mnie zaskoczyło to, co pan mówi o niemieckiej innowacyjności, bo to całkowicie sprzeczne z tym, co mamy w głowach. "Niemcy mają kłopoty z innowacyjnością". "Niemieckie samochody są przestarzałe". Świat się kończy.

Niemcy rzeczywiście w ostatnich latach spadały w rankingach innowacyjności. W niektórych były jeszcze w czołówce, w innych w okolicach dziesiątego miejsca, a w jeszcze innych nawet poza pierwszą dziesiątką. Natomiast trzeba wiedzieć, że oni produkują po prostu inne innowacje niż Amerykanie czy nawet Chińczycy, inne niż Izrael czy Australia.

Czyli jakie?

Zwykle rozróżnia się dwa typy innowacji: radykalne i stopniowe. Te radykalne polegają na tworzeniu zupełnie nowych produktów, czyli jeżeli coś już słabo działa, jakiś produkt staje się przestarzały - jak ten wspomniany wcześniej parowóz - to zamyka się fabrykę, zwalnia ludzi, uwalnia kapitał i przesuwa się pieniądze do kompletnie innych nowych pomysłów i zastosowań. Bardzo sprawne w tworzeniu tego typu innowacji są takie gospodarki jak amerykańska, która ma mało regulacji i szeroko otwarte rynki. Ceną jest oczywiście nierówność społeczna, nierówność dochodowa i nieustanne ryzyko, bo społeczeństwo musi się mierzyć cały czas ze zmianami. Natomiast druga kategoria to innowacje stopniowe, które polegają na tym, że szlifuje się produkt, wciąż poprawia jego jakość. I tutaj mistrzami są Niemcy i Japończycy. Do tworzenia tego typu innowacji trzeba zatrudniać pracowników na czas nieokreślony, dać im etaty, dać gwarancję zatrudnienia po to, żeby podjęli ryzyko specjalizowania się w bardzo wąskiej dziedzinie.

Żeby wiedzieli, że ich fabryka za 10 lat nadal będzie produkować, i że jest sens, żeby ten inżynier czy robotnik w doszlifowywanie jakiejś technologii inwestował wszystkie swoje umiejętności?

Tak. Ponieważ większą część ryzyka bierze na siebie pracodawca i państwo. I na tym był oparty przez dekady niemiecki system, który pokazał, że można - nie produkując superinnowacji – stać się bardzo bogatym krajem. Spójrzmy na samochody: przecież to jednak dość tradycyjny produkt. Tylko że Niemcy do perfekcji opanowali łączenie w tych mercedesach i BMW dojrzałej technologii z najnowszymi wynalazkami, które pochodzą często z innych krajów. Wszystkie elementy są fenomenalnie pospinane i zintegrowane, ale do osiągnięcia tej perfekcji trzeba pracowników, którzy mają bardzo wąską i specjalistyczną wiedzę o produkcie. Za nią się dobrze płaci i w zamian za nią trzeba też zaoferować bezpieczeństwo zatrudnienia. Dlatego teraz w kryzysie Niemcy stają na głowie, żeby przemysł nie zwalniał ludzi, bo jak oni odejdą na bezrobocie, to dość szybko stracą latami wypracowane umiejętności. W niemieckim systemie firmy zawsze mogły liczyć na wsparcie państwa, więc nie musiały sięgać po metodę "szybko zatrudnij i szybko zwolnij", żeby ciąć koszty. I właśnie w ten sposób Niemcy przez lata produkowali swoje stopniowe innowacje. One nie zawsze są widoczne i oczywiste, nie zawsze łapią się do tych wszystkich międzynarodowych statystyk, natomiast przekładają się na stabilność zatrudnienia i wysokie dochody.

Czyli jeżeli ogniwa wodorowe okażą się strzałem w dziesiątkę, to Niemcy będą je cyzelować przez najbliższe dekady?

I wtedy mają przed sobą kilka dekad ulubionego produktu, który będą nieustannie poprawiać i integrować najpierw w samochodach, potem w autobusach, w pociągach, w maszynach, potem w budownictwie itd. W tym systemie innowacji stopniowych niemiecka obsesja na punkcie oszczędności budżetowych i niskiej inflacji ma pewien sens. Bo na czym polega polityka płacowa w firmach, które są skupione na innowacjach stopniowych? W Niemczech były to negocjacje w najważniejszych branżach między silnymi związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców. Pracownicy mówili: chcemy 1,5 procent podwyżki w przyszłym roku, a w kolejnych pięciu latach po jednym procencie. Pracodawcy na to: ale wasza produktywność nie wzrasta tak szybko, bo tylko o 0,7 procenta, no to możemy wam dać trochę więcej - na przykład 0,9 procenta podwyżki. Czyli cyzelowanie bardzo niewielkich różnic. Jeżeli oni zawierają jakieś porozumienie płacowe, to ono jest bardzo precyzyjne i staje się punktem odniesienia dla wielu innych branż. I teraz wyobraźmy sobie, że mieliby bank centralny, który prowadzi bardzo swawolną politykę pieniężną, a rząd zadłuża się wedle uznania. W takim systemie inflacja byłaby nieprzewidywalna, a większość tych porozumień płacowych wzięłaby w łeb. Zarówno pracodawcy, jak i związki zawodowe oczekują więc od niemieckiego banku centralnego, że zagwarantuje im niską inflację i będzie tego poziomu bronił, bo inaczej całe ich długoterminowe planowanie jest niewiele warte. Więc, zarzucając Niemcom obsesję na punkcie inflacji i oszczędności budżetowych, warto pamiętać, jak działają ich firmy.

No to wracam do tytułów niemieckich książek, które opisują eksplozję nierówności i erozję klasy średniej, czyli wszystkie te fatalne zjawiska, które chyba najbardziej są widoczne w USA i wybuchają co jakiś czas wściekłością społeczną, Trumpem albo innymi ekscesami.

Oczywiście, te zjawiska w Niemczech też istnieją. Żeby zrozumieć podziały społeczne, o których się teraz w Niemczech dyskutuje, trzeba sięgnąć aż do lat 90. Wtedy ten reński kapitalizm funkcjonował sprawnie, produkował swoje stopniowe innowacje, coraz lepsze mercedesy i coraz lepsze maszyny, ale też coraz bardziej odczuwał konkurencję ze strony producentów azjatyckich. Potem doszła jeszcze konkurencja z naszej strony, czyli krajów Europy Środkowej. Niemcy musieli stale uciekać do przodu z produktywnością, czyli zmusić pracowników do większej wydajności. Ci, którzy nie chcieli się do tego dostosować lub nie nadążali - byli zwalniani i trafiali na bezrobocie. Wtedy system wsparcia dla bezrobotnych był bardzo hojny, dało się z niego latami dobrze żyć, ale finanse państwa coraz bardziej trzeszczały pod ciężarem zobowiązań. Na reformy zdecydował się socjaldemokrata Gerhard Schroeder: my go dziś kojarzymy głównie z rurociągiem Nordstream i przyjaźnią z Putinem, natomiast Niemcy wolą go pamiętać jako autora reform państwa socjalnego.

Które polegały na cięciach i zabieraniu.

No to niech pan spojrzy na to z innej perspektywy: Schroeder zdał sobie sprawę, że nie uda się już zatrudnić tych długotrwale bezrobotnych w przemyśle, bo fabryki za bardzo uciekły z technologiami i wiedzą. W Niemczech panuje zresztą kult wiedzy i ciągłego podnoszenia poziomu kwalifikacji, to jest mocno powiązane z płacami, a potem przekłada się na poziom świadczeń emerytalnych. Więc ta część społeczeństwa, która pozostała na bezrobociu, miała niewielkie szanse, żeby dołączyć do coraz szybciej uciekającego peletonu. Dla nich Schroeder postawił na rynek usług prostych, nieskomplikowanych, niewymagających wysokich kwalifikacji. Zderegulował i otworzył usługi, wsparł rozwój tego rynku środkami publicznymi. Pracodawca mógł zatrudnić kogoś za przysłowiowe euro za godzinę, na resztę wynagrodzenia otrzymywał dotację. Schroeder wprowadził także "podstawowe zabezpieczenie" socjalne dla każdego, ale pod warunkiem, że będzie szukał pracy i się dokształcał.

Czyli - mówiąc wprost - uśmieciowił zatrudnienie i zezwolił na niskie płace. No to już wiemy, skąd tytuł książki "Rozdarty kraj" o eksplozji niemieckich nierówności.

Mam problem z tego typu argumentacją, bo alternatywą było długoterminowe bezrobocie.

Sam pan mówił, że Niemcy mają kłopoty.

Mają. Po deregulacji Schroedera wiele osób zaczęło pracować w dość niestabilnych warunkach. Zaoferowano im co prawda ubezpieczenia społeczne i różne inne formy wsparcia, więc to niemieckie państwo socjalne - choć przycięte - dalej funkcjonowało, ale nierówności dochodowe jednak się zwiększyły. Nie brak opinii, że przyczyną wzrostu nierówności w Niemczech jest nie tylko dualny rynek pracy rozkręcony przez Schroedera, ale też ekspansywna polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego po ostatnim kryzysie finansowym. Bo do rozmaitych funduszy inwestycyjnych "zbyt dużych, żeby upaść" trafiła ogromna ilość łatwej gotówki, która spowodowała wzrost cen mieszkań i wzrost cen akcji. Na rynku mieszkaniowym pojawili się inwestorzy skupujący tysiące lokali w Berlinie, Frankfurcie, Monachium, a nawet mniejszych miejscowościach – a wraz z nimi drożyzna. Dla Niemców to był szok, bo oni są społeczeństwem żyjącym w wynajmowanych, niedrogich mieszkaniach latami - wielu Niemców nawet na emeryturze nie ma swojego lokum. To jest jeden z bardzo poważnych problemów społecznych w Niemczech. Władze Berlina zareagowały, wprowadzając ostatnio zamrożenie czynszów na pięć lat. Chodzi nie tylko o to, by zahamować wzrost cen, ale też powstrzymać gentryfikację Berlina. Przecież w tym mieście różne grupy społeczne o różnej zasobności portfela żyły obok siebie, a teraz w niektórych dzielnicach na wynajęcie mieszkania stać jedynie najzamożniejszych.

Jak ta wolta kanclerz Merkel, niemieckich ekonomistów i niemieckiej opinii publicznej - "Wydawać, wydawać, wydawać!" - wpłynie na Polskę?

Dobrze wpłynie. Jesteśmy z nimi bardzo mocno powiązani gospodarczo: według najnowszych danych niemieckiego urzędu statystycznego Polska już nawet wyprzedziła Wielką Brytanię i Włochy, jeśli chodzi o obroty handlowe z Niemcami. Stajemy się dla nich kluczowym parterem, już nie tylko ważnym. Dlatego każdy wzrost popytu i aktywności inwestycyjnej w Niemczech to dla nas dobra wiadomość, bo oznacza również większy popyt na produkty, które wytwarzamy u nas. Wielu ekonomistów liczy też na to, że popierana przez Niemcy strategia wzmocnienia suwerenności Europy sprawi, że wrócą tutaj z Azji niektóre niemieckie fabryki, co wywoła kolejny boom wydatkowy.

"Skracanie łańcucha dostaw".

Tak. Bo Europa zrozumiała, że nie może wszystkiego wyoutsourcować do Chin i Azji, w niektórych sektorach - na przykład medycznym - produkcję trzeba mieć na miejscu. I niektórzy mają nadzieję, że część tych powracających fabryk zostanie ulokowana w takich krajach jak Polska. A ja uważam, że niekoniecznie.

Dlaczego?

Zanim zaczniemy cieszyć się z powracających fabryk, zastanówmy się, jakie czynniki mogą decydować o ich lokalizacji. W Polsce mamy bardzo niskie bezrobocie, ono nawet w obecnym kryzysie według ostatnich danych niespecjalnie rośnie. Więc skąd w takiej Polsce weźmiemy pracowników? - będą się zastanawiały firmy. Druga rzecz to technologia. Te powracające fabryki przecież zostaną zbudowane na nowo i mogą działać w zupełnie inny sposób. Były już próby, np.  fabryka adidasa w bawarskim Ansbach, która miała zastąpić tysiące pracowników w Chinach i Wietnamie 160-osobową załogą i drukarkami 3D. Akurat ten projekt nie do końca się udał, ale niewykluczone, że dopiero teraz nadchodzi czas nowych metod produkcji. Powracający biznes nie będzie potrzebował tańszych lokalizacji w Polsce czy Rumunii: może umieścić fabryki na wschodzie Niemiec, a w celu wyrównania wyższych kosztów pracy zaaplikuje tam więcej technologii i sztucznej inteligencji.

Ale nawet jeśli to będzie tylko 160 pracowników, to lepiej ich mieć w Polsce za trzy razy niższe stawki niż w Niemczech.

Ta kalkulacja będzie dla niemieckich firm bardziej skomplikowana. Bo trzeba też uwzględnić wsparcie państwa. Wracamy więc do kwestii omawianej na początku, czyli do wielkiego programu wsparcia gospodarki Niemiec przez rząd. Oni będą w najbliższych latach wydawać ogromne środki na to, żeby wspierać swoje firmy i rozbudować ich zdolności produkcyjne w kraju. I wiedzą, że innych na podobną skalę wydatków nie będzie stać, co oznacza dla nich spore kłopoty.

Kłopoty?

Moim zdaniem to jeden z ważnych motywów uruchomienia europejskiego programu odbudowy po pandemii na 750 mld euro, który parę dni temu wynegocjowano w Brukseli. Chodzi o to, żeby inne kraje nie zarzucały Niemcom, że w tej całej kryzysowej sytuacji osiągają przewagę właśnie w ten sposób, że wykorzystują swoje rezerwy budżetowe i swoją siłę finansową do wsparcia własnej gospodarki, a inni takiej możliwości nie mają.

Czyli że dzięki polityce "czarnego zera" mają tak dużą poduszkę finansową, że teraz mogą dać setki miliardów własnym firmom, one się wzmocnią i po kryzysie będą jeszcze mocniejsze od włoskich, hiszpańskich, czy francuskich?

Tak. I będą je przejmować. Polskich firm zresztą też to niebezpieczeństwo dotyczy. Pakiet antykryzysowy dla całej Unii na 750 mld euro - który zaproponowali przecież Niemcy i Francuzi - może trochę tę przewagę niemiecką zmniejszyć, albo przynajmniej osłodzić. 

I Niemcy sami tego chcą?

Chcą. Bo przetrwanie krajów południa i całej Unii jest przecież w ich interesie: większość eksportu wciąż trafia do naszego regionu. Krytyka ze strony Włoch, Hiszpanii, Grecji, których na tak szerokie wsparcie gospodarki nie stać, pojawiła się od razu po ogłoszeniu wysokości niemieckich pierwszych pakietów pomocowych w marcu. Kraje południa stanęły w obliczu głębokiej depresji, więc trudno się dziwić, że domagały się przeniesienia akcentu z programów narodowych na unijne.

"Nas nie stać, bo mamy wielkie długi, a Niemców stać i w efekcie powstaną jeszcze większe nierówności między krajami Unii po kryzysie". Tak?

Owszem. A dodatkowy argument jest taki: "Przecież mamy wspólny rynek, więc jak nam nie pomożecie, to wszystko się posypie". W rzeczywiście - załamanie gospodarcze i kłopoty własnych firm mogłoby doprowadzić na przykład Włochów do wniosku, że czas sięgnąć po różne narzędzia protekcjonistyczne. Inni w ramach retorsji zaczęliby robić to samo i wspólny rynek – fundament UE - by się rozleciał. Niemcy doskonale rozumieją to zagrożenie.

Czyli tym razem Niemcy zamiast odpowiedzieć: "Zygu, zygu, marcheweczka, trzeba było oszczędzać, tak jak my oszczędzaliśmy", poszli po rozum do głowy i mówią: "Ok, zmieniliśmy zdanie, byliśmy głupi w poprzednim kryzysie, tym razem będzie większa solidarność".

Do pewnego stopnia. Niemcy traktują ten kryzys jako największe zagrożenie od początku integracji – dużo większe niż poprzedni krach z 2008 roku - stąd gotowość do zmiany polityki. Spójność Unii jest na pierwszym miejscu. Warto jednak podkreślić, że zmiana nie oznacza dawania krajom południa pieniędzy na tacy i swobody w ich wydawaniu. Nie będzie więc łatania dziur w budżetach ani przysłowiowego rzucania kasy z helikoptera. Niemcy będą się starali przejąć kontrolę nad całym procesem alokacji tej góry nowych środków. Chcą, by wzmocniły one konkurencyjność gospodarki i wsparły zmianę technologiczną, która zdecyduje o miejscu Europy w gospodarce światowej. Tylko czy kraje południa będą w stanie rozsądnie tym sterować? Największy zarzut Niemców wobec Włochów nie polega dziś na tym, że nie potrafią oszczędzać – bo potrafią. Zniknęły też szyderstwa o leniwych Grekach popularne w elektoracie AfD i pompowane w tabliodach – bo ci pracują najdłużej w Europie. Główny zarzut dotyczy tego, że kraje południa nie potrafiły w ostatnich latach przeprowadzić reform administracji publicznej oraz systemu wspierania innowacji. Tymczasem bez tego uruchomienie ogromnych transferów nie przyniesie oczekiwanych skutków. Dlatego Niemcy – przy wsparciu innych państw północy – będą oczekiwały przełomowych reform na południu. Sygnał jest zatem zupełnie inny niż dziesięć lat temu przy ostatnim kryzysie. Zamiast "oszczędzajcie i reformujcie" jest "wydawajcie, by się zreformować". To faktycznie mądrzejsza polityka.

***

Zobacz wideo „Najpóźniej jesienią nastąpi drugie uderzenie związane z kryzysem finansowym”

Dr hab. Sebastian Płóciennik (ur. 1973) jest prawnikiem i ekonomistą. Kierownik programu "Trójkąt Weimarski" w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM), zajmuje się gospodarką Niemiec oraz integracją ekonomiczną w Europie.