Cała prawda o rynku pracy w dobie koronawirusa. Wszyscy zacisnęliśmy zęby [WYKRES DNIA]

W naznaczonym lockdownem drugim kwartale 2020 r. z polskiego rynku pracy zniknęło 151 tys. osób pracujących. Ponad 100 tys. osób zarejestrowały się w urzędach pracy. Podobna była skala osób, które "wpadły" w bierność zawodową. Blisko 900 tys. osób więcej niż w pierwszym kwartale, pomimo bycia zatrudnionymi, nie wykonywało swojej pracy. Skala uderzenia koronakryzysu w polski rynek pracy okazała się mniejsza od czarnych prognoz ze względu na determinację pracodawców i pracowników oraz szerokiemu wykorzystaniu rządowych mechanizmów osłonowych.

Po raz pierwszy od wybuchu epidemii i zamrożenia (a potem odmrożenia) gospodarki, poznaliśmy tak kompleksowe dane o tym, co działo się w tym czasie na rynku pracy. Główny Urząd Statystyczny obszernie podsumował drugi kwartał, opierając się przede wszystkim na danych z tzw. Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL). Co kluczowe, jest to badanie ankietowe, co pozwala na podstawie deklaracji dużej grupy respondentów zarysować znacznie szerszy obraz sytuacji na rynku pracy niż tylko np. z danych z urzędów pracy czy z danych GUS, zbieranych (głównie) z większych przedsiębiorstw.

151 tys. osób pracujących mniej

Ciekawych obserwacji jest sporo, ale zacząć wypada od tej najważniejszej - czyli tego, ile osób zniknęło z rynku pracy. Pomiędzy pierwszym a drugim kwartałem br. liczba osób pracujących spadła o 151 tys. W tym samym czasie - tj. pomiędzy marcem a czerwcem br. - liczba osób zarejestrowanych w urzędach pracy jako bezrobotni wzrosła o 117 tys.

Stosunkowo niska skala zjawiska to największe zaskoczenie płynące z nowych danych GUS dla Andrzeja Kubisiaka - Zastępcy Dyrektora ds. Badań i Analiz w Polskim Instytucie Ekonomicznym, eksperta rynku pracy.

Najważniejszym wskaźnikiem dla rynku pracy i całej gospodarki jest to, ile osób pracuje w tej gospodarce. Zmiana liczby pracujących o 151 tys. kwartał do kwartału jest nominalnie duża, natomiast jest to spadek liczby osób mających pracę o 0,9 proc. Jeżeli więc mówimy o pierwszej od 30 lat recesji w gospodarki i o spadku PKB w drugim kwartale o 8,2 proc. rok do roku, a jednocześnie o spadku zatrudnienia na poziomie poniżej 1 proc., to należy ocenić to jako relatywnie małą zmianę

- komentuje Kubisiak w rozmowie z Gazeta.pl i wskazuje, że pandemia nie cofnęła polskiego rynku pracy o wiele lat. - Wróciliśmy do odczytów podobnych do tych notowanych w pierwszym kwartale 2019 r. - mówi ekspert. Zwraca też uwagę, że na rynek pracy w Polsce wpływa także efekt demograficzny - tj. odpływ najstarszych osób nierównoważony dopływem nowych. W opinii Kubisiaka nie jest to główna przyczyna spadku liczby pracujących o 151 tys. w drugim kwartale, ale demografia też mogła odegrać tu swoją rolę.  

Z najnowszych danych GUS wynika, że drugim kwartale stopa bezrobocia liczona unijną metodologią BAEL wyniosła w Polsce 3,1 proc., czyli nie zmieniła się wobec stanu z pierwszego kwartału. Kluczowa jest tu metodologia liczenia - w BAEL za osobę bezrobotną uznaje się tę, która nie ma zatrudnienia, ale aktywnie go poszukuje i jest w stanie szybko podjąć pracę. Takich osób na koniec drugiego kwartału było w Polsce 527 tys., właściwie tyle samo co trzy miesiące wcześniej.

BAEL to więc inna miara bezrobocia niż ta ustalana na podstawie liczby osób, które formalnie zarejestrowały się w urzędzie pracy jako bezrobotne (niezależnie, czy w praktyce aktywnie szukają pracy i są gotowe ją podjąć, czy zależy im przede wszystkim na ubezpieczeniu społecznym lub zasiłku) - takich osób na koniec czerwca było 1 mln 26,5 tys., tj. o 117 tys. więcej niż trzy miesiące wcześniej (z tego powodu tak mierzona stopa bezrobocia wzrosła od marca do czerwca z 5,4 proc. do 6,1 proc.). 

Niższe bezrobocie liczone metodą BAEL (która jest stosowana we wszystkich krajach Unii) niż w Polsce jest tylko w Czechach (2,6 proc. wobec 3,1 proc. w Polsce). W całej Unii między marcem a czerwcem tak liczona stopa bezrobocia wzrosła z 6,5 proc. do 7,1 proc., w tym np. w Szwecji z 7,3 proc. do 9,3 proc., na Łotwie z 7,4 proc. do 10,1 proc., w Holandii z 2,9 proc. do 4,3 proc.

Spadł poziom aktywności zawodowej wśród młodych

Dane opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny, jakkolwiek niezłe w zestawieniu z prognozami i sytuacją z części innych krajów, nie oznaczają jednak oczywiście, że jest doskonale. Jedną z charakterystycznych cech obecnego kryzysu w całej Europie jest najmocniejsze uderzenie w grupę najmłodszych pracowników. Dla przykładu, średnio w Unii w marcu bezrobocie wśród osób poniżej 25. roku życia wynosiło 14,7 proc., w czerwcu już 16,8 proc. Na całym świecie - według obliczeń OECD - w krajach rozwiniętych bezrobocie wśród młodych wzrosło z 11,3 proc. do 17,9 proc.

To właśnie w grupie najmłodszych Polaków (20-24 lata) najmocniej spadł współczynnik aktywności zawodowej. Z danych urzędów pracy wynika, że to te osoby najczęściej rejestrowały się jako osoby bezrobotne.

Z drugiej strony, współczynnik aktywności zawodowej w metodologii BAEL nie tyle mówi o tym, ile osób ma pracę, ale - ile osób ma pracę albo jej nie ma, ale aktywnie poszukuje i jest gotowych ją podjąć. Jeśli tego nie robi, jest uznawana za osobę bierną zawodowo. 

W drugim kwartale br. takich osób biernych zawodowo (ogółem, we wszystkich grupach wiekowych) przybyło w Polsce 137 tys. Znów - oczywiście nominalnie to dużo, ale w zestawieniu np. z informacją, że oznacza to wzrost z 13 mln 334 tys. osób to 13 mln 471 tys., skala wzrostu dezaktywizacji na polskim rynku pracy nie jest druzgocąca.

Wzrost liczby osób biernych zawodowej o blisko 140 tys. może świadczyć o tym, że sporej grupie osób, która z różnych względów odpłynęła z rynku pracy w ostatnich miesiącach, miała poważne problemy z natychmiastowym powrotem nań. Strach przed epidemią, a także zamrożona w wielu sektorach gospodarka (brak nowych ofert, wstrzymane procesy rekrutacyjne) sprawiła, że część osób nie podejmowała prób znalezienia nowego zatrudnienia, decydując się na przeczekanie najtrudniejszego okresu.

Wskazuje na to także inna statystyka, a mianowicie wzrost aż o ponad 50 tys. (z 274 tys. w pierwszym kwartale do 328 tys. w drugim) liczebności grupy osób biernych zawodowo, które nie poszukiwały pracy, ale deklarowały gotowość do jej podjęcia. 

embed

Gdy w badaniu BAEL zapytano o przyczyny bierności zawodowej, zdecydowanie największy wzrost w drugim kwartale br. w porównaniu z pierwszym (o ok. 76 tys. osób) odnotowano dla powodu "nauka, uzupełnianie kwalifikacji". Może to potwierdzać tezę, że to szczególnie najmłodsze osoby niepewny czas pandemii postanowiły przeczekać, koncentrując się na nauce, a nie pracy. O ok. 34 tys. urosła grupa osób, które jako przyczynę swojej bierności zawodowej wymieniła obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu, a "tylko" o 8 tys. grupa osób zniechęconych bezskutecznością poszukiwania pracy.

Pracodawcy i pracownicy zacisnęli zęby, rząd pomógł

Dość niewielki - jak na wiele prognoz z początków epidemii - spadek liczby pracujących czy wzrost liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne w urzędach pracy, w dużej mierze wynika także zapewne z podejścia pracodawców i pracowników w Polsce oraz zastosowanych przez rząd działań osłonowych.

Preferowane były raczej rozwiązania zmierzające w kierunku obniżania wymiaru pracy, obniżania wynagrodzeń (wówczas także dopłat budżetowych do wynagrodzeń) czy przestojów niż do natychmiastowej redukcji zatrudnienia.

Przyczyn niedewastującego wpływu epidemii na polski rynek pracy należy też upatrywać w "woli" walki ze strony pracowników, którzy często zaciskali zęby m.in. pracując zdalnie z dziećmi "na głowie", na własnym sprzęcie i po godzinach.

Badanie BAEL pokazuje, że rynek pracy w Polsce nie przeszedł demolki, w dużej mierze został osłonięty. Choć należy też powiedzieć, że udało się to dzięki bardzo dużej determinacji pracowników, a także pracodawców, którzy wykorzystali dostępne publiczne narzędzia, by ograniczyć zwolnienia - obniżając czas pracy, wysyłając na pracę zdalną, rekomendując zwolnienia na dzieci itp.

- komentuje Andrzej Kubisiak. Taką postawę uznaje jako racjonalną, zwracając uwagę, że dziś - gdy gospodarka powraca na "normalniejsze" tory, część firm bez tych pracowników miałaby problemy z funkcjonowaniem.

Skala uderzenia koronakryzysu w polski rynek pracy była też stosunkowo niewielka z powodu sytuacji, w jakiej Polska w ten kryzys wchodziła.

Mieliśmy rekordowo niskie bezrobocie, raczej dużo wakatów w gospodarce, sporo cudzoziemców, którzy wypełniali te wakaty. Warunki zastania kryzysu w Polsce, względem reszty Europy, były jedne z lepszych

- mówi Kubisiak. Paradoksalnie, pewną "pomocą" były problemy demograficzne Polski i związane z nimi kłopoty z podażą pracowników w części branż. 

Niemal milion nowych osób nie wykonywało pracy

Bardzo ciekawie prezentuje się również zestawienie liczby osób, które - choć zatrudnione - to jednak nie wykonywały swojej pracy. W drugim kwartale br. było to aż ok. 1,88 mln osób w porównaniu do niemal równo 1 mln rok temu. Słowem - teraz nie wykonywały swojej pracy ok. 870 tys. więcej osób niż rok temu.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to bardzo wyraźny wzrost liczby osób, których absencje w pracy wynikały po prostu z przerwy w działalności firmy czy instytucji. O ile np. w drugim kwartale 2019 r. było to zjawisko znikome (z tego powodu nie pracowało ok. 7 tys. osób), o tyle teraz było to 639 tys. To oczywiście ewidentny efekt lockdownu, który dotknął wiele branż.

Istotnie - z 265 tys. rok temu do 349 tys. w tegorocznym drugim kwartale - wzrosła też liczba osób, które nie wykonywały swojej pracy z powodu choroby. Można przypuszczać, że nie zawsze stały za tym rzeczywiste, nagle doskwierające problemy zdrowotne. Po części mógł to być też efekt "uciekania" na L4 osób, które obawiały się zwolnienia z pracy w newralgicznym okresie pandemii (na "chorobowym" nie podlega się redukcji zatrudnienia).

Mocno w górę poszła również liczba osób, które nie chodziły do pracy z innych przyczyn - z 371 tys. rok temu do 629 tys. obecnie. Tutaj "kryją się" przede wszystkim osoby, które korzystały z dodatkowego zasiłku opiekuńczego na dzieci, które nie chodziły do szkół czy przedszkoli albo żłobków.

Wyraźnie mniej osób nie pracowało z kolei z powodu urlopu wypoczynkowego (spadek z 366 tys. do 261 tys.). Okres lockdownu, zamkniętych granic itd. zdecydowanie nie sprzyjał urlopom.

embed

Co w kolejnych miesiącach?

To, że koronawirus na razie nie zdemolował polskiego rynku pracy - choć wyraźnie go dotknął - nie oznacza jeszcze końca walki. Prognozy ekonomistów rynkowych i rządowych wskazują, że na koniec roku w urzędach pracy może być zarejestrowanych nawet o ok. 150-300 tys. osób bezrobotnych więcej niż obecnie. Na podobnym poziomie stopa bezrobocia może się utrzymywać także na koniec przyszłego roku.

Końcówka roku to czas, który cyklicznie na rynku pracy jest trudniejszy. Mijają wakacje, większość prac sezonowych, zwykle rocznym dołkiem jest listopad-grudzień. Wtedy wygasają prace w budownictwie, rolnictwie, gastronomii, hotelarstwie

- tłumaczy Andrzej Kubisiak.

Redukcję zatrudnienia mogą też prowadzić firmy, który po odłączeniu finansowej "kroplówki" z rządowej tarczy antykryzysowej czy Tarczy Finansowej PFR nie odnajdą się w nowej rzeczywistości gospodarczej. 

Czytaj też: Jesienią bezrobocie mocno wzrośnie? "Sytuacja jest dynamiczna". Ekspert rysuje trzy scenariusze

Zobacz wideo Borys: W trzecim kwartale powinno nastąpić odbicie PKB