Rząd ostrzega, że wprowadzenia pełnego lockdownu nie można wykluczyć, choć też powtarza, że wolałby takiego scenariusza uniknąć. Zamknięcie ludzi w domach to straty dla gospodarki, konsumenci, którzy nie mogą pójść do galerii handlowej czy sklepu z meblami, wydadzą mniej pieniędzy (i tak mają już ograniczoną możliwość korzystania z gastronomii i obiektów sportowych), a konsumpcja to jeden z silników gospodarki.
Żadnemu rządowi nie jest to na rękę, ale są takie w Europie, które, w obliczu ryzyka zapaści systemu ochrony zdrowia, zdecydowały się już tak restrykcyjne obostrzenia wprowadzić. Tak zrobiła na przykład Francja.
- Mam nadzieję, że wprowadzenie całkowitego lockdownu nie będzie konieczne, choć fakt, że w innych krajach Europy, np. w Wielkiej Brytanii, Francji i Portugalii, już do tego dochodzi. To powoduje, że to pytanie "wisi w powietrzu". Rząd nie chce wprowadzać takich restrykcji, jakie były wiosną - mówił w poniedziałek rzecznik rządu Piotr Müller. Czyli: nie chce zamykać ludzi w domach, ale nie zamierza też takiej opcji zupełnie wykluczyć. Możliwością lockdownu straszył też Jarosław Gowin. - Skoro w coraz liczniejszych krajach Europy obowiązują surowe zasady, że z domu można wychodzić tylko do pracy, na zakupy, krótki spacer rekreacyjny czy w innych niezbędnych życiowo celach, to i u nas trzeba się liczyć z takimi regulacjami - powiedział.
Wszystko zależy od tego, jak w najbliższych dniach będzie kształtować się sytuacja epidemiczna - czy tempo przyrostu nowych zakażeń wzrośnie, czy też będzie spadać, oraz jak przełoży się to na dostępność tzw. łóżek covidowych i respiratorów.
Ograniczeń tak surowych jak w niektórych europejskich państwach nie mamy. Wciąż mogą działać wszystkie sklepy, nie tylko te z najpotrzebniejszymi produktami. Mimo to wydajemy mniej - na to wskazują dane zbierane przez jeden z największych banków w Polsce, które mogą śledzić transakcje kartowe swoich klientów. Z tych wewnętrznych danych wynika, że wydatki konsumpcyjne w drugiej połowie października wciąż spadały. Do kwietniowego dołka z czasu wiosennego lockdownu wprawdzie daleko, ale spadek jest zauważalny.
Najbardziej widać ten trend w przypadku restauracji (przypomnijmy, od 24 października na - na razie - dwa tygodnie usługi gastronomiczne można prowadzić jedynie na wynos) i sprzedaży odzieży i obuwia ("niemal całkowite zamrożenie" - piszą o tej kategorii ekonomiści). Widoczny jest też spadek sprzedaży paliw.
To nakłada się na raporty z dróg. GDDKiA informowała, że w okresie od 19 do 25 października ruch samochodów osobowych spadł o 4 proc. w porównaniu z poprzednim tygodniem i o 15 proc. w odniesieniu do takiego samego okres ubiegłego roku. Tego spadku nie widać (dla gospodarki na szczęście) w przypadku ruchu ciężarówek.
Ograniczoną mobilność Polaków (nie tylko tych zmotoryzowanych) potwierdzają dane zbierane przez Google.
Wskazania z wyszukiwań udostępnione przez Apple mogą z kolei wskazywać na ograniczony ruch pieszych w miastach (Polskę reprezentuje tutaj Warszawa).
Ekonomiści Pekao SA zauważają, że z ich danych wynika, że trzyma się za to (co raczej nie dziwi) sprzedaż żywności oraz w aptekach i drogeriach, a także (co już bardziej zaskakujące) mebli, RTV i AGD.