Lockdown czy "tylko" nowe obostrzenia? Rząd stoi przed dramatycznym wyborem. Każdy jest fatalny

System ochrony zdrowia w Polsce przestaje być wydolny. Wstępne dane za październik pokazują znaczny wzrost śmierci - i to prawdopodobnie nie tylko osób z COVID-19. Ekspert z ICM UW mówi - "jeżeli lockdown, to jak najszybciej". Coraz więcej krajów Europy wprowadza bardzo ścisłe ograniczenia, w tym godziny policyjne. Polski rząd musi podjąć kluczowe decyzje. Problem w tym, że może wybierać wyłącznie spomiędzy złych wariantów.

Błędne rządowe prognozy rozwoju pandemii i związane z nią zaniechania? Zlekceważenie przez rząd i Polaków epidemii i wiara, że uda się przejść jesienno-zimową falę bez istotnych ograniczeń w życiu gospodarczym i społecznym? Nowa mutacja koronawirusa, który stał się teraz bardziej zaraźliwy? Co i w jakim stopniu wpłynęło na obecną sytuacją epidemiczną w Polsce - na te rozliczenia przyjdzie jeszcze czas. Ewidentnie jednak coś poszło bardzo nie tak, i tego już niestety nie cofniemy. 

Przez wiele miesięcy na chyba każdej "covidowej" konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki cieszył się, że w Polsce nie dochodziło do strasznych sytuacji, gdy lekarze musieli decydować, kogo podłączyć do respiratora. Teraz niestety premier może sobie już to zdanie wykreślić z listy swoich podręcznych zwrotów. 

Zaczynamy stosować pewną selekcję. Nie podłączamy do respiratorów osób, które z powodu wielu chorób nie mają szans na przeżycie

- mówi portalowi GazetaWroclawska.pl prof. Krzysztof Simon, ordynator oddziału zakaźnego w szpitalu przy ul. Koszarowej we Wrocławiu.

System ochrony zdrowia już jest w rozsypce. Dramatycznie brakuje łóżek i personelu medycznego. Pacjenci - nie tylko ci z koronawirusem - muszą godzinami czekać na karetki pogotowia, a jeśli już się doczekają, coraz częściej ambulansy odbijają się od szpitala do szpitala, aż któryś przyjmie ich pacjenta. Mnóstwo oddziałów szpitalnych działa w absolutnie alarmowym stanie, ograniczając przyjęcia do tych absolutnie najpilniejszych. 

Niedawno minister zdrowia Adam Niedzielski o scenariuszu 20-25 tys. nowych zakażeń dziennie mówił jako "gorszym od czarnego". On się właśnie w Polsce ziszcza. W środę resort zdrowia poinformował o najwyższym dobowym przyroście od początku pandemii - niemal 24,7 tys. nowych przypadków. Miniona doba przyniosła też śmierć 373 osób zakażonych koronawirusem - to także najwięcej w historii tej epidemii w Polsce.

KoronawirusKoronawirus w Polsce. 373 pacjentów zmarło na COVID-19 w ciągu 24 godzin

Hospitalizowanych jest obecnie ponad 18,6 tys. osób zakażonych, ponad 1,6 tys. respiratorów jest zajętych - to mniej więcej dwukrotnie więcej niż jeszcze miesiąc, półtora miesiąca temu było przygotowanych dla chorych. Oczywiście te łóżka i respiratory w dużej mierze są udostępnione "kosztem" chorych z mniej pilnymi schorzeniami. Dopiero teraz błyskawicznie tworzone są w Polsce szpitale tymczasowe, urządzane są właściwie "łapanki" kadry medycznej. 

Prognozy mówią, że do maksimum daleko

W dodatku prognozy i po prostu suche wyliczenia pokazują, że wciąż nie dotarliśmy do sufitu. Według modelu Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, przy aktualnym poziomie obostrzeń, za miesiąc liczba zajętych łóżek i respiratorów może być dwukrotnie wyższa, do sufitu dziennego przyrostu zakażeń też jeszcze nie dotarliśmy. Naukowcy z UW na podstawie swojego modelu przewidują, że do końca roku epidemia może (według oficjalnych danych) zabrał łącznie ponad 20 tys. osób. To by oznaczało, że tylko w listopadzie i grudniu zmarłoby przynajmniej ok. 15 tys. osób z COVID-19 (do końca października liczba zmarłych wyniosła ok. 5,6 tys.). 

Szacunki ekspertów, na których zdaniu bazuje Ministerstwo Zdrowia, wskazują, że każdy dzień z 25 tys. zakażeniami może oznaczać za jakiś czas nawet ok. 5 tys. kolejnych pacjentów w szpitalach i ok. 500 kolejnych potrzebnych respiratorów. 

W ostatnich pięciu latach w październiku umierało w Polsce mniej więcej 33-34 tys. osób. Pierwsze szacunki za październik 2020 r. mówią o nawet 47-50 tys. śmierci. W minionym miesiącu, według oficjalnych statystyk Ministerstwa Zdrowia, zmarło ok. 3,1 tys. osób zakażonych koronawirusem. O czym to świadczy? Jak tłumaczył w poniedziałek dr Jakub Zieliński z ICM UW, z jednego strony możliwe, że jest w Polsce więcej zgonów "covidowych" niż zostało zarejestrowanych - bo zmarłych pod kątem zakażenia koronawirusem się nie bada. Z drugiej - że więcej osób niż dotychczas umiera na inne schorzenia, z powodu opóźnień w dostępie do opieki medycznej.

Wiosną, w czasie pierwszej fali koronawirusa, wiele mówiło się o konieczności wypłaszczania krzywej zachorowań. Chodziło o to, że wydolność systemu ochrony zdrowia jest ograniczona i aby nie doszło do jego "zakorkowania" wskutek gwałtownego przyrostu zakażeń, należy poprzez różne obostrzenia rozciągnąć w czasie zachorowania. W tym momencie bezpieczną granicę obciążenia systemu w Polsce już przełamaliśmy. 

embed

Lockdown czy "tylko" obostrzenia?

W takiej sytuacji rozwiązania są dwa (plus oczywiście pełne spektrum pośrednich dróg pomiędzy nimi). Oba fatalne. Z jednej strony - dajemy epidemii toczyć się w jej tempie, co oznaczałoby, że właściwie w czasie kilku miesięcy zakażenie przechodzi zapewne około połowy Polaków (biorąc pod uwagę, że zakażeń jest około 9-10 razy więcej niż wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, daje to około milion nowych zakażonych tygodniowo). To, z racji wytworzonej odporności "stadnej", właściwie samoistnie zaczęłoby hamować rozwój epidemii. Efekt uboczny - oznacza to jeszcze większy paraliż systemu ochrony zdrowia oraz śmierć wielu tysięcy osób, nie tylko z COVID-19.

Drugi scenariusz to oczywiście jak najdalej idące obostrzenia, w tym w najbardziej drastycznym przypadku właściwie całkowity lockdown z bardzo dużymi ograniczeniami nie tylko dla kolejnych branż (np. kosmetycznej, handlowej, produkcyjnej itp.), ale także w zakresie wychodzenia z domu. Przyniósłby on spadek liczby nowych dziennych zakażeń już za kilkanaście dni, tym samym dałby nieco więcej "oddechu" systemowi ochrony zdrowia.

Od kilku tygodni ta śruba z restrykcjami jest sukcesywnie przykręcana - większość uczniów uczy się już zdalnie, zamknięto siłownie, targi, bary i restauracje (w zakresie wydawania posiłków na miejscu w lokalu), zakazano organizacji imprez okolicznościowych, ograniczono liczbę osób w placówkach kultury. Wciąż jednak - patrząc na rozwój epidemii i sytuację ochrony zdrowia w Polsce - nie dają one wystarczającego skutku. 

Jeszcze w środę rząd poinformuje o kolejnych obostrzeniach. Czy znów będą to "tylko" ograniczenia dla poszczególnych branż (spekuluje się np. o zamknięciu galerii handlowych) czy już zapadnie decyzja o naprawdę twardym lockdownie? Wicepremier i minister rozwoju Jarosław Gowin mówił w poniedziałek, że nowych restrykcji gospodarczych raczej już nie będzie, za to trzeba się liczyć z możliwością wychodzenia z domu tylko w wyjątkowych sytuacjach, np. do pracy, na zakupy, na spacer.

Z kolei minister zdrowia Adam Niedzielski mówił we wtorek w "Polsat News", że "jeżeli poziom hospitalizacji przekroczy 30 tys., to trzeba będzie dokonywać lockdownu gospodarki, bo nie mamy więcej infrastruktury". Według tych słów do pełnego lockdownu jeszcze daleko (obecnie mamy 18,6 tys. zajętych łóżek "covidowych"). Problem w tym, że system ochrony zdrowia nie działa tak, jakby ta granica wydolności dopiero majaczyła gdzieś na horyzoncie. Ona już działa w wielu miejscach w zasadzie jak w warunkach wojennych. 

Jeżeli lockdown miałby być wprowadzany, to bardzo szybko. Później nie ma sensu. Nie musi być bardzo długi. Chodzi o ścięcie tej "góry" [nowych zakażeń - red.]. To są już ci chorzy, którzy nie bardzo mają się gdzie zmieścić

- mówi dr Jakub Zieliński. 

Dodatkowy problem z lockdownem i restrykcjami jest taki, że właściwie nie wiadomo, co po nich. Powrót z dnia na dzień do życia bez ograniczeń oznacza kolejną falę zakażeń. - Nie nabędziemy odporności, nie będzie szczepionki. Wystarczy, że ktoś przywiezie koronawirusa z jakiegoś odizolowanego ogniska albo z zagranicy i zaczynamy "zabawę" od nowa - mówi wirusolog dr hab. Tomasz Dzieciątkowski.

Czerwona strefa w Sopocie.Jak zdławić epidemię? Wirusolog mówi o "strategii sera szwajcarskiego"

Z kolei obostrzenia dla przedsiębiorców trwające kilka miesięcy będą dla wielu z nich zabójcze. 

Rząd staje przed dramatycznymi wyborami - znaleźć optymalną drogę, która przyniesie najmniej strat zarówno w ludziach, jak i dla gospodarki. Im większe obostrzenia, tym większe ryzyko dla "finansowego życia" przedsiębiorców i ich pracowników. 

Już wiosenny lockdown był dla przedsiębiorców szokiem, w dodatku dawano im do zrozumienia, że najgorsze już za nimi. Teraz coraz częściej po prostu przeciw nowym restrykcjom zdecydowanie protestują. We wtorek w wielu miastach Polski na ulice wyszli restauratorzy. Tymczasem z racji przełożonego posiedzenia Sejmu, odsuwa się w czasie przyjęcie nowych tarcz antykryzysowych dla dotkniętych restrykcjami branż.

Inni przedsiębiorcy szukają sposobów, aby jednak mimo obostrzeń swoje biznesy prowadzić. Przykładem są siłownie czy baseny (czy inne miejsca, w których uprawia się sport), gdzie wciąż odbywać się mogą zorganizowane treningi, w tym treningi personalne. W ostatnich dniach o ponownym otwarciu części swoich lokalizacji poinformowała m.in. sieć siłowni Zdrofit. Przekonuje, że w tych placówkach utrzymuje reżim sanitarny i reguły określone w rządowym rozporządzeniu.

Wiosenną falę epidemii udało się Polsce przejść ze stosunkowo niewielkim wzrostem bezrobocia. Za to według planów rządowych, tylko w latach 2020-2021 nasz dług publiczny wzrośnie o około pół biliona złotych, do ok. 1,5 bln. To w dużej mierze koszt działań antykryzysowych oraz wpływ spadku wpływów do kasy państwa. Koszt drugiej fali epidemii może być jeszcze dramatyczniejszy - nie tylko stricte gospodarczym, ale przede wszystkim społecznym.

Zobacz wideo Łóżka covidowe są "ukrywane"? Rząd przejmuje kontrolę. Do wszystkich szpitali mają zostać wydelegowani żołnierze
Więcej o: