Wreszcie zaczynamy budować dach. Bez tej umowy cała modernizacja wojska jest niewiele warta

Po dekadzie analiz, badań, deliberacji i sporów udało się podpisać jeden z najważniejszych dokumentów dotyczących modernizacji polskiego wojska. Program obrony przeciwlotniczej Narew przyśpiesza, choć to jeszcze nie finał negocjacji i szampana trzeba dalej chłodzić. W swej finalnej formie może to być najdroższy kontrakt zbrojeniowy niepodległej Polski.

Dokument podpisany przez ministra obrony Mariusza Błaszczaka podczas targów zbrojeniowych MSPO w Kielcach to umowa ramowa. Określa, w jaki sposób Polska Grupa Zbrojeniowa i MON widzą faktyczne realizowanie programu Narew, czyli opracowania i wyprodukowania 23 baterii rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu. Nie podano jednak właściwie żadnych innych szczegółów. Nic o pieniądzach, nic o terminach.

Jak podaje "Dziennik Zbrojny", do 2023 roku ma zostać zawartych jeszcze kilkanaście umów wykonawczych, będących faktycznymi zamówieniami sprzętu i usług. Harmonogram ma zakładać pierwsze odpalenie rakiety bojowej z gotowego zestawu Narew w 2026 roku. Realizacją programu ma zarządzać PGZ, która będzie odpowiadać za zorganizowanie współpracy łącznie kilkunastu podwykonawców, w tym przynajmniej jednego dużego zagranicznego koncernu.

Nagranie próbnego odpalenia pocisku CAMM-ER, być może przyszłego elementu systemu Narew

Zobacz wideo

Potrzebna pomocna dłoń

Ów koncern pozostaje na razie nienazwany, ponieważ najtrudniejszych negocjacji w ramach programu Narew jeszcze nie doprowadzono do końca. PGZ i należące do niej różne polskie firmy nie są bowiem w stanie same stworzyć systemu przeciwlotniczego krótkiego zasięgu, odpowiadającego wyśrubowanym wymaganiom wojska. Teoretycznie może kiedyś by dały radę, ale wymagałoby to znacznych inwestycji w badania i rozwój, oraz czasu. Konieczne jest więc wejście w partnerstwo z zagranicznym koncernem, który już posiada odpowiednie rozwiązania. Chodzi głównie o rakiety i system dowodzenia.

Już od lat za faworyta jest uznawany europejski (głównie brytyjski) koncern MBDA, który oferuje rakiety CAMM. Ich wyrzutnia to stały gość targów zbrojeniowych i pokazów dla oficjeli w Polsce od połowy ubiegłej dekady. Pomimo tego formalnie wybór MBDA nie jest jeszcze przesądzony. Choć publicznie Brytyjczycy deklarują daleko idącą gotowość do współpracy i dzielenia się technologią, to niejawne szczegółowe negocjacje są inną sprawą.

Podczas rozpoczynających się dzisiaj targów w Kielcach do szarży na ostatniej prostej ruszył tandem amerykańskiego Raytheona i norweskiego Kongsberga, które oferują system NASAMS. W zamian za mniejszy udział polskiego przemysłu deklarują dostawy już za trzy lata. Teoretycznie na stole są też inne propozycje. Choćby ta od polskiej prywatnej Grupy WB, która stara się zainteresować MON pomysłem użycia w programie Narew głęboko zmodernizowanej przy pomocy Ukraińców radzieckiej rakiety powietrze-powietrze R-27.

Dodatkowo przedmiotem sporu jest już od kilku lat kwestia systemu dowodzenia przyszłych baterii Narew. Opisywaliśmy to szczegółowo w minionym roku. Jedną opcją jest użycie nowoczesnego amerykańskiego systemu IBCS, który kupiliśmy wraz z systemami przeciwlotniczymi/przeciwrakietowymi Patriot. Zapewniałoby to pełną i gładką współpracę niemal całej obrony polskiego nieba. Takie rozwiązanie jest faworyzowane przez wojskowych. PGZ starało się jednak przekonać MON do zasadności opracowania naszego polskiego systemu dowodzenia. Miałoby to dać daleko idącą niezależność i korzyści finansowe idące w miliardy złotych. Wszystko wskazuje jednak na to, że wygrała opcja IBCS, choć na razie nie zostało to oficjalnie potwierdzone.

Oczywiście należy się cieszyć z tego, że wreszcie formalnie poczyniono jakiś namacalny krok ku realizacji programu Narew. Szampana będzie można jednak otwierać dopiero po podpisaniu umowy z dostawcą rakiet i określeniu pełnej konfiguracji przyszłego systemu. Oby stało się to jak najszybciej. Czas bardzo nagli.

Australijski M1 Abrams podczas ćwiczeń. Załoga oddała strzał zdalnieAbramsy kupione przez PiS będą miały w sobie polską technikę

Priorytet czekający od dekad

Narew to formalna nazwa programu zbrojeniowego, którego efektem ma być zapewnienie polskiemu wojsku obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu. Oznacza to zdolność do strącania samolotów, śmigłowców czy rakiet na dystansie 20-30 kilometrów, a w przyszłości może nawet 40. Ma to być podstawowy i najbardziej liczny rakietowy system przeciwlotniczy polskiego wojska. 23 baterie zapowiedziane przez Błaszczaka w Kielcach oznaczają dobrze ponad sto wyrzutni, każda z kilkoma rakietami gotowymi do startu. Przekłada się to na konieczność zakupu pocisków w liczbie wyrażanej nie w setkach, ale tysiącach. To naprawdę duże przedsięwzięcie, na co też jasno wskazuje szacowana wartość całego kontraktu, oscylująca w rejonie kilkudziesięciu miliardów złotych. Po pełnej realizacji może to być najdroższy program zbrojeniowy w historii III RP.

Ogromna waga programu Narew wynika głównie z dwóch czynników. Po pierwsze z tego, jak bardzo zacofana jest dzisiaj obrona przeciwlotnicza polskiego wojska. Narew ma zastąpić używane już od dekad radzieckie Newa i Kub. Pisaliśmy o nich już wcześniej. To archaiczny sprzęt, którego wymiana od dwóch dekad jest określana jako priorytet. Niewiele z tego jednak dotychczas wyszło. Bez systemów tego rodzaju, polskie wojsko jest odsłonięte na ciosy z nieba. I to jest drugi czynnik przemawiający za pilnością programu Narew.

Współczesne lotnictwo jest w stanie zadawać druzgoczące ciosy wojskom lądowym przy użyciu amunicji naprowadzanej. Wszystkie te zapowiedziane czołgi M1 Abrams, czy przyszłe polskie bojowe wozy piechoty Borsuk, to tylko nieruchawe cele dla bombowców czy śmigłowców szturmowych. Zapewnienie obrony przed atakiem z powietrza ma współcześnie znaczenie kardynalne, a stosunkowo nieliczne polskie lotnictwo nie będzie w stanie zapewnić szczelnego parasola w wypadku wojny na pełną skalę.

Wobec ogromnej skali i znaczenia programu Narew, bardzo ważne jest też zaangażowanie weń w jak największym stopniu polskiego przemysłu zbrojeniowego. Chodzi nie tylko o wydanie w Polsce istotnej części z tych kilkudziesięciu miliardów złotych, które pochłonie sam zakup nowego systemu przeciwlotniczego. Chodzi też o te kolejne dziesiątki miliardów, które trzeba będzie wydać na przestrzeni nawet pół wieku na jego utrzymanie, czy możliwość jego modernizacji oraz rozwoju. Tak, aby nawet w 2060 roku odpowiadał wymaganiom pola walki.

Zobacz wideo
Więcej o: