Bezpieczny Kredyt 2 proc. to jedna z najważniejszych propozycji rządu, która tuż przed wyborami ma w założeniach sprawić, że rynek nieruchomości stanie się bardziej dostępny dla zwykłych kupujących mieszkania na własne potrzeby. Jest atrakcyjny, bo przez pierwsze 10 lat oprocentowanie ma wynosić de facto tylko około 2 proc. - znacznie mniej niż w przypadku tradycyjnej oferty bankowej. Wiele wskazuje na to, że mający wesprzeć polskie rodziny projekt może dla sporej grupy Polaków przyniesie skutki odwrotne do zamierzonych.
Do redakcji Gazeta.pl zgłosił się czytelnik, który losy rządowego programu śledzi od samego początku. I już wie, że z projektu nie skorzysta. Po raz kolejny okazało się bowiem, że diabeł tkwi w szczegółach. A szczegółów w przypadku bezpiecznego kredytu jest wyjątkowo dużo. Podobnie jak modyfikacji, jakie przez ostatnie miesiące przeszedł pomysł. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie.
- Mamy z partnerką dwuletnie dziecko, mieszkamy w Warszawie w wynajmowanym, dwupokojowym mieszkaniu, bo gdzieś mieszkać trzeba. O tym, że czas kupić mieszkanie na kredyt, pierwszy raz w życiu pomyśleliśmy na początku tego roku, gdy właściciel oznajmił, że podnosi nam czynsz niemal dwukrotnie. To było dla mnie oburzające moralnie i nieakceptowalne ekonomicznie. Zresztą prawo reguluje, o ile można podnieść czynsz w ciągu roku, na pewno nie o tyle, najwyżej kilkanaście procent - stwierdza.
Zrobiłem szybką kalkulację. Czynsz za wynajem kilkudziesięciometrowego mieszkania w Warszawie to już okolice 4 tys. zł miesięcznie. Rata kredytu też tyle wyniesie, ale 'przynajmniej spłacasz swoje', pomyślałem. Szybko jednak przyszło otrzeźwienie. Przy zwykłym kredycie na 300-400 tys. zł na 25 lat przy obecnych stopach procentowych musielibyśmy oddać milion złotych. 600 tys. samych odsetek! Bardzo trudno to sobie przepracować w głowie. Nic dziwnego, że rynek mieszkań zastygł
- wzdycha.
Stwierdza też, że sama nazwa programu nie jest zbyt szczęśliwa, bo może wprowadzać w błąd. - Pierwsze nadużycie kryje się już w nazwie. - Bezpieczny Kredyt 2 proc. wynosi przynajmniej dwa i pół procenta. Naprawdę! To nie jest proste naliczanie odsetek, lecz skomplikowany wzór matematyczny, którego przeciętny Kowalski nie pojmie. W każdym razie gdy już zostanie zastosowany, wychodzi wyraźnie więcej niż dwa procent - tłumaczy. Pisał o tym też zresztą nasz redakcyjny kolega Mikołaj Fidziński, m.in. tutaj.
Mężczyzna badał rynek i możliwości zakupu, dlatego od początku intensywnie analizował wszelkie doniesienia na temat nowego pomysłu rządu. - Pojawiły się pierwsze enigmatyczne doniesienia. Wtedy była to tylko nazwa: żadnej ustawy, żadnych szczegółów. Nikt nie był w stanie powiedzieć, jak to będzie wyglądało w praktyce. Eksperci raczej ostrzegali, że poprzednie programy mieszkaniowe też wyglądały atrakcyjnie, a potem rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej - przypomina. - Niezależnie od poglądów politycznych z radością powitałbym projekt mieszkaniowy faktycznie wspierający rodziny z dziećmi. Bo to rodziny z dziećmi muszą rozglądać się za większymi mieszkaniami niż kawalerki.
Czytelnik Gazeta.pl przyznaje, że rynek błyskawicznie zareagował na pojawienie się nowej obietnicy rządu. - Szukałem wśród tych tańszych mieszkań w Warszawie, widziałem więc, że niektóre lokale długimi miesiącami "wiszą" w serwisach, nie wzbudzają żadnego zainteresowania - mówi.
Gdy tylko pojawiła się zapowiedź nowego programu, te mieszkania natychmiast zaczęły drożeć. O 30 tys., o 50 tys.... Ceny często wzrosły o jakieś 10 proc. Tylko na podstawie samej zapowiedzi rządu! Zanim się zorientowałem, z rynku wyparowało wszystko w przystępnej cenie. Mieszkania, które dotąd nie wzbudzały zainteresowania, zostały błyskawicznie wykupione, pewnie przez agencje i 'kamieniczników', a inne strasznie podrożały
- mówi.
Nie kryje też swojego rozgoryczenia z innego powodu. Skoro ceny wzrosły, trudno oczekiwać, by w najbliższej przyszłości zaczęły spadać.
Państwo twierdzi, że chce wspomóc obywateli. Tyle że samo pojawienie się zapowiedzi dopłat sprawiło, że ceny od razu podskoczyły, bo przecież ceny wzrosły dla wszystkich. Rynek wyczuł, że może je podnieść, skoro będą państwowe dotacje
- zauważa.
Zdaniem rozmówcy Next.gazeta.pl Bezpieczny Kredyt 2 proc. nie jest rozwiązaniem dla tych, którzy chcą kupić nieruchomość w największych miastach, czyli tam, gdzie mieszkania są naprawdę drogie.
- To dobra oferta dla kogoś, kto chce wybudować dom pod Mińskiem i dla kogo pojawienie się jednego lub dwojga dzieci nie będzie problemem metrażowym. W realiach Warszawy, Gdańska, Krakowa, dużych aglomeracji, gdzie mieszkania są koszmarnie drogie, program nie zadziała. Maksymalna wartość nieruchomości w programie to 800 tys. zł. Coraz mniej jest takich mieszkań w największych miastach. Wszystko sprawdzi się dobrze przy kawalerce, ale czy polityka prokreacyjna rządu polega na tym, że młodym przyszłym rodzicom ma pomagać w zakupie kawalerki? - punktuje nasz czytelnik.
Czytelnik Gazeta.pl irytuje się z jeszcze jednego względu. Jeśli mieszkania nie uda się kupić w ramach nowego programu w tym roku, w kolejnych latach może to być trudne. Ustawa zakłada bowiem wprowadzenie limitów. W roku 2024 wynieść ma on 941 mln, w roku 2025 państwo dopłaci nie więcej niż 1,1 mld zł, w 2026 r. będzie to 1,4 mld, a w 2027 1,7 mld. Potem limity zaczną spadać. W 2032 roku wynieść mają nieco ponad 1 mld zł.
- Nie wiem, jak limity wpłyną na ceny mieszkań, nie wiem, czy Bezpieczny Kredyt dostanie każdy, kto o niego wystąpi, czy trzeba się będzie o dofinansowanie bić. Tak jak w wielu poprzednich programach mieszkaniowych. To kolejna niewiadoma w całej tej układance, która sprawia, że nie wiem, co mam zrobić. Minister Buda zapewnia, że limity są na tyle duże, że skorzysta każdy chętny, ale skąd on to już dziś wie? - pyta czytelnik Gazeta.pl.
Mężczyzna przyznaje, że wystraszył się niektórych zapisów ustawy. Stwierdza też, że kryteria projektu można by rozszerzyć, tymczasem je zawężano. - To z pewnością nie jest projekt z gruntu zły. Może mało przydatny w Warszawie i innych dużych miastach, ale w mniejszych miejscowościach z pewnością ma większy sens - mówi.
- Nie rozumiem też innych wykluczeń, na przykład kogoś, kto formalnie jest lub kiedykolwiek był właścicielem nieruchomości. Z rozwiązania rządu nie będą mogli skorzystać ci, którzy kiedyś wzięli sprawy w swoje ręce i olbrzymim wysiłkiem i sporo ryzykując, kupili jakieś niewielkie mieszkanie na kredyt. Dziś takie osoby są z finansowania wykluczone i nieważne, czy chciałyby powiększyć albo założyć rodzinę. Nie mogą kupić mieszkania na prorodzinny kredyt, choć to właśnie rodzina wytwarza potrzebę mieszkaniową - tłumaczy.