Gdyby Konfederacja wprowadziła swój program wyborczy (w zakresie podatku PIT i niektórych świadczeń społecznych) w życie, około połowa Polaków by na tym straciła, a gigantyczne korzyści - rzędu nawet ponad dwóch tysięcy złotych na miesiąc - popłynęłyby w kierunku wąskiej grupy osób o i tak najwyższych dochodach. Takie wyliczenia przedstawiło Centrum Analiz Ekonomicznych (CenEA).
CenEA policzyła efekty proponowanych przez część komitetów wyborczych reform w składce zdrowotnej, podatku PIT i świadczeniach, w podziale na dochodowe grupy decylowe. Oznacza to, że ekonomiści podzielili gospodarstwa domowe na dziesięć równych grup, pod względem tego, ile mają na życie. Pierwszy decyl to 10 proc. gospodarstw o najniższych dochodach, drugi decyl - kolejnych 10 proc. o dochodach trochę wyższych i tak dalej aż do dziesiątego decyla, który obejmuje 10 proc. społeczeństwa o najwyższych dochodach.
Jeśli chodzi o propozycje Konfederacji, to te analizowane przez CenEA zakładają: ryczałtową składkę zdrowotną od przedsiębiorców, obniżkę z 9 do 7 proc. składki zdrowotnej od wszystkich, stawkę 12 proc. dla wszystkich niezależnie od poziomu dochodów (dziś drugi próg podatkowy, od dochodów ponad 120 tys. zł rocznie, to 32 proc.), kwotę wolną od podatku na poziomie dwunastokrotności płacy minimalnej (od stycznia 2024 r. byłoby to prawie 51 tys. zł, wobec 30 tys. zł obecnie), likwidację "trzynastek" i "czternastek" oraz cofnięcie podwyżki 500 plus do 800 zł na dziecko.
Na tych zmianach trzy grupy decylowe o najniższych dochodach traciłyby po ok. 180-215 zł miesięcznie. Szczególnie dotkliwe byłoby to dla najbiedniejszych osób (czyli pierwszego decyla), które straciłyby około 18 procent dochodów. Największe zyski pojawiałyby się od siódmej grupy decylowej, a dla dziesiątej wyniosłyby średnio aż niemal 2,3 tys. zł. Słowem - program Konfederacji celuje w najbogatszego wyborcę oraz w pogłębienie nierówności społecznych.
Na przeciwnym biegunie względem Konfederacji jest - co raczej nie dziwi - Lewica. Ona najbogatszym około 10 procentom gospodarstw domowych trochę by zabrała (choć też nieprzesadnie wiele - około 1,3 proc. dochodów, tj. około 300 zł miesięcznie) i dała około 90 proc. z niższymi dochodami - po około 120-290 zł miesięcznie zależnie od decyla. W relacji do obecnych dochodów, najwięcej zyskałyby osoby mające najmniej na życie.
Program Lewicy ujęty w analizie CenEA zakłada: świadczenia dla osób w wieku 65+ (bon kulturowy 50 zł miesięcznie i bon na organizację wypoczynku 500 zł raz na dwa lata), darmowe obiady w szkołach podstawowych, waloryzację świadczeń na rzecz rodziny, podniesienie zasiłku dla bezrobotnych, wprowadzenie tzw. renty wdowiej, podwyżkę kosztów uzyskania przychodu (ma wpływ na kwotę podatku PIT) oraz zwiększenie progresywności skali PIT (czyli zwiększenie różnicy między opodatkowaniem najniższych i najwyższych dochodów). Co ważne, dla części z tych punktów CenEA przyjęła swoje założenia, z racji braku szczegółów w programie partii.
Koalicja Obywatelska obiecuje każdemu po trochu. Jej program byłby najdroższy
Można powiedzieć, że gdzieś pomiędzy Konfederacją i Lewicą jest Koalicja Obywatelska, która - według obietnic - każdemu by trochę dołożyła. Kwotowo, korzyści byłyby coraz wyższe dla kolejnych grup decylowych (np. najuboższa zyskałaby tylko ok. 89 zł miesięcznie, zaś najbogatsza ponad 806 zł), natomiast procentowo każda grupa zyskałaby kilka procent dochodów (od około 2,5 do blisko 9 proc.).
CenEA w swojej analizie dla KO przyjęła następujące propozycje: powrót do ryczałtowej składki zdrowotnej od przedsiębiorców, podwyżkę kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, "babciowe" oraz podwyżkę renty socjalnej do wysokości płacy minimalnej.
Jak wynika z wyliczeń CenEA, analizowane pakiety zmian kosztowałyby rocznie finanse publiczne od około 34 mld zł (Lewica), poprzez około 40 mld zł (Konfederacja), po 55,4 mld zł (Koalicja Obywatelska). Oczywiście ważnym założeniem jest to, że w życie weszłyby równocześnie wszystkie proponowane zmiany - co wydaje się mało prawdopodobne.
Najbardziej mnie zadziwiają te programy - i to większości komitetów - które obiecują, że możemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Czyli że możemy płacić mniej podatków i jednocześnie mieć za to więcej programów społecznych oraz lepiej opłacaną sferę publiczną. Tego wszystkiego na raz nie da się zrobić i większość partii to wie
- mówiła niedawno w rozmowie z Next.gazeta.pl Hanna Cichy, starsza analityczka ds. gospodarczych w Polityka Insight. Zauważała, że jeśli obietnice wyborcze zostałyby zrealizowane, to najpewniej w perspektywie całej kadencji.
Oczywiście osobną kwestią jest to, czy dane ugrupowanie - nawet gdyby po wyborach tworzyło rządzącą koalicję - miałoby odpowiednią siłę przebicia do realizacji wszystkich swoich zapowiedzi. Już dziś widać, że np. program Konfederacji wyklucza się z ośmioletnim doświadczeniem rządów PiS, a propozycje Lewicy nie zawsze są spójne z tymi od Koalicji Obywatelskiej.
Jak widać, najpełniejsza analiza CenEA dotyczy trzech komitetów wyborczych - Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i Konfederacji. Jak wyjaśniają ekonomiści, dla pozostałych badanie nie było możliwe lub... nie było czego liczyć. Propozycje Bezpartyjnych Samorządowców bywają ze sobą sprzeczne (np. możliwość odliczenia składki zdrowotnej od PIT, przy jednoczesnej obietnicy zniesienia tego podatku), dla innych (np. reforma składek zdrowotnych) w programie brakuje szczegółów.
Analiza propozycji Trzeciej Drogi została ograniczona do części składkowo-podatkowej: powrotu do ryczałtowej składki zdrowotnej od przedsiębiorców oraz uzależnienia kwoty podatku PIT od liczby dzieci. CenEA wylicza, że najwięcej zyskałyby na tych zmianach osoby najlepiej zarabiające (acz nikt by nie stracił). Jeśli chodzi jednak o 500/800 plus, to eksperci uznali, że deklaracje Kosiniaka i Hołowni są tu niejasne, a więc niemożliwe do policzenia. Koszt wspomnianych propozycji dla finansów publicznych wyliczono na około 11 mld zł rocznie, a więc stosunkowo niewiele na tle innych komitetów.
Jeśli zaś chodzi o PiS, to w zasadzie nie ma czego liczyć, bo partia ta nie zapisała w programie wyborczym żadnych zmian w podatkach, składkach i świadczeniach. Oczywiście, może chwalić się np. podwyżką 500 plus do 800 zł od 1 stycznia 2024 r. (koszty dla finansów publicznych około 24 mld zł rocznie), ale to już coś, co na pewno wejdzie w życie. W tym sensie to nie jest obietnica wyborcza. Inna sprawa, że choć projekt, który przeszedł przez Sejm, był autorstwa rządu (także dlatego, że wcześniejszy projekt Koalicji Obywatelskiej trafił do sejmowej "zamrażarki"), to poparła go także Lewica oraz niemal cała Koalicja Obywatelska (z jednym wyjątkiem).
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: